czwartek, 2 kwietnia 2026

Superman Action Comics: Supergwiazdy różni autorzy

 



Superman Action Comics: Supergwiazdy” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pokochać bez żadnych zastrzeżeń. I chyba właśnie to najlepiej go opisuje. To nie jest jeden spójny run z jedną wizją i jednym rytmem, tylko zbiór historii od różnych twórców, którzy próbują pokazać Supermana z kilku stron naraz: jako ikonę, jako faceta z sercem, jako bohatera od wielkich kosmicznych akcji i jako człowieka, który wciąż najbardziej działa wtedy, kiedy schodzi bliżej ziemi. I trzeba przyznać, że sporo z tego naprawdę działa. Tylko że nie wszystko równie mocno.

Największa zaleta tego albumu jest taka, że on naprawdę czuje Supermana. Nie w sensie „o, znowu leci i kogoś ratuje”, tylko w sensie samego ducha postaci. Nawet kiedy historie idą w bardziej widowiskowe rejony, cały czas czuć, że to nie jest tylko kolejny muskularny kosmita do przerzucