poniedziałek, 9 marca 2026

Gothamski Nokturn Akt III, TOM 5 różni autorzy





 W końcu mamy finał. „Gothamski nokturn” wraz z tym tomem (znów całkiem grubiutkim, bo to jednak trzysta stron jest) wreszcie dobiega końca. Całkiem fajna była to opowieść, o wiele lepsza dzięki znakomitym, nastrojowym rysunkom, a teraz wreszcie mamy ją w całości. I można się cieszyć, bo jak na współczesnego Batmana jest naprawdę dobrze, chociaż podobnych opowieści już trochę mieliśmy.


Gothamskiego nokturnu to taka próba opowiedzenia historii w stylu „Trybunału sów”. Takich inspiracji jest tu zresztą więcej, Ram V nie tworzy w zasadzie niczego nowego. A nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie tworzy, a odtwarza, ale na szczęście robi to całkiem dobrze. zgrabnie wybiera z uniwersum Batka to, co lubi, co mu pasuje i co układa się w opowieść, w której historia może i jest ważna, ważniejszy jest jednak klimat.


I tu Ram V wchodzi w te klimaty, które z Gackiem nam się kojarzą i stanowią przez niego przekrój. Od początku tej historii idzie w klimat na styku thrillera i horroru, ale w estetyce legendy miejskiej. Dorzuca pewnej detektywistycznej nuty, bez której by nie było Batmana, a i idzie jeszcze w oniryczne klimaty… A to wszystko tak między innymi. Do tego jest akcja, potężny wróg, sporo wydarzeń. Różnorodnie się dzieje i ciekawie.


I różnorodnie i ciekawie jest też od strony graficznej. Kawał dobrej roboty różnych twórców, ze świetnym kolorem. Bywa mrocznie, bywa duszno, bywa jak w noir i kinie Burtona. A jest przede wszystkim dobrze i jest na co popatrzeć. Kto Gacka lubi, nawet jeśli podobne opowieści już czytał, śmiało ten Gothamski Nokturn poznać może, bo całkiem epicka i udana to rzecz.

Miły dom nad morzem James Tynion IV i inni





 Nie wiem, czy Tynion umie w horror, czy nie, bo ma serie, które świetnie wykorzystują ten gatunek („Departament prawdy”), jak i zmieniają go w tanią tandetę bez odrobiny grozy czy emocji („Coś zabija dzieciaki”). Wiem za to, że w dużej mierze zwykle ratują go świetni rysownicy (może dlatego „Coś zabija dzieciaki” z kiepskimi ilustracjami, wypada tak słabo). A jak wypada „Miły dom nad morzem”? Dobrze. Fabularnie to niezła seria, za to graficznie to prawdziwa petarda.


Trochę na wstępie ponarzekałem na Tyniona, to i ponarzekam jeszcze trochę. Bo to gość, który ma fajne pomysły, ale przekuć nie zawsze je potrafi, a już w superhero w ogóle słabo się czuje i kiepści. Kiepści też jeszcze coś: bohaterów. Jego postacie wiodące to zwykle nijakie typy, goście bez charakteru, którzy są nam całkowicie obojętni i nic nas nie obchodzą, nawet jeśli fabuła jest ciekawa. I podobne wrażenia mam tu: postacie, chociaż ważne, są bez charakteru. Ważniejsze jednak jest to, że akcja i sama opowieść są całkiem do rzeczy.


No bo, mimo moich obaw i uprzedzeń, całość okazała się bardzo udana, przyjemna, nastrojowa i warta poznania. Szczególnie, gdy lubicie takie historie. Horror, ale i… no nie chcę za dużo zdradzać, ale kto czytał poprzednią serię z tego cyklu, czyli „Miły dom nad jeziorem”, wie czego się spodziewać i dokładnie to tu dostanie, a kto nie czytał, jeśli lubi klimatyczne opowieści, niech pozna wszystkie trzy wydane dotąd tomy, bo na tym polu robią robotę.


Ogólnie opowieść jest ciekawa, choć klasyczna. Nieźle gra motywami, nieźle idzie w nowe, ale przede wszystkim robi robotę ilustracjami. Ten komiks to rzecz nie tyle do czytania, ile oglądania. Piękne, nastrojowe grafiki, realizm, oniryzm, horrorowa estetyka i to co przyziemne, spotykają się w widowiskowej, zachwycającej pracy. I dla tej roboty naprawdę warto tę serię poznać.

Lady Baltimore. Królowe czarownic Mike Mignola i inni

 




Mike Mignola po stworzeniu Hellboya nie musiałby już w zasadzie nic w komiksie nie robić, tylko co raz dorzucić coś tam do opowieści i leżeć sobie do góry brzuchem. Ale chyba lubi tę robotę, bo ciągnie dalej zaczęte serie, wchodzi w nowe projekty i raczy nas kolejnymi tytułami, przy których może nie ma tak autorskiego udziału, jak kiedyś, ale nadal widać jego rękę. „Lady Baltimore”, kontynuacja serii Baltimore, to jeszcze jeden poboczny, acz fajny projekt dla miłośników komiksowej grozy. Kawał dobrej opowieści, gdzie Mike może i jest jedynie współscenarzystą, ale partnerujący mu ludzie wiedzą, jak poruszać w estetyce, którą wypracował i dobrze ją oddają.


Chyba każdy to wie, ale powtórzyć nie zaszkodzi: Mignola to jeden z czołowych twórców horrorów. I jeden z najlepszych. Tyle w temacie. Sukces jego dzieła zawdzięczają klimatowi, jaki budował w swoich komiksach, dzięki swoim charakterystycznym rysunkom. Tu ich nie ma, to trzeba powiedzieć na wstępie. Inna ekipa za nie odpowiada, inaczej podchodzi do materii graficznej, ale jednocześnie wie, czego oczekuje czytelnik, a choć zachowają swój styl, jednocześnie starają się iść w kierunku tego, jakim operował on sam.

Fabularnie? No typowy Mignola – czyli walka ze złem, magia, groza, te sprawy. Mamy tu też zmagania o to, by samemu nie stać się potworem, a całość stawia na połączenie akcji, horrorowych klimatów / motywów i klimatu, w którym nie brak posmaku legend i podań. Czyta się to bardzo dobrze i szybko. Nie jest to może szczyt pomysłowości i oryginalności, jednak mamy tu kawał rzetelnej, komiksowej roboty. Wiadomo, to nie „Hellboy”, nadal jednak fani piekielnego chłopca mogą znaleźć tu sporo dla siebie.

I wiadomo, gdyby to wszystko rysował sam Mignola, rzecz stałaby o oczko albo i dwa wyżej, ale facet od lat woli już pisać i czasem machnąć jakąś grafikę. A dla jego pisania warto. Zawsze. fajny to album, da się go czytać bez znajomości poprzednich, bo zmienił się bohater, tytuł, więc i można powiedzieć, że to taki nowy start, fajnie wydany… Czego chcieć więcej? Jeśli Mignola – albo horrory – to Wasza bajka, bierzcie, bo warto.

Asteriks na Korsyce Goscinny&Uderzo

 




Asteriks na Korsyce” to już późny tom serii. Dwudziesty, czyli w sumie mamy tyki mały jubileusz. Poza tym to też jeden z ostatnich albumów, które napisał dla serii Goscinny – jeszcze cztery i niestety, ale zastąpi go Uderzo. Ale póki co to wciąż tom Goscinnego, wypełniony po brzegi tym, za co jego komiksy kochamy, uwielbiamy i czytać chcemy.


Ta seria jest genialna i tyle w temacie. Goscinny zrobił wiele wielkich komiksów, nie ma chyba jednak dzieła lepszego niż „Asteriks”, a mówiąc chyba, po prostu dopuszczam możliwość, że są ludzie, którzy wolą inne rzeczy, bo dla mnie osobiście to kwintesencja zarówno jego komiksów, humoru, jak i europejskich komediowych opowieści graficznych w ogóle. Humor, przygody, akcja, perfekcyjne wykonanie… No perełka, po prostu perełka.


I to taka, która zachwyci każdego, w każdym wieku. jednocześnie pod postacią super zabawy przemyca tu całe multum wiedzy o historii. To jednak, jak bawi się ciekawostkami, jak puszcza oka do fanów znających temat, a jednocześnie bawi się popkulturą, to absolutne mistrzostwo. Frajdy jest w tym co nie miara, uśmiech gości na twarzy cały czas, a tu jeszcze wciąga to wszystko, fascynuje i rusza coś w czytelniku – także na poziomie sentymentalnym.


I graficznie to petarda. Niewiele jest tak genialnie rysowanych serii dla dzieci. Takiej prostoty połączonej z detalami, z cartoonową, niezapomnianą magią i klimatem, który wprost się kocha. Dlatego cieszy tak bardzo fakt, że dostaliśmy takie genialne wydanie, w twardej oprawie i z masą dodatków. No cudowna sprawa, nawet jeśli macie już stare edycje. I wiem, wiem, tylko się rozpływam, ale poważnie, ta seria nie ma minusów i znać ją nie tylko wypada, ale warto.

niedziela, 8 marca 2026

Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień Yuta Takahashi




„Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” totalnie mnie rozbroiła. Sięgnąłem po nią z ciekawości, może z lekkim dystansem, a skończyłem z tym ciepłym uciskiem w klatce piersiowej, który pojawia się, kiedy coś trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. To jedna z tych historii, które czyta się niby spokojnie, ale w środku dzieje się dużo.


Yuta Takahashi buduje świat prosty, kameralny, prawie ascetyczny – a jednak pełen emocji. Sama koncepcja restauracji, w której można na chwilę spotkać się ze wspomnieniem bliskiej osoby poprzez smak i zapach, jest piękna, ale to nie pomysł mnie zachwycił najbardziej. Zachwyciła mnie czułość. Ta delikatność wobec ludzkiego żalu, tęsknoty, niedopowiedzeń. Nie ma tu taniego wzruszania ani wymuszonych łez. Jest za to zgoda na to, że nie wszystko da się domknąć, że czasem jedyne, co możemy zrobić, to usiąść z tym, co było, i pozwolić sobie poczuć.

Czytając, miałem wrażenie, że tempo tej książki działa jak świadomy zabieg – zwalnia, uspokaja, zmusza do uważności. To nie jest opowieść, którą się połyka. To raczej taka, przy której przestajesz scrollować świat i na chwilę po prostu jesteś. W kilku momentach złapałem się na tym, że myślę o własnych wspomnieniach, o ludziach, których już nie ma, o rzeczach, których nie powiedziałem. I to chyba największa siła tej historii – ona otwiera coś w czytelniku.

Jest w niej też subtelny, charakterystyczny dla japońskiej prozy minimalizm emocji, który paradoksalnie sprawia, że wszystko wybrzmiewa mocniej. Bez wielkich gestów, bez dramatycznych scen. A jednak zamykasz książkę i czujesz wdzięczność. Za pamięć. Za możliwość pożegnania, choćby symbolicznego. Za to, że nawet ból może mieć w sobie coś pięknego.

Jestem zachwycony, bo to książka, która niczego nie udaje. Nie próbuje być mądrzejsza od czytelnika. Ona po prostu zaprasza do stołu. A ja usiadłem – i nie żałuję ani chwili.

Opowiadania najlepsze Harlan Ellison

 




„Opowiadania najlepsze”  Harlana Ellisona to dla mnie nie jest zwykły zbiór opowiadań. To raczej spotkanie z kimś, kto siada naprzeciwko i bez ostrzeżenia mówi rzeczy niewygodne, ostre, czasem brutalne – ale cholernie prawdziwe.  Ellison nie pisze, żeby było ładnie. Pisze, żeby zabolało, żeby coś się w środku przesunęło. I w tym wydaniu  czuć, że to wybór przemyślany – przekrojowy, pokazujący go w różnych tonacjach, od czystej science fiction po rzeczy balansujące na granicy horroru i gorzkiej satyry.


Czytając te teksty, miałem momenty zachwytu nad wyobraźnią – jak potrafił kilkoma zdaniami zbudować świat, który inni rozpisywaliby na trylogię. Ale częściej łapałem się na czymś innym: na dyskomforcie. Ellison nie daje bezpiecznego dystansu. Jego bohaterowie są potłuczeni, wkurzeni, zagubieni. Światy, które tworzy, są nieprzyjazne, a technologia rzadko bywa wybawieniem. Jeśli szukać tu optymizmu, to raczej w uporze przetrwania niż w jakiejkolwiek nadziei na happy end.

To, co najbardziej mnie uderzyło, to aktualność tych tekstów. Mimo że wiele z nich powstało dekady temu, brzmią jak komentarz do współczesności – do naszej samotności, przemocy słownej, lęku przed utratą kontroli. Pisarz ma w sobie coś proroczego, ale bez taniego moralizatorstwa. On nie mówi: „a nie mówiłem”. On raczej pyta: „i co teraz z tym zrobisz?”.


Nie wszystkie opowiadania trafiły we mnie tak samo mocno – kilka wydało mi się bardziej konceptem niż przeżyciem. Ale nawet wtedy doceniałem jego bezkompromisowość. To nie jest autor, który chce się podobać. On chce być usłyszany. A to ogromna różnica.

Czytałem tę książkę powoli, trochę jak rozmowę, do której trzeba wracać z odwagą. I mam wrażenie, że to jedna z tych pozycji, które zostają pod skórą. Niekoniecznie jako konkretne fabuły, ale jako napięcie, niepokój, pytania. Jeśli ktoś lubi science fiction, które nie tyle opowiada o kosmosie, co zagląda w ciemniejsze rejony człowieka – to tutaj znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłem. I nie była to wygodna lektura. Ale bardzo potrzebna.

niedziela, 15 lutego 2026

Samuraj. Deadpool. Tom 1 Sanshiro Kasama Hikaru Uesugi





Deadpool łamie kości. Deadpool łamie czwartą ścianę. A teraz jeszcze łamie granice i wskakuje do mangi. No bo czemu nie? Miecze samurajskie ma? Ma. Walczyć umie? A no umie. Do tego łączy to co  mroczne, krwawe i w ogóle, z tym, co lekkie, zabawne, komediowe, a Japończycy to tak niemal zawsze, że nawet w najbardziej mrocznej, ciężkiej filozoficznej opowieści dla dorosłych walną nam w twarz dowcipem czy niemal infantylnym absurdem – i to wszystko do siebie pasuje. No i jak widać po tym dość okazałym tomie, dobrze też pasuje połączenie Deadpoola z mangą i warto po to połączenie sięgnąć


Manga, który zburzyła czwartą ścianę!

Wade Wilson – wasz ulubiony Najemnik z Nawijką – w końcu ładuje się z butami na karty mangi. Namówiony przez Iron Mana (i zachęcony solidnym przelewem za usługi) wpada do Tokio i od razu naprzykrza się paru znajomym mordeczkom. Zanim jednak zdąży wymyślić im chwytliwe ksywki czy coś, zawiązuje sztamę z nowymi superbohaterami, naparza się z bogami i wbija na pewien koncert, raz po raz doprowadzając do pasji swoich nieistniejących ubezpieczycieli. Aha, no i dołącza do japońskiej filii Avengers – Legionu Samurajów. Efekt? Totalny chaos, masa metażartów i śmiertelna dawka absurdalnego humoru, którą potrafi podać tylko Deadpool!


Marvel w mangę szedł od lat i się tego nie wstydził. Pisałem kiedyś o tym przy jakiejś okazji, więc się powtarzać nie będę, ale miał imprinty inspirowane mangą czy Azją, w mangę jako taką też wchodził. Więc zna klimaty, czuje i choć różnie to wypada, wie, co robi. Jeśli chodzi o twórców tego albumu, już raz dali nam się poznać komiksem z „Deadpool: Czerń, biel i krew”. No i nie pykło. Bywa, ale Japończycy już tak mają, że swoje komiksy to potrafią, jak rozpisują na setki, tysiące stron, a nie jak szorcik walną. No i jeśli komuś nie siadła tamta opowieść, a obawia się, że podobny poziom będzie tu, może przestać – „Samuraj” jest naprawdę dobry, nawet jeśli to tylko odcinanie kuponików.


Dynamicznie jest tu, klimatycznie i z humorem. Dzieje się dużo, puszczania oka jest pełno – ach to nawiązanie do (nie)zapomnianego japońskiego Spider-Mana, chociażby – szaleństwa też. Na nudę nie ma u miejsca, ponad 400-stronicowy tomik łyka się szybciutko, jak to mangi, a i popatrzyć jest na co, bo graficznie przyjemna robota: trochę idąca na łatwiznę, bo stawiająca w dużej mierze na budowanie klimatu rastrami, ale co tam, licencyjne czy adaptujące komiksy z kraju kwitnącej wiśni już tak mają i każdy chyba przywykł. Ważne, że nastrój jest i ładne to to.


Wydanie też i przy okazji w dobrej cenie. Co fajne, wzorem innych wydawnictw puszczających nam w ostatnich latach mangi zbiorczo, mamy tu album zbierający oryginalne dwa tomiki, więc zabawy jest dużo. A zabawa to dobra i warta polecenia.

