To jest ten moment, kiedy ktoś bierze cały mutantowy kocioł z Sinisterem na czele, dokręca śrubę do oporu i mówi sprawdzam. I nagle okazuje się, że zamiast kolejnego sprytnego planu złoczyńcy dostajemy wizję świata, w której jeden facet z obsesją na punkcie genów i własnej wielkości robi z rzeczywistością dokładnie to, co chce. Kieron Gillen z ekipą idzie tu w pełną przesadę, ale kontrolowaną, i to jest najlepsze. To nie jest chaos dla samego chaosu, tylko bardzo świadomie rozpisana katastrofa, która momentami ociera się o groteskę, a chwilę później robi się zaskakująco ponura.
Treściowo to jazda bez trzymanki. Punkt wyjścia jest prosty, aż do bólu komiksowy, bo Sinister manipuluje systemem Krakoa i w końcu przejmuje kontrolę w sposób, który wydaje się jednocześnie absurdalny i niepokojąco logiczny. Potem historia przeskakuje w przyszłość i zaczyna się pokaz konsekwencji. Świat pod jego panowaniem to nie tylko dystopia, ale wręcz karykatura idei mutantów jako następnego etapu ewolucji. Każda kolejna dekada dokłada nową warstwę zepsucia, a bohaterowie, których znamy, zaczynają przypominać krzywe odbicia samych siebie. Jest tu i czarny humor, i całkiem szczere pytanie o to, czy system, który miał być utopią, od początku nie był proszeniem się o katastrofę.
Najlepsze w tym wszystkim jest to, jak twórcy bawią się tonem. Z jednej strony mamy niemal campową energię Mistera, jego teatralność, ego rozlane na pół galaktyki, a z drugiej strony konsekwencje jego działań są momentami naprawdę ciężkie. Ten kontrast działa zaskakująco dobrze, bo zamiast się gryźć, oba elementy się napędzają. Śmiejesz się z absurdu, a chwilę później orientujesz się, że ten absurd właśnie połknął cały świat. Bohaterowie drugiego planu też dostają swoje momenty, chociaż to zdecydowanie historia zdominowana przez jedną osobowość. I to może być dla niektórych minus, bo jeśli nie kupujesz opowieści w tej wersji, to całość może ci się wydać zbyt przegięta. Ale jeśli kupujesz, to wchodzisz w to po uszy.
Od strony wizualnej to dokładnie to, czego taka historia potrzebuje. Jest dziwnie, momentami wręcz niepokojąco, kolory potrafią być agresywne, projekty postaci odjeżdżają w stronę czegoś między operą kosmiczną a koszmarem sennym. Wszystko podkręca wrażenie, że oglądasz świat, który dawno przestał być normalny. „Grzechy Sinistera” to komiks, który nie udaje, że jest subtelny. On chce być przesadzony, momentami wręcz bezczelny, i dokładnie dzięki temu działa. To opowieść o ego bez hamulców, o systemie, który można złamać od środka, i o tym, jak cienka jest granica między utopią a totalną katastrofą. Dla mnie bardzo satysfakcjonujące, trochę chore w najlepszym sensie i zdecydowanie zostające w głowie na dłużej.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz