wtorek, 10 marca 2020

Hellboy: Opowieści Mike Mignola, Richard Corben i inni...





Hellboy to pół demon, pół człowiek, którego na nasz plan egzystencjalny w 1944 roku ściągnął sam Rasputin, aby w porozumieniu z nazistami pomógł uratować Hitlera, a tym samym wygrać II wojnę światową. Jednak Hellboya przejęli Amerykanie, który wychowywany przez pewnego profesora, nie stał się tym,, kim miał się stać. Charakterystyczny element tej postaci to potężna kamienna ręka i spiłowane rogi. Postać ta została stworzona przez Mike’a Mignolię, a na podstawie jego historii powstały również filmy kinowe, w których w główną postać wcielił się Ron Perlman. A komiksy z tej serii charakteryzują się mroczną i pełną zagrożeń atmosferą z dużą dawką czarnego humoru. Kolejny tom nosi tytuł „Hellboy. Opowieści”.

Niewydawane wcześniej w Polsce historie z różnych etapów życia Hellboya. Mały Hellboy wymyka się z siedziby BBPO, żeby… zapalić papierosa, ale trafia na bardzo nietypowy cyrk, który zabierze go do świata z pogranicza jawy i snu. Już dorosły Hellboy w 1956 roku udał się do Meksyku. Pięciomiesięczny pobyt w tym kraju spowija zasłona tajemnicy, a sam Piekielny Chłopiec niewiele pamięta z tych dni. Wiadomo jednak, że spotkał tam aztecką mumię, trumniarza i żywe trupy, a nawet… się ożenił. W końcu Hellboy trafia na statek, na którym więżą go demoniczny kapitan, który chciałby sprzedać go do cyrku, i tajemnicza kobieta poszukująca legendarnej wężycy.



Uważam, że warto zapoznać się z tą częścią przygód Hellboya, zwłaszcza że, nie jest to kontynuacja, ale krótkie historie nawiązujące tylko do postaci Hellboya. Większość jest całkiem ciekawa. Jest mrocznie, a jednocześnie zabawnie. Świetnie narysowane, interesujące w treści, czego chcieć więcej. Zatem polecam uwadze.

Deadpool Classic. Tom 8 Frank Tieri, Jim Calafiore i inni...







Deadpool, czyli Wade Wilson, to regenerujący się degenerat, jak można przeczytać na okładce. Nigdy nie przepadałem za tą postacią, bowiem jego żarty nie są śmieszne, a zachowanie odbiega znacznie od tego czego można by oczekiwać, a przynajmniej czego ja bym oczekiwał. Mimo to, postać ta ma całkiem spore grono wielbicieli, a idąc za sukcesem tejże powstały nawet filmy. I przyznaję. Po początkowej niechęci, nawet mi te filmy przypadły do gustu. Może nie sama postać, ale odgrywający aktor zrobił to na tyle poprawnie, że całość aż tak nie raziła, jak na ten przykład komiksy. A ósmy tom z serii Dedpool Classic mam właśnie za sobą.

O komiksie możemy przeczytać, że:
Broń X powraca! Szefowie tej szemranej organizacji uparli się zwerbować Deadpoola, ale Najemnik z Nawijką wcale nie ma ochoty bawić się w ich tajnego agenta. No, chyba że w zamian wyleczą jego twarz. Współpraca może go jednak drogo kosztować, zwłaszcza że Broń X ma również plany wobec Copycat, byłej dziewczyny Wade’a. Jeśli ten zerwie kontrakt, będzie po nim… Na szczęście ma wrogów, którzy nigdy nie pozwolą mu umrzeć!



Deadpool 8 to dość cienki jak na klasykę tom, do tego dość mocno związany z tym, co działo się w serii do tej pory. Trochę przy tym wtórny, mający swoje lepsze i gorsze momenty. Dla fanów serii jednak jak znalazł.
W tym tomie, sam Wilson mniej mnie irytował niż poprzednio. Albo się już przyzwyczaiłem do jego wybryków, albo jednak ta wtórność robi swoje.
Co do samych plansz, wszystko jest nadzwyczajne. Przepełnione akcją i humorem i nietypowymi sytuacjami, które dla tego bohatera są doprawdy mordęgą. Zatem polecam.

Wojna królów. Preludium Dan Abnett, Christopher Yost i inni...





Wojna królów” to event, którego nie ma za bardzo sensu czytać bez znajomości choćby „X-men” Brubakera, ale na szczęście można w nim znaleźć dość solidne streszczenie niezbędnych wątków. poza tym to po prostu kawal dobrego komiksu - dość typowego dla marvelowskich science fiction dziejących się w kosmosie, ale udanego. Czy trzeba chcieć  więcej?

O samym komiksie możemy przeczytać, że:
Gabriel Summers, mutant znany jako Wulkan, podbił kosmiczne Imperium Shi’ar, ogłosił się cesarzem i rozpoczął brutalną ekspansję. X-Men i gwiezdni piraci ze Starjammers wszczęli przeciw niemu rebelię, ale bratobójcza walka o tron wkrótce zblednie wobec zagrożenia, które czai się w mrokach galaktyki. Tymczasem królewski ród Inhumans prowadzi swój lud na poszukiwanie nowego domu po drugiej stronie kosmosu. Ich wyprawa na pewno przykuje uwagę cesarza Wulkana…



Chociaż może się wydawać, że to idealna lektura, dla wielbicieli kinowych hitów Marvela - wcale tak nie jest. Owszem - znajdą tutaj coś dla siebie, ale niestety brak tu tego, za co cenimy na ten przykład Deadpoola - humoru. I nieco większych gwiazd, bo nawet X - Men jakoś giną w kosmicznym tłumie. Graficznie jest nieźle. Dość realistycznie, ale i prosto. Niestety, w większości przypadków przejaskrawiony kolor znacznie psuje efekt. Zamiast być mrocznie i epicko wypada to dość kiczowato. Dzieje się tu sporo, ale póki co, nic z tego nie wynika. Można to przeczytać, jako samodzielne dzieło, ale lepiej zaczekać na kolejny tom i zapoznać się z całością. Bo przy drugim tomie i tak trzeba wrócić do pierwszego, aby przypomnieć sobie, o co w tym wszystkim chodzi. 

Śledztwa Enoli Holmes - 1 - Sprawa dwóch zaginięć Serena Blasco


/EGMONT POLSKA/


Sherlock Holmes, to słynny detektyw wymyślony na potrzebę serii książek. Jego metody śledztwa sprawiły, że tysiące ludzi wysyłali swoje prośby na jego adres, prosząc o pomoc. To jedna z tych postaci, które mimo tego że nie istniały wywarły bardzo duży wpływ na popkulturę. Książki to jedno, należy także wspomnieć o niezliczonych filmach i serialach, które bazują na postaci Sherlocka. Stojący za sukcesem tej postaci sir Arthur Conan Doyle zapewne się nie spodziewał takiej – niemalże histerii. Wiele lat później Nancy Springer „popełniła” całą serię książek o nastoletniej Enoli, która jest – uwaga – młodszą siostrą Holmesa. Powieści szybko odniosły sukces, nakręcony film, a całkiem niedawno wyszedł komiks opisujący perypetie Enoli. Nosi on tytuł „Śledztwa Enoli Holmes.Sprawa dwóch zaginięć”.

O komiksie możemy przeczytać, że:
Koniec XIX wieku, wiktoriańska Anglia. W dniu czternastych urodzin Enoli znika jej mama, która wśród okolicznych mieszkańców ma opinię ekscentryczki. Nastolatka rozpoczyna poszukiwania, a jednocześnie wzywa z Londynu obu braci. Mycroft chce wysłać Enolę na pensję dla panien z wyższych sfer, lecz wyemancypowana dziewczyna nie zamierza dać sobą rządzić i bierze swój los we własne ręce... Co zrobi, aby zachować niezależność od braci, a jednocześnie odnaleźć mamę? Przed Enolą liczne niebezpieczeństwa do pokonania i tajemnice do wyjaśnienia!



Słowem podsumowania. Niezła historia, która trafi przede wszystkim do młodszych czytelników. Mało tu zaskoczenia, rozwiązań zastosowanych tutaj można się spokojnie domyślić. Jednak jest tak uroczo zilustrowana, że można na to nie zwracać w ogóle uwagi. W końcu to siostra największego detektywa, jakiego nosiła Ziemia, a i Enola nie daje sobie w kaszę dmuchać. Tym samym polecam. Zapewne sięgnę po kolejne tomy serii.

Sisters 14: Przysięgam, naprawdę Christophe Cazenove, William Maury




To już czternasty tom przygód dwóch sióstr i można by rzec, że każdy jest niemalże o tym samym. Tak może sądzić ktoś, kto zapoznał się z góra dwoma tomami i uznał, że kolejnych nie trzeba nawet przeglądać, bo po co, skoro nie wnoszą nic nowego, czy świeżego do serii. Jest to jednak błędne założenie. Przede wszystkim jest to całkiem zabawna seria, która pod pozorem banalnych treści i zabawnych ilustracji, stara się przemycić jakiś morał, przesłanie, które trafi przede wszystkim do młodego czytelnika. Tom czternasty nosi tytuł „Przysięgam, naprawdę!”.

Można o nim przeczytać, że
Marine to niepoprawna kłamczucha. Obojętnie, czy opowiada koleżankom o motylach, czy tacie o swoich stopniach, czy mamie o tym, kto stłukł szklany blat stołu – zawsze zmyśla. Nie potrafi się powstrzymać. Niedługo będzie miała nos jak Pinokio... Co gorsza, ona i jej siostra twierdzą, że to rodzice nauczyli je oszukiwać!



Kto czytał poprzednie tomy, albo raczej je przeglądał, wie czego się może spodziewać. Każda strona to osobna historia. Każda z nich opisuje typowe rozterki z życia nastolatek, perypetie dwóch sióstr, z których młodsza nie daje żyć starszej. Jak na komiks dla każdego, nie zawiera on treści, które mogłyby wywołać konsternację u młodszego odbiorcy. Jest zabawnie, kolorowy i przede wszystkim mądrze. Zatem polecam uwadze nie tylko tą część, ale i pozostałe tomy.

OKP Dolores. Ścieżka nowych pionierów Didier Tarquin, Lyse Tarquin





Czytuję różne książki, jednak prawdziwą estymą darzę te, które można przypisać do kategorii science fiction. Nieodległa przyszłość, wspaniałe wynalazki, nieznane zagrożenia z kosmosu, ludzkość która odniosła sukces, albo stoczyła się na same dno. Seriale startrekowskie, w których ludzi przemierzają kosmiczną próżnie i odkrywają to, co do tej pory było nie odkryte. Czy nawet komiksy, do których należy seria o Lanfeuscie w Kosmosie. Pozostając w temacie, dzięki uprzejmości wydawnictwa Egmont Polska, otrzymałem komiks, który doskonale wpisuje się w realia sagi kosmicznej. A jest to pierwszy tom nowej serii „OKP Dolores. Ścieżka nowych pionierów”.

O komiksie możemy przeczytać, że:
Sierota Mony została wychowana przez siostry Kościoła Nowych Pionierów. W dniu osiemnastych urodzin opuszcza klasztorne mury, wyposażona w pełną sakiewkę i torbę, którą podobno zostawił jej w spadku ojciec. Bogobojna dziewczyna szybko wpada w poważne tarapaty, a jej jedynymi sprzymierzeńcami okażą się podstarzały pilot i małomówna istota w masce, zaś jedynym domem – okryty złą sławą okręt piracki. Mony będzie musiała przebyć pół galaktyki, aby odkryć sekret swojego pochodzenia i przy okazji poznać niezwykłe tajemnice z czasów dawnych wojen.



Jaki ten świat mały! Wspominając o Lanfeuście nie wiedziałem, że twórcy tej postaci, stoją również za sukcesem Dolores. A jest to jedna z moich ulubionych serii. A zaznajomiłem się dopiero z pierwszym tomem. Może nie jest zbyt skomplikowana. Ale zawiera te wszystkie elementy, które połączone w całość dają naprawdę świetną historię. To nie tylko nietypowy bohater, to także kosmos pełen technologi, obcych, bitew, pełen humoru i tajemnic. I nie zapominajmy o obcych…
Jednym słowem polecam. Jeśli ktoś lubi historie, dziejące się w niezmierzonym Kosmosie, a lubią także gdy historia nie jest zbyt poważna, powinien sięgnąć po ten tytuł. Z pewnością się nie zawiedzie.


Lucky Luke. Most na Missisipi. Tom 63 Morris, Jean Leturgie i inni...





Lucky Luke, jego sarkastyczny koń, bracia Daltonowie i reszta ferajny lata temu wpisali się w pewien obraz życia na Dzikim Zachodzie i dzisiaj trudno znaleźć bohaterów równie pozytywnych, co zakręconych. Duża tu zasługa Morissa, czyli twórcy całej serii komiksów, która doczekała się także licznych adaptacji, czy to filmowych, czy serialowych. Po śmierci twórców seria nadal jest kontynuowana.
A ja tym razem sięgnąłem po tom zatytułowany „Most na Missisipi”.

O komiksie możemy przeczytać, że:
Lucky Luke zostaje poproszony o pomoc we wzniesieniu niezwykle ważnej budowli – pierwszego mostu na szerokiej rzece Missisipi, której rwące wody utrudniają komunikację między wschodnią a zachodnią częścią Stanów Zjednoczonych. Samotny Kowboj nie zna się na stawianiu mostów, lecz jest specjalistą od rozprawiania się z przestępcami, a szybko okazuje się, że właśnie oni są główną przeszkodą w realizacji zleconego przez amerykański rząd projektu…



Jak w wielu poprzednich tomach, tak i tutaj przewijają się postacie historyczne, które spotykają Lucky Luke’a. Tym razem jest to prezydent Grant, a także słynny konstruktor James Eads, który rzeczywiście zbudował słynny most na Missisipi, a który otwarto w 1874 roku. Tak że czytając te komiksy, nie tylko dostajemy zabawną historie, ale i dowiadujemy się czegoś z historii. Co do Eadsa, zabawnie wygląda scena w której poucza on samego Eiffela, że wieża powinna nie być z drewna, tylko raczej ze stali, bo „materiałem przyszłości jest stal”. Możemy także dowiedzieć się, jakim skutecznym środkiem jest formalina, w starciu z aligatorami. Polecam zatem uwadze wszystkie tomy.

Lucky Luke. Rodeo Morris






/EGMONT POLSKA/
Chyba nie ma osoby, która nie słyszała o Lucky Luke'u. Rewolwerowiec ten, szybszy od swojego cienia wpisał się już na stałe w nasze wyobrażenie o prawym kowboju, który z wprawą rozprawia się z bandytami. Nasz Luke oczywiście najczęściej zmaga się z bandą niezbyt inteligentnych braci Daltonów, którzy nie mogą pokonać dzielnego strzelca. Niemniej istotny jest pełen ironicznego humoru dzielny rumak, oraz pojawiający się od czasu do czasu troszkę głupkowaty pies.
Oczywiście, nie mogła się ta historia komiksowa obyć bez licznych adaptacji, nie tylko animowanych ale także pełnometrażowych filmów. Któż z nas nie widział Lucky'a w interpretacji Hilla? Nakładem Wydawnictwa Egmont ukazały się wszystkie tomy przygód rewolwerowca.

W ramach powtórek z rozrywki sięgnąłem po tom drugi perypetii naszego przyjaciela. A nosi on tytuł „Rodeo”.
O tym komiksie możemy przeczytać, że:
Luke nigdy nie omija rodeo, kiedy więc trafia do miasteczka, gdzie odbywają się zawody w ujeżdżaniu koni i łapaniu cielaków na lasso, natychmiast zgłasza się do rywalizacji. Jednak tym razem czeka go trudne zadanie, bo za przeciwnika ma mistrza rodeo, który lubi grać nieuczciwie! Później Samotny Kowboj odwiedza Desperado City, miasto opanowane przez braci Pistol – znakomitych strzelców i sprytnych złoczyńców. W trzeciej opowieści Lucky Luke robi pewnemu poszukiwaczowi złota niewinny dowcip, który staje się przyczyną ogromnego zamieszania…

Ojcami sukcesu całej serii są: artysta znany pod pseudonimem Morris i w późniejszych częściach sam Rene Goscinny. Po śmierci ojców założycieli, temat kontynuowany jest przez licznych naśladowców.

Czytając tom „Rodeo”, możemy dojść do wniosku, że komiks został stworzony przez kogoś innego. Lucky Luke nie jest w ogóle podobny do siebie. Jest proste wyjaśnienie. Tom ten powstał w latach 40 ubiegłego wieku, kiedy to Morris dopiero wykształcał swój trudny do podrobienia styl.
Zachęcam zatem do lektury. Warto się przekonać jak zaczynała Legenda Dzikiego Zachodu.

niedziela, 8 marca 2020

Wieczna wojna Joe Haldeman



/REBIS/
I znowu trafiłem na powieść, obok której nie można przejść obojętnie. Cykl wydawnictwa Rebis „Wehikuł czasu” się powoli rozrasta, a powieści wydawane w ramach tego cyklu, są coraz lepsze. Tym razem przyszła pora na tytuł „Wieczna wojna”.

O książce możemy przeczytać, że:
Znakomita powieść należąca do kanonu literatury SF. Łączy pełen rozmachu obraz przyszłego konfliktu z wizjonerskim i ponadczasowym spojrzeniem na człowieka i zmiany wywołane przez wojnę.Wojna to piekło i William Mandella przekonuje się o tym na własnej skórze, walcząc z Taurańczykami. Towarzyszymy mu przez całą służbę, obserwując jego oczami okrucieństwa, ogrom cierpień i absurdy walk… a także przemiany na Ziemi, która w ciągu jego życia – na skutek efektów relatywistycznych – starzeje się o kilkaset lat.

Największy plus tej książki – niesamowicie wciąga. Jak już zacząłem czytać, nie mogłem się oderwać. Szkoda że nie jest obszerniejsza. Nie mniej ważna jest sama historia. Mimo że o wojnie, to jednak jest to opowieść mająca silne przesłanie pacyfistyczne. Walka z wrogiem, próba powrotu do „normalności”, ale nie tylko. Dla zainteresowanych, można jeszcze wspomnieć, że na podstawie tej powieści powstała powieść graficzna, a sama książka, zdobyła wszystkie ważniejsze nagrody literatury science fiction.


Drzwi do lata Robert A. Henlein


/REBIS/


Od jakiegoś czasu wydawnictwo Rebis wydaje książki w cyklu „Wehikuł czasu”. Nazwa nie jest przypadkowa, bowiem cykl ten to przede wszystkim uznane dzieła klasycznych już pisarzy, którzy swoje utwory dedykowali przede wszystkim fantastyce. A jako że uważam, że te utwory są najlepszą odpowiedzią na to czy czytać science fiction – te powieści trafiają jak najbardziej w mój gust. Pozostając więc w temacie tego ciekawego cyklu sięgnąłem po kolejny tom. A nosi on tytuł „Drzwi do lata”. Jego autorem jest Robert A. Heinlein.

O powieści możemy przeczytać, że:
Dan Davis, inżynier i wynalazca, stworzył dzieło swojego życia, rewolucyjnego robota. Zamiast jednak osiągnąć gigantyczny sukces, Dan zostaje oszukany przez chciwego wspólnika i dwulicową narzeczoną, którzy podstępem odbierają mu firmę i prawa do wynalazków. Doprowadzają również do tego, że Dan pogrąża się w Długim Śnie, czyli hibernacji przeprowadzanej pod nadzorem towarzystw ubezpieczeniowych. Gdy budzi się trzydzieści lat później, odkrywa, że świat bardzo się zmienił. Przy błyskawicznych postępach nauki być może nawet uda mu się cofnąć w czasie i uratować sytuację, a ważną rolę odgrywa w tej historii jego kot...

Powieść jest fantastyczna! I wcale nie chodzi o to, że jest to dzieło z gatunku science fiction. Świetnie napisana, z bohaterem, którego da się lubić i kot, którego chciałoby się mieć. Taka trochę telenowela, jeśli zasugerujemy się opisem, czyli oszukany człowiek przez narzeczoną i tak dalej. Ale to na szczęście tylko opis.
Bardzo ciekawie wygląda wyjaśnienie, skąd w ogóle wziął się taki tytuł a nie inny. Nie ma co się rozpisywać. Jedna z najlepszych powieści w tym cyklu. Polecam wszystkim.

Możemy cię zbudować Philip K. Dick


/REBIS/


Philip K. Dick to pisarz, którego powieści zyskały niesamowitą popularność. Najbardziej znany ze swoich fantastycznych powieści. Doszło nawet do tego, że kiedy chciał wydać książkę nie związaną z fantastyką, wydawca odrzucił ją, ale zaznaczył że kolejne science fiction chętnie wyda. Dick więc, aby się utrzymać produkował hurtowo fantastykę. Jedne publikacje lepsze, drugie gorsze, ale wszystkie zapadające w pamięci.
Wystarczy wspomnieć”Możemy Cię zbudować”, „Człowiek z Wysokiego Zamku”, „Ubik”, czy inne. Jego prozę wielokrotnie przenoszono na ekran, a sam pisarz pod koniec życia wpadł w paranoję objawiającą się między innymi głosami z innego wymiaru, czy przekonaniem, że Stanisław Lem, to w gruncie rzeczy spisek komunistów, wymierzony w amerykańską literaturę fantastyczną.
A jeśli już wspomniałem, to należało się zapoznać. Nie pozostając gołosłownym sięgnąłem po „Możemy cię zbudować”.

O książce możemy przeczytać, że:
Louis Rosen i Maury Rock handlują elektronicznymi klawikordami, lecz sprzedaż kuleje, a ich ambicje sięgają znacznie wyżej. Postanawiają produkować i sprzedawać ludzi, a właściwie doskonałe cybernetyczne sobowtóry postaci historycznych. Problem polega na tym, że jedynym ich potencjalnym wspólnikiem jest Sam K. Barrows, chciwy miliarder o usposobieniu i moralności rekina, a prototyp, Abraham Lincoln, wcale nie ma ochoty być sprzedany i powołuje się na swe konstytucyjne prawa…

Jak już kiedyś wspomniałem, znam na tyle twórczość tego pisarza, że zabierając się za lekturę kolejnej jego powieści, wiem czego się spodziewać. Tak jest i tym razem. Odwieczne pytanie, co czyni nas ludźmi, również tutaj jest przed nami stawiane. A jaka jest odpowiedź tym razem? Przekonajcie się sami. Tak na marginesie należy wspomnieć, że wielu uważa tą powieści za nie jaki prequel „Łowcy androidów”. Może i w tym przypadku doczekamy się doskonałej adaptacji. Zajmująca lektura, która nie pozostawia czytelnika obojętnym.

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...