Asteriks. Wróżbita Goscinny Uderzo





 „Wróżbita” to jeden z najlepszych tomów „Asteriksa” i to w zasadzie tyle w temacie. Niezapomniany moment serii, znany też z ekranizacji, w komiksowej wersji jest jednak jedną z najdoskonalszych rzeczy, jakie wyszły w tym cyklu. Perełka i tyle. I to taka, co można ją czytać niezależnie od reszty serii, bo i tak każdy tom to samodzielna przygoda.


Jeśli chodzi o treści, zostawiam Was z oficjalnym opisem:

W czasie szalejącej burzy w wiosce Galów zjawia się przedziwny wędrowiec. Nazywa się Gaduliks i jest wróżbitą. Poproszony o przepowiednię, ujawnia, że… po burzy nastanie piękna pogoda, a Galowie wkrótce się pokłócą! Obie wróżby spełniają się błyskawicznie! Na nic zdają się argumenty Asteriksa, który próbuje przywołać współmieszkańców do rozsądku i przekonać ich, że wróżbita to zwykły oszust. Rozbudzona w Galach chęć poznania wyroków losu wywołuje całą serię zabawnych zdarzeń. Gaduliks wygodnie urządza się na pobliskiej leśnej polanie (by swoją obecnością w wiosce nie drażnić Asteriksa i Obeliksa). Codziennie – w tajemnicy jedni przed drugimi – odwiedzają go mieszkańcy wioski. Każdy wraca jak zaczarowany, a kiedy sam Obeliks robi się dziwnie rozmarzony, Asteriks rusza do lasu, aby sprawdzić, co tam się dzieje.


Tak to mniej więcej wygląda jeśli chodzi o wydarzenia. A sam komiks? No cudeńko, które już sam w sobie – a my tu mamy jeszcze perfekcyjne wydanie, pamiętajmy o tym – zachwyca i nie wymaga nic więcej, by się doskonale bawić w trakcie. Żart, akcja, smaczki – wszystko to jest tu w punkt trafione. Twórcy dopieścili tą część, oferując tyle świetnych pomysłów, błyskotliwych dialogów i żartów i czystej komiksowej magii, że czyta się to z walącym sercem, wypiekami na twarzy i dziecięcą fascynacją.


Graficznie to też perełka. Uderzo jest mistrzem kreski, chyba najlepszym, co europejski komiks cartoonowy ma do zaoferowania i to, jak tu wyglądają jego prace, to absolutne mistrzostwo prostoty, lekkości, ale i detalu, klimatu oraz czystej, płynnej kreski. Że o doskonałym kolorze nie wspomnę.

Przypomnę za to o wydaniu. Jak pisze wydawca Nowa edycja w twardej oprawie oprócz komiksu zawiera także ponad czterdzieści stron dodatków, w których czytelnik pozna okoliczności powstawania albumu, zobaczy archiwalne materiały i dowie się wielu ciekawostek o bohaterach, autorach i historii. No i to wszystko mówi. Właśnie taka jest to edycja, dopieszczona, pełna materiałów dla fanów i po prostu cudowna. Bierzcie w ciemno, czy znacie, czy nie, bo dla takich bonusów autentycznie warto, nawet jeśli macie stare wydania na półce.

Ród Brainiaca. Superman. Tom 3 Galmon Edwin Williamson Joshua Sandoval Rafa

 



Ostatni tom Supermana od Joshuy Williamsona. Nie powiem, cieszę się, bo jednak ten scenarzysta nie jest moim ulubieńcem, ale… Nie wiem czemu wydawca podaje, że to ostatni tom, skoro seria tu się nie kończy, a i Williamson nadal ją potem pisał (z tym, że np. „Action Comics” będzie pisała Gail Simone), ale jest jak jest. A jak wypada sam komiks? A no o dziwo całkiem fajnie, z konkretną akcją i sporą ilością stron.


 Jeśli chodzi o sam komiks, to mamy tu typowy superbohaterski akcyjniak – jak ktoś lubi, będzie zadowolony. Ta historia ma iście eventowe zacięcie, pełno tu postaci – dla mnie największy plus to gościnny udział Lobo, bo Ostatniego Czarniana uwielbiam – i szybkiego tempa. Na nudę nie ma tu miejsca, dzieje się dużo i bez przedłużania ani przegadywania. No i rzecz ma fajny klimacik.


Ale o tym klimaciku decydują rysunki. I one stanowią najlepszą część komiksu. Popatrzyć naprawdę jest na co, grafiki są dość realistyczne, dopracowane, nie unikają czerni, a kiedy trzeba są i szybkie, dynamiczne i widowiskowe także. Wspiera je w tym naprawdę dobry, kładziony z głową kolor, w którym może i mamy sporo efekciarstwa, ale i efektowny też jest. Po prostu komiks, który ogląda się jak kinowe megahity z dużym budżetem, którego większość poszła na efekty specjalne.


Jak na Williamsona, dobry tom. Jak na Supermana, spoko komiks – typowy, ale nierozczarowujący. I tak samo można określić go, traktując po prostu jako superbohaterszczyznę. Lubicie Supermana i mało Wam jego nowych przygód? No to sięgnijcie, czeka na Was niemal 250 stron widowiskowej rozrywki, a tego właśnie oczekujcie.


wtorek, 30 grudnia 2025

Koszmarne komando David Dastmalchian, Jesús Hervás

 

Patrząc na ten komiks, trudno nie odnieść wrażenia, że DC trochę nie ma pomysłu na nowe, więc sięga do tego, co już kiedyś było, ale zbytnio nie wybiło się do mainstreamu. Ekipa horrorowych postaci znana jako Koszmarne Komando to twór lat 80. (wymyślił go DeMatteis) i bywała to tu, to tam, a jej ostatnie wcielenie, to widoczne tu, powstało w 2011 roku i od tamtej pory wystąpiło łącznie w 35 zeszytach, co pokazuje, że zbyt wiele miejsca dla niej w uniwersum się nie znalazło. Ale to nie znaczy, że rzecz jest przez to mniej wartościowa. Nie, to naprawdę fajny, nastrojowy komiks. coś dla fanów takich ekip, jak Synowie Nocy (ci są akurat z Marvela), Night Force czy Justice League Dark (obie z DC) i tych, którzy lubią komiks i horror.

 

Potwory DC powracają! Koszmarne Komando zapuszcza się w najstraszniejsze zakątki uniwersum DC, gdzie odkrywa makabryczne tajemnice i szokujące prawdy. W tej mrożącej krew w żyłach opowieści powietrze jest gęste od strachu, pazury są gotowe do ataku, kły błyszczą, a krew leje się strumieniami. Czy potwory z Koszmarnego Komanda to tylko ohydne maszyny do zabijania, czy może ostatnia nadzieja ludzkości? Odpowiedź kryje się w cieniu. Scenariusz komiksu napisał David Dastmalchian („Count Crowley”, „The Suicide Squad”, „Late Night with the Devil”).

 

Drużynowa akcja, horrorowy klimat i superhero. Takie rzeczy czekają na Was w tym albumie. Ogólnie nie jest to jakiś mocny i mroczny komiks, więc nie spodziewajcie się tego po nim. To horror, jak to horror w okolicach głównego nurtu Marvela i DC, czyli za ostro być nie może. Ale jest dynamicznie, lekko, szybko i dość widowiskowo. Fabuła to takie bardziej fantasty, jedynie z mroczniejszymi nieco tonami, które dodają całości uroku. Jeśli miałbym to porównać z jakimiś horrorami to nie takimi, które mają straszyć. To coś, jak kino z przełomu XX i XXI wieku, kiedy kino grozy niby z założenia miało ten element straszny (wilkołaki, wampiry etc.), jednak tylko pozornie, bo skupiało się na akcji i efektach.


No i ten komiks taki jest. Czyta się go, jak oglądało np. „Underworld” czy „Van Hellsinga” – lekko, bezrefleksyjnie, bez lęku i napięcia, ale całkiem przyzwoicie wizualnie. Tu jednak fabuła jest ciekawsza, mniej kiczowata, wszystko mknie i oferuje sporo fajnych postaci, które odwołują się do klasyki horroru, ale jednocześnie mają swój komiksowy vibe. Jest tu co poczytać, ale dialogi nie przytłaczają i nie nudzą. Treść zresztą, jak to w takich przypadkach bywa, jest sprawą drugorzędną, liczy się rozrywka i dobre wykonanie. I to mamy.

 

A to wykonanie najbardziej doceniam od strony graficznej, bo naprawdę fajnie wygląda ten album. Kreska czysta, i realistyczna, i komiksowo przerysowana, wyrazista, dynamiczna. Kolor czasem barwny, intensywny, nie tylko nie ogranicza się do mroku, ale i nie skupia na nim, a jednak wypada to całkiem do rzeczy. No jak cały ten, ładnie zresztą wydany komiks. Kto te klimaty lubi, niech śmiało bierze i czyta.


John Constantine. Hellblazer, Tom 3: Trup w Ameryce. Simon Spurrier, Aaron Campbell


 „John Constantine. Hellblazer” Spuriera tom 3. Czyli solidna cegła (prawie 370 stron). Czy warto? A to zależy, jak podobały się Wam dwa poprzednie tomy. Wiadomo, Spurrier nie czuje tak Johna, jak inni scenarzyści – poziomem do pięt nie dorasta Delano, Ennisowi czy Ellisowi – ale z drugiej strony nie kiepści sprawy tak, jak to zrobił swego czasu Taylor, pokazujący, że jednak ze swoimi komiksami powinien nie wychodzić do mainstreamu. Jest więc całkiem przyzwoicie, klimatycznie dzięki fajnym rysunkom i całkiem przyjemnie.

 

Hellblazer powraca w znakomitej formie!
Sen, jeden z Nieskończonych, potrzebuje pomocy Johna Constantine’a. Coś przerażającego zapuściło korzenie w Ameryce i wykorzystuje piasek z sakwy Sandmana, by narzucić swoją wolę całemu krajowi. Nawet w sprzyjających okolicznościach rozwiązanie tego problemu byłoby niemal niemożliwe ─ a tymczasem Constantine jest niemal martwy: jego serce nie bije, a ciało się rozkłada.
Jakby tego było mało, wraz z przyjaciółką Nat i synem Noahem jest ścigany za zabójstwo. Jeśli ma spełnić prośbę Sandmana, będzie potrzebował pomocy Aleca Hollanda, znanego jako Potwór z Bagien. Tylko razem mogą wykorzenić zło, które od dziesięcioleci zatruwa amerykański sen.

 

Jeśli Constantine w Ameryce, to chyba tylko w wykonaniu Azzarello. Poważnie. Tam było odkrywczo, było pomysłowo i mrocznie. Spurirer zaś sprawia wrażenie, jakby bardziej dostosowywał Johna do realiów uniwersum Sandmana, w efekcie wszystko wydaje się złagodzone, mniej kontrowersyjne, ale i mniej poruszające. Pomysłowe? No też mniej. Acz nadal całkiem przyjemnie wykonane, dość mroczne i dojrzałe. Lżejsze, niż klasyczne serie, miejcie to na uwadze, ale wiadomo, to rzecz bardziej dla fanów „Sandmana” niż „Hellblazera” i jako taką należy rozpatrywać.

 

Konkretna ilość stron przekłada się tu na konkretną ilość wydarzeń. Jest tu coś z horroru, dużo fantastyki, zwłaszcza dark fantasy, fajnie wypada wątek z rozkładem Johna, bo takie dokładnie problemów bohaterowi w sytuacji, w której i tak ma ciężko zawsze jest in plus, a przy okazji całość dostarcza sporo treści. Jest niekiedy przegadana, to fakt, czasem można by to było stonować, bo jednak Spurrier nie potrafi tak w kwiecistość, jak Delano, a nawet u niego czasem to męczyło, ale jednocześnie to nie komiks, który łyknięcie w godzinę czy dwie, więc poczytać jest co.

 

A czy jest na co popatrzeć? Tak. Tu nie mam nic do zarzucenia, bo ilustracje są znakomite, klimatyczne, nastrojowe, realistyczne… No jest mrok, jest dobre wykonanie, są wizualne fajerwerki, ale w naprawdę dobrym stylu, a i jest świetne wydanie, niby to tylko strona techniczna, drobiazg, ale jednak pozwalający się lepiej cieszyć ilustracjami.

 

W skrócie: doskonale narysowany, nieźle napisany komiks. Wart uwagi, zwłaszcza jeśli jesteście miłośnikami uniwersum Sandmana. Chociaż i fani Johna też znajdą tu coś dla siebie.

Gothamski Nokturn Akt III, TOM 5 różni autorzy

 W końcu mamy finał. „ Gothamski nokturn ” wraz z tym tomem (znów całkiem grubiutkim, bo to jednak trzysta stron jest) wreszcie dobiega końc...