sobota, 28 marca 2026

Morderstwa w Marble Hall Anthony Horowitz





„Morderstwa w Marble Hall” Anthony’ego Horowitza to dokładnie ten typ kryminału, który pokazuje, że autor nie tylko świetnie zna gatunek, ale po prostu bawi się nim lepiej niż większość. Jeśli ktoś zna już wcześniejsze książki z Susan Ryeland i Atticusem Pündem, to od razu poczuje się jak u siebie, ale nawet bez tego da się wejść w tę historię i szybko złapać, o co chodzi. Horowitz znowu serwuje swoją ulubioną zabawę formą, czyli książkę w książce, fikcję mieszającą się z rzeczywistością i zagadkę, która z każdą stroną robi się coraz bardziej podejrzana. I właśnie to działa tutaj najlepiej. To nie jest zwykły kryminał, w którym po prostu szuka się mordercy. To bardziej łamigłówka, w której czytelnik co chwilę ma wrażenie, że już coś rozumie, a zaraz potem okazuje się, że autor znów wyciągnął mu dywan spod nóg.

Największą siłą tej książki jest klimat i konstrukcja. Już sam punkt wyjścia jest świetny: Susan Ryeland wraca do świata, od którego teoretycznie miała już dość, trafia na kolejny tekst związany z Atticusem Pündem, a przy okazji wchodzi w historię rodzinnych sekretów, dawnych urazów i śmierci, która najwyraźniej nie była przypadkiem. Bardzo lubię w tej serii to, że czyta się ją na dwóch poziomach. Z jednej strony mamy klasyczną, elegancko poprowadzoną zagadkę w stylu oldschoolowego kryminału, a z drugiej coś bardziej współczesnego, trochę bardziej meta, trochę bardziej złośliwego wobec samego gatunku. Horowitz doskonale wie, kiedy zagrać klasyką, a kiedy lekko ją podkręcić, żeby nie było zbyt przewidywalnie.

Sama intryga wypada naprawdę bardzo dobrze. Jest gęsto od tropów, niedopowiedzeń, podejrzanych zachowań i rodzinnych napięć, ale to nie jest chaos. Autor bardzo sprytnie to wszystko układa i nawet jeśli momentami można się pogubić, to raczej w tym dobrym sensie — takim, kiedy człowiek chce czytać dalej, bo czuje, że wszystko ma znaczenie. To nie jest kryminał oparty na tanim szoku czy brutalności, tylko na inteligentnym prowadzeniu czytelnika. I właśnie za to Horowitza cenię najbardziej. On nie próbuje wygrać samą akcją, tylko pomysłem. Tu naprawdę trzeba uważać na szczegóły, wyłapywać niuanse i dać się wciągnąć w tę grę. Dla jednych to będzie ogromny plus, dla innych może lekka wada, bo jeśli ktoś szuka prostego, szybkiego thrillera, to może poczuć, że ta książka jest trochę zbyt „literacko-kryminalna” i zbyt świadoma własnej konstrukcji.

Bardzo dobrze działa też sama Susan Ryeland. To jedna z tych bohaterek, które nie muszą być efektowne, żeby działały. Jest inteligentna, konkretna, momentami zmęczona tym całym bałaganem, ale właśnie przez to wypada wiarygodnie. Nie jest superbohaterką, tylko osobą, która znowu pakuje się w sprawę, w którą wcale nie powinna się pakować. Lubię takie postacie, bo dzięki nim cała historia ma bardziej ludzki wymiar. Do tego dochodzi Atticus Pünd i ten cały charakterystyczny dla serii kontrast między klasycznym detektywistycznym sznytem a współczesnym niepokojem. To nadal działa bardzo dobrze i wciąż ma swój urok.

Jeśli miałbym się czegoś czepić, to momentami można odczuć, że Horowitz już doskonale wie, co w tej formule działa, i świadomie jedzie po swoich mocnych stronach. Dla fanów to raczej zaleta, ale jeśli ktoś oczekuje wielkiego odświeżenia, to może mieć wrażenie, że autor bardziej dopieszcza znany schemat, niż naprawdę go rozwala i składa od nowa. Chwilami też ta zabawa formą potrafi być tak precyzyjna, że aż trochę chłodna — bardziej podziwia się kunszt niż przeżywa emocjonalnie samą historię. Ale uczciwie mówiąc, w takim kryminale wcale mi to nie przeszkadzało, bo dostajemy dokładnie to, po co sięga się po Horowitza: inteligentną zagadkę, świetną konstrukcję i satysfakcję z odkrywania, jak sprytnie to wszystko zostało wymyślone.

Dla mnie „Morderstwa w Marble Hall” to bardzo solidny, bardzo dobrze napisany kryminał z klasą. Nie jest to książka, która wali po głowie brutalnością czy tempem, tylko taka, która wciąga pomysłem, strukturą i tym charakterystycznym horowitzowym mrugnięciem do czytelnika. Jeśli ktoś lubi klasyczne zagadki w nowoczesnym wydaniu, książki w książce i kryminały, które traktują czytelnika jak partnera w rozgrywce, to będzie zadowolony. Może nie jest to rewolucja, ale jest dokładnie tym, czym dobry Horowitz powinien być: inteligentną, dopracowaną i bardzo satysfakcjonującą rozrywką.

Fantastyczna podróż Isaac Asimov

 




„Fantastyczna podróż” Isaaca Asimova to książka, która wciąga od pierwszych stron, ale w sposób spokojny i przemyślany – nie wali po głowie akcją co chwilę, tylko pozwala powoli wchłonąć cały pomysł. Fabuła jest świetna sama w sobie: grupa ludzi zostaje zmniejszona do miniaturowych rozmiarów i musi przebyć podróż w obrębie ludzkiego ciała. Już samo to robi wrażenie i od razu wprowadza napięcie, bo świat, który normalnie wydaje się oczywisty, nagle staje się ogromny i pełen niebezpieczeństw. I tu Asimov pokazuje, jak świetnie potrafi połączyć naukę z przygodą – wszystko, co robią bohaterowie, ma sens, wszystko działa logicznie, a jednocześnie jest ekscytujące. Nie ma tu przypadkowych zdarzeń czy efektownych scen tylko po to, żeby było ciekawie – każdy szczegół ma znaczenie, każdy ruch jest przemyślany.

Bohaterowie wypadają bardzo naturalnie. Nie są przesadnie „literaccy”, nie mają dramatycznych monologów, ale jednocześnie naprawdę się ich kibicuje. Widać, że popełniają błędy, mylą się, kłócą się ze sobą i reagują jak normalni ludzie w ekstremalnych sytuacjach. To sprawia, że historia działa podwójnie – wciąga w przygodę, a jednocześnie pozwala trochę „wejść w skórę” postaci i poczuć ich strach, ekscytację i zdziwienie światem, który nagle stał się olbrzymi.

Najciekawsze w tej książce jest to, że Asimov potrafi naukę wplatać w historię w sposób całkowicie naturalny. Nie ma wrażenia wykładu czy nudnego tłumaczenia – wszystko wynika z fabuły i działa jak integralna część przygody. Dzięki temu świat jest wiarygodny, a jednocześnie fascynujący. Mikroskopijne części ciała człowieka stają się pełne dramatyzmu i przygód, które normalnie byśmy przeoczyli. To połączenie nauki i przygody jest mistrzowskie i wciąż działa, choć książka powstała dawno temu.

Tempo momentami spada, zwłaszcza w momentach, gdy Asimov dokładnie tłumaczy naukowe detale, ale wcale nie przeszkadza to w lekturze – wręcz przeciwnie, dodaje powieści solidności. Człowiek czuje, że wszystko tu działa jak w zegarku, a świat jest logiczny i spójny. To nie jest po prostu „przygoda w ciele człowieka”, to podróż pełna napięcia, nauki i pomysłowości, w której każdy drobny szczegół ma znaczenie.

Dla mnie „Fantastyczna podróż” to świetna, ponadczasowa powieść. Nie jest spektakularna w sensie hollywoodzkich efektów, ale wciąga pomysłem, konsekwencją i inteligencją autora. To książka, która nie musi krzyczeć akcją, żeby wciągnąć – robi to powoli, sprytnie i z wyczuciem, a w dodatku zostaje w głowie na długo. Przygoda, nauka, napięcie i świetnie zbudowany świat w jednym. Asimov znowu pokazał klasę.

Isola Allegra Goodman





 „Isola” Allegri Goodman to bardzo dobra powieść historyczna, która nie próbuje zdobyć czytelnika tanimi chwytami ani wielką akcją od pierwszych stron. To książka, która rozwija się spokojnie, wręcz cierpliwie, ale z każdą kolejną stroną coraz mocniej wciąga w historię i emocje bohaterki. Na początku można odnieść wrażenie, że będzie to przede wszystkim opowieść o przetrwaniu, walce z naturą i samotności, ale z czasem okazuje się, że to tylko jedna warstwa tej historii. Tak naprawdę „Isola” jest przede wszystkim opowieścią o kobiecie, której przez całe życie odbierano wpływ na własny los, a która dopiero w skrajnych warunkach zaczyna odkrywać, kim naprawdę jest. I właśnie ten motyw zrobił na mnie największe wrażenie.


Marguerite to bohaterka, której naprawdę się kibicuje. Nie dlatego, że autorka na siłę robi z niej postać idealną, ale dlatego, że jej los jest zwyczajnie przejmujący. To jedna z tych historii, które budzą nie tylko współczucie, ale też złość i frustrację, bo momentami skala niesprawiedliwości, z jaką musi się mierzyć, jest wręcz przytłaczająca. W świecie, w którym o kobiecie decydują cudze ambicje, majątek, pozycja i kaprysy mężczyzn, Bohaterka długo nie ma właściwie żadnej przestrzeni, żeby naprawdę być sobą. I właśnie dlatego jej przemiana wypada tak mocno. Opowieść nie jest więc tylko historią o tym, czy ktoś przeżyje, ale o tym, co zostaje w człowieku, kiedy zabierze mu się wszystko, do czego był przywiązany.


Bardzo dobrze wypadł tu styl samej autorki. To nie jest pisanie efekciarskie ani przesadnie „literackie” w złym sensie tego słowa. Pisarka nie zalewa czytelnika ozdobnikami, nie próbuje na siłę wyciskać łez i nie robi z tej historii melodramatu. Pisze spokojnie, z wyczuciem, ale jednocześnie bardzo sugestywnie. Dzięki temu emocje wybrzmiewają naturalnie, a nie jak coś sztucznie podkręconego. Klimat tej książki jest naprawdę mocny — czuć chłód, izolację, strach, bezradność, ale też tę dziwną, cichą przemianę, która zachodzi w bohaterce. Im bardziej świat odbiera jej bezpieczeństwo, tym bardziej ona zaczyna odnajdywać własną siłę. To bardzo dobrze poprowadzony motyw i właśnie przez niego ta powieść zostaje w głowie dłużej niż wiele innych historycznych tytułów.


Dużym plusem jest też to, że warstwa historyczna nie sprawia wrażenia dekoracji. Czuć realia epoki, czuć zależności społeczne, ograniczenia, jakie narzucano kobietom, i to, jak łatwo można było człowieka zamknąć w roli, z której nie miał prawa się wyrwać. To nie jest tylko tło, ale ważna część całej opowieści. Dzięki temu „Isola” nie działa wyłącznie emocjonalnie, ale też daje sporo do myślenia. Pokazuje, jak często przetrwanie nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek walczy z naturą, ale dużo wcześniej — wtedy, gdy musi codziennie znosić upokorzenie, zależność i brak głosu.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to momentami tempo jest odrobinę zbyt spokojne. To nie jest książka, która pędzi, więc ktoś nastawiony na intensywny survival albo mocno przygodową historię może poczuć lekki niedosyt. Sama część związana z walką o przetrwanie mogłaby miejscami uderzyć jeszcze mocniej. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że autorka świadomie poszła bardziej w emocje, psychikę i przemianę niż w czystą akcję. I chyba właśnie dlatego ta książka działa tak dobrze.

Dla mnie „Isola” to bardzo solidna, poruszająca i mądrze napisana powieść historyczna, która nie wbija w fotel od pierwszej strony, ale z czasem wchodzi coraz głębiej. To historia o samotności, niesprawiedliwości, przetrwaniu i odzyskiwaniu siebie, ale opowiedziana bez przesady i bez taniego dramatyzmu. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej ją doceniam. To nie jest książka, która krzyczy, tylko taka, która powoli zostaje pod skórą. I chyba właśnie za to cenię ją najbardziej.

poniedziałek, 9 marca 2026

Gothamski Nokturn Akt III, TOM 5 różni autorzy





 W końcu mamy finał. „Gothamski nokturn” wraz z tym tomem (znów całkiem grubiutkim, bo to jednak trzysta stron jest) wreszcie dobiega końca. Całkiem fajna była to opowieść, o wiele lepsza dzięki znakomitym, nastrojowym rysunkom, a teraz wreszcie mamy ją w całości. I można się cieszyć, bo jak na współczesnego Batmana jest naprawdę dobrze, chociaż podobnych opowieści już trochę mieliśmy.


Gothamskiego nokturnu to taka próba opowiedzenia historii w stylu „Trybunału sów”. Takich inspiracji jest tu zresztą więcej, Ram V nie tworzy w zasadzie niczego nowego. A nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie tworzy, a odtwarza, ale na szczęście robi to całkiem dobrze. zgrabnie wybiera z uniwersum Batka to, co lubi, co mu pasuje i co układa się w opowieść, w której historia może i jest ważna, ważniejszy jest jednak klimat.


I tu Ram V wchodzi w te klimaty, które z Gackiem nam się kojarzą i stanowią przez niego przekrój. Od początku tej historii idzie w klimat na styku thrillera i horroru, ale w estetyce legendy miejskiej. Dorzuca pewnej detektywistycznej nuty, bez której by nie było Batmana, a i idzie jeszcze w oniryczne klimaty… A to wszystko tak między innymi. Do tego jest akcja, potężny wróg, sporo wydarzeń. Różnorodnie się dzieje i ciekawie.


I różnorodnie i ciekawie jest też od strony graficznej. Kawał dobrej roboty różnych twórców, ze świetnym kolorem. Bywa mrocznie, bywa duszno, bywa jak w noir i kinie Burtona. A jest przede wszystkim dobrze i jest na co popatrzeć. Kto Gacka lubi, nawet jeśli podobne opowieści już czytał, śmiało ten Gothamski Nokturn poznać może, bo całkiem epicka i udana to rzecz.

Miły dom nad morzem James Tynion IV i inni





 Nie wiem, czy Tynion umie w horror, czy nie, bo ma serie, które świetnie wykorzystują ten gatunek („Departament prawdy”), jak i zmieniają go w tanią tandetę bez odrobiny grozy czy emocji („Coś zabija dzieciaki”). Wiem za to, że w dużej mierze zwykle ratują go świetni rysownicy (może dlatego „Coś zabija dzieciaki” z kiepskimi ilustracjami, wypada tak słabo). A jak wypada „Miły dom nad morzem”? Dobrze. Fabularnie to niezła seria, za to graficznie to prawdziwa petarda.


Trochę na wstępie ponarzekałem na Tyniona, to i ponarzekam jeszcze trochę. Bo to gość, który ma fajne pomysły, ale przekuć nie zawsze je potrafi, a już w superhero w ogóle słabo się czuje i kiepści. Kiepści też jeszcze coś: bohaterów. Jego postacie wiodące to zwykle nijakie typy, goście bez charakteru, którzy są nam całkowicie obojętni i nic nas nie obchodzą, nawet jeśli fabuła jest ciekawa. I podobne wrażenia mam tu: postacie, chociaż ważne, są bez charakteru. Ważniejsze jednak jest to, że akcja i sama opowieść są całkiem do rzeczy.


No bo, mimo moich obaw i uprzedzeń, całość okazała się bardzo udana, przyjemna, nastrojowa i warta poznania. Szczególnie, gdy lubicie takie historie. Horror, ale i… no nie chcę za dużo zdradzać, ale kto czytał poprzednią serię z tego cyklu, czyli „Miły dom nad jeziorem”, wie czego się spodziewać i dokładnie to tu dostanie, a kto nie czytał, jeśli lubi klimatyczne opowieści, niech pozna wszystkie trzy wydane dotąd tomy, bo na tym polu robią robotę.


Ogólnie opowieść jest ciekawa, choć klasyczna. Nieźle gra motywami, nieźle idzie w nowe, ale przede wszystkim robi robotę ilustracjami. Ten komiks to rzecz nie tyle do czytania, ile oglądania. Piękne, nastrojowe grafiki, realizm, oniryzm, horrorowa estetyka i to co przyziemne, spotykają się w widowiskowej, zachwycającej pracy. I dla tej roboty naprawdę warto tę serię poznać.

Lady Baltimore. Królowe czarownic Mike Mignola i inni

 




Mike Mignola po stworzeniu Hellboya nie musiałby już w zasadzie nic w komiksie nie robić, tylko co raz dorzucić coś tam do opowieści i leżeć sobie do góry brzuchem. Ale chyba lubi tę robotę, bo ciągnie dalej zaczęte serie, wchodzi w nowe projekty i raczy nas kolejnymi tytułami, przy których może nie ma tak autorskiego udziału, jak kiedyś, ale nadal widać jego rękę. „Lady Baltimore”, kontynuacja serii Baltimore, to jeszcze jeden poboczny, acz fajny projekt dla miłośników komiksowej grozy. Kawał dobrej opowieści, gdzie Mike może i jest jedynie współscenarzystą, ale partnerujący mu ludzie wiedzą, jak poruszać w estetyce, którą wypracował i dobrze ją oddają.


Chyba każdy to wie, ale powtórzyć nie zaszkodzi: Mignola to jeden z czołowych twórców horrorów. I jeden z najlepszych. Tyle w temacie. Sukces jego dzieła zawdzięczają klimatowi, jaki budował w swoich komiksach, dzięki swoim charakterystycznym rysunkom. Tu ich nie ma, to trzeba powiedzieć na wstępie. Inna ekipa za nie odpowiada, inaczej podchodzi do materii graficznej, ale jednocześnie wie, czego oczekuje czytelnik, a choć zachowają swój styl, jednocześnie starają się iść w kierunku tego, jakim operował on sam.

Fabularnie? No typowy Mignola – czyli walka ze złem, magia, groza, te sprawy. Mamy tu też zmagania o to, by samemu nie stać się potworem, a całość stawia na połączenie akcji, horrorowych klimatów / motywów i klimatu, w którym nie brak posmaku legend i podań. Czyta się to bardzo dobrze i szybko. Nie jest to może szczyt pomysłowości i oryginalności, jednak mamy tu kawał rzetelnej, komiksowej roboty. Wiadomo, to nie „Hellboy”, nadal jednak fani piekielnego chłopca mogą znaleźć tu sporo dla siebie.

I wiadomo, gdyby to wszystko rysował sam Mignola, rzecz stałaby o oczko albo i dwa wyżej, ale facet od lat woli już pisać i czasem machnąć jakąś grafikę. A dla jego pisania warto. Zawsze. fajny to album, da się go czytać bez znajomości poprzednich, bo zmienił się bohater, tytuł, więc i można powiedzieć, że to taki nowy start, fajnie wydany… Czego chcieć więcej? Jeśli Mignola – albo horrory – to Wasza bajka, bierzcie, bo warto.

Asteriks na Korsyce Goscinny&Uderzo

 




Asteriks na Korsyce” to już późny tom serii. Dwudziesty, czyli w sumie mamy tyki mały jubileusz. Poza tym to też jeden z ostatnich albumów, które napisał dla serii Goscinny – jeszcze cztery i niestety, ale zastąpi go Uderzo. Ale póki co to wciąż tom Goscinnego, wypełniony po brzegi tym, za co jego komiksy kochamy, uwielbiamy i czytać chcemy.


Ta seria jest genialna i tyle w temacie. Goscinny zrobił wiele wielkich komiksów, nie ma chyba jednak dzieła lepszego niż „Asteriks”, a mówiąc chyba, po prostu dopuszczam możliwość, że są ludzie, którzy wolą inne rzeczy, bo dla mnie osobiście to kwintesencja zarówno jego komiksów, humoru, jak i europejskich komediowych opowieści graficznych w ogóle. Humor, przygody, akcja, perfekcyjne wykonanie… No perełka, po prostu perełka.


I to taka, która zachwyci każdego, w każdym wieku. jednocześnie pod postacią super zabawy przemyca tu całe multum wiedzy o historii. To jednak, jak bawi się ciekawostkami, jak puszcza oka do fanów znających temat, a jednocześnie bawi się popkulturą, to absolutne mistrzostwo. Frajdy jest w tym co nie miara, uśmiech gości na twarzy cały czas, a tu jeszcze wciąga to wszystko, fascynuje i rusza coś w czytelniku – także na poziomie sentymentalnym.


I graficznie to petarda. Niewiele jest tak genialnie rysowanych serii dla dzieci. Takiej prostoty połączonej z detalami, z cartoonową, niezapomnianą magią i klimatem, który wprost się kocha. Dlatego cieszy tak bardzo fakt, że dostaliśmy takie genialne wydanie, w twardej oprawie i z masą dodatków. No cudowna sprawa, nawet jeśli macie już stare edycje. I wiem, wiem, tylko się rozpływam, ale poważnie, ta seria nie ma minusów i znać ją nie tylko wypada, ale warto.

niedziela, 8 marca 2026

Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień Yuta Takahashi




„Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” totalnie mnie rozbroiła. Sięgnąłem po nią z ciekawości, może z lekkim dystansem, a skończyłem z tym ciepłym uciskiem w klatce piersiowej, który pojawia się, kiedy coś trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. To jedna z tych historii, które czyta się niby spokojnie, ale w środku dzieje się dużo.


Yuta Takahashi buduje świat prosty, kameralny, prawie ascetyczny – a jednak pełen emocji. Sama koncepcja restauracji, w której można na chwilę spotkać się ze wspomnieniem bliskiej osoby poprzez smak i zapach, jest piękna, ale to nie pomysł mnie zachwycił najbardziej. Zachwyciła mnie czułość. Ta delikatność wobec ludzkiego żalu, tęsknoty, niedopowiedzeń. Nie ma tu taniego wzruszania ani wymuszonych łez. Jest za to zgoda na to, że nie wszystko da się domknąć, że czasem jedyne, co możemy zrobić, to usiąść z tym, co było, i pozwolić sobie poczuć.

Czytając, miałem wrażenie, że tempo tej książki działa jak świadomy zabieg – zwalnia, uspokaja, zmusza do uważności. To nie jest opowieść, którą się połyka. To raczej taka, przy której przestajesz scrollować świat i na chwilę po prostu jesteś. W kilku momentach złapałem się na tym, że myślę o własnych wspomnieniach, o ludziach, których już nie ma, o rzeczach, których nie powiedziałem. I to chyba największa siła tej historii – ona otwiera coś w czytelniku.

Jest w niej też subtelny, charakterystyczny dla japońskiej prozy minimalizm emocji, który paradoksalnie sprawia, że wszystko wybrzmiewa mocniej. Bez wielkich gestów, bez dramatycznych scen. A jednak zamykasz książkę i czujesz wdzięczność. Za pamięć. Za możliwość pożegnania, choćby symbolicznego. Za to, że nawet ból może mieć w sobie coś pięknego.

Jestem zachwycony, bo to książka, która niczego nie udaje. Nie próbuje być mądrzejsza od czytelnika. Ona po prostu zaprasza do stołu. A ja usiadłem – i nie żałuję ani chwili.

Opowiadania najlepsze Harlan Ellison

 




„Opowiadania najlepsze”  Harlana Ellisona to dla mnie nie jest zwykły zbiór opowiadań. To raczej spotkanie z kimś, kto siada naprzeciwko i bez ostrzeżenia mówi rzeczy niewygodne, ostre, czasem brutalne – ale cholernie prawdziwe.  Ellison nie pisze, żeby było ładnie. Pisze, żeby zabolało, żeby coś się w środku przesunęło. I w tym wydaniu  czuć, że to wybór przemyślany – przekrojowy, pokazujący go w różnych tonacjach, od czystej science fiction po rzeczy balansujące na granicy horroru i gorzkiej satyry.


Czytając te teksty, miałem momenty zachwytu nad wyobraźnią – jak potrafił kilkoma zdaniami zbudować świat, który inni rozpisywaliby na trylogię. Ale częściej łapałem się na czymś innym: na dyskomforcie. Ellison nie daje bezpiecznego dystansu. Jego bohaterowie są potłuczeni, wkurzeni, zagubieni. Światy, które tworzy, są nieprzyjazne, a technologia rzadko bywa wybawieniem. Jeśli szukać tu optymizmu, to raczej w uporze przetrwania niż w jakiejkolwiek nadziei na happy end.

To, co najbardziej mnie uderzyło, to aktualność tych tekstów. Mimo że wiele z nich powstało dekady temu, brzmią jak komentarz do współczesności – do naszej samotności, przemocy słownej, lęku przed utratą kontroli. Pisarz ma w sobie coś proroczego, ale bez taniego moralizatorstwa. On nie mówi: „a nie mówiłem”. On raczej pyta: „i co teraz z tym zrobisz?”.


Nie wszystkie opowiadania trafiły we mnie tak samo mocno – kilka wydało mi się bardziej konceptem niż przeżyciem. Ale nawet wtedy doceniałem jego bezkompromisowość. To nie jest autor, który chce się podobać. On chce być usłyszany. A to ogromna różnica.

Czytałem tę książkę powoli, trochę jak rozmowę, do której trzeba wracać z odwagą. I mam wrażenie, że to jedna z tych pozycji, które zostają pod skórą. Niekoniecznie jako konkretne fabuły, ale jako napięcie, niepokój, pytania. Jeśli ktoś lubi science fiction, które nie tyle opowiada o kosmosie, co zagląda w ciemniejsze rejony człowieka – to tutaj znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłem. I nie była to wygodna lektura. Ale bardzo potrzebna.

niedziela, 15 lutego 2026

Samuraj. Deadpool. Tom 1 Sanshiro Kasama Hikaru Uesugi





Deadpool łamie kości. Deadpool łamie czwartą ścianę. A teraz jeszcze łamie granice i wskakuje do mangi. No bo czemu nie? Miecze samurajskie ma? Ma. Walczyć umie? A no umie. Do tego łączy to co  mroczne, krwawe i w ogóle, z tym, co lekkie, zabawne, komediowe, a Japończycy to tak niemal zawsze, że nawet w najbardziej mrocznej, ciężkiej filozoficznej opowieści dla dorosłych walną nam w twarz dowcipem czy niemal infantylnym absurdem – i to wszystko do siebie pasuje. No i jak widać po tym dość okazałym tomie, dobrze też pasuje połączenie Deadpoola z mangą i warto po to połączenie sięgnąć


Manga, który zburzyła czwartą ścianę!

Wade Wilson – wasz ulubiony Najemnik z Nawijką – w końcu ładuje się z butami na karty mangi. Namówiony przez Iron Mana (i zachęcony solidnym przelewem za usługi) wpada do Tokio i od razu naprzykrza się paru znajomym mordeczkom. Zanim jednak zdąży wymyślić im chwytliwe ksywki czy coś, zawiązuje sztamę z nowymi superbohaterami, naparza się z bogami i wbija na pewien koncert, raz po raz doprowadzając do pasji swoich nieistniejących ubezpieczycieli. Aha, no i dołącza do japońskiej filii Avengers – Legionu Samurajów. Efekt? Totalny chaos, masa metażartów i śmiertelna dawka absurdalnego humoru, którą potrafi podać tylko Deadpool!


Marvel w mangę szedł od lat i się tego nie wstydził. Pisałem kiedyś o tym przy jakiejś okazji, więc się powtarzać nie będę, ale miał imprinty inspirowane mangą czy Azją, w mangę jako taką też wchodził. Więc zna klimaty, czuje i choć różnie to wypada, wie, co robi. Jeśli chodzi o twórców tego albumu, już raz dali nam się poznać komiksem z „Deadpool: Czerń, biel i krew”. No i nie pykło. Bywa, ale Japończycy już tak mają, że swoje komiksy to potrafią, jak rozpisują na setki, tysiące stron, a nie jak szorcik walną. No i jeśli komuś nie siadła tamta opowieść, a obawia się, że podobny poziom będzie tu, może przestać – „Samuraj” jest naprawdę dobry, nawet jeśli to tylko odcinanie kuponików.


Dynamicznie jest tu, klimatycznie i z humorem. Dzieje się dużo, puszczania oka jest pełno – ach to nawiązanie do (nie)zapomnianego japońskiego Spider-Mana, chociażby – szaleństwa też. Na nudę nie ma u miejsca, ponad 400-stronicowy tomik łyka się szybciutko, jak to mangi, a i popatrzyć jest na co, bo graficznie przyjemna robota: trochę idąca na łatwiznę, bo stawiająca w dużej mierze na budowanie klimatu rastrami, ale co tam, licencyjne czy adaptujące komiksy z kraju kwitnącej wiśni już tak mają i każdy chyba przywykł. Ważne, że nastrój jest i ładne to to.


Wydanie też i przy okazji w dobrej cenie. Co fajne, wzorem innych wydawnictw puszczających nam w ostatnich latach mangi zbiorczo, mamy tu album zbierający oryginalne dwa tomiki, więc zabawy jest dużo. A zabawa to dobra i warta polecenia.

Asteriks. Wróżbita Goscinny Uderzo





 „Wróżbita” to jeden z najlepszych tomów „Asteriksa” i to w zasadzie tyle w temacie. Niezapomniany moment serii, znany też z ekranizacji, w komiksowej wersji jest jednak jedną z najdoskonalszych rzeczy, jakie wyszły w tym cyklu. Perełka i tyle. I to taka, co można ją czytać niezależnie od reszty serii, bo i tak każdy tom to samodzielna przygoda.


Jeśli chodzi o treści, zostawiam Was z oficjalnym opisem:

W czasie szalejącej burzy w wiosce Galów zjawia się przedziwny wędrowiec. Nazywa się Gaduliks i jest wróżbitą. Poproszony o przepowiednię, ujawnia, że… po burzy nastanie piękna pogoda, a Galowie wkrótce się pokłócą! Obie wróżby spełniają się błyskawicznie! Na nic zdają się argumenty Asteriksa, który próbuje przywołać współmieszkańców do rozsądku i przekonać ich, że wróżbita to zwykły oszust. Rozbudzona w Galach chęć poznania wyroków losu wywołuje całą serię zabawnych zdarzeń. Gaduliks wygodnie urządza się na pobliskiej leśnej polanie (by swoją obecnością w wiosce nie drażnić Asteriksa i Obeliksa). Codziennie – w tajemnicy jedni przed drugimi – odwiedzają go mieszkańcy wioski. Każdy wraca jak zaczarowany, a kiedy sam Obeliks robi się dziwnie rozmarzony, Asteriks rusza do lasu, aby sprawdzić, co tam się dzieje.


Tak to mniej więcej wygląda jeśli chodzi o wydarzenia. A sam komiks? No cudeńko, które już sam w sobie – a my tu mamy jeszcze perfekcyjne wydanie, pamiętajmy o tym – zachwyca i nie wymaga nic więcej, by się doskonale bawić w trakcie. Żart, akcja, smaczki – wszystko to jest tu w punkt trafione. Twórcy dopieścili tą część, oferując tyle świetnych pomysłów, błyskotliwych dialogów i żartów i czystej komiksowej magii, że czyta się to z walącym sercem, wypiekami na twarzy i dziecięcą fascynacją.


Graficznie to też perełka. Uderzo jest mistrzem kreski, chyba najlepszym, co europejski komiks cartoonowy ma do zaoferowania i to, jak tu wyglądają jego prace, to absolutne mistrzostwo prostoty, lekkości, ale i detalu, klimatu oraz czystej, płynnej kreski. Że o doskonałym kolorze nie wspomnę.

Przypomnę za to o wydaniu. Jak pisze wydawca Nowa edycja w twardej oprawie oprócz komiksu zawiera także ponad czterdzieści stron dodatków, w których czytelnik pozna okoliczności powstawania albumu, zobaczy archiwalne materiały i dowie się wielu ciekawostek o bohaterach, autorach i historii. No i to wszystko mówi. Właśnie taka jest to edycja, dopieszczona, pełna materiałów dla fanów i po prostu cudowna. Bierzcie w ciemno, czy znacie, czy nie, bo dla takich bonusów autentycznie warto, nawet jeśli macie stare wydania na półce.

Morderstwa w Marble Hall Anthony Horowitz

„Morderstwa w Marble Hall” Anthony’ego Horowitza to dokładnie ten typ kryminału, który pokazuje, że autor nie tylko świetnie zna gatunek, al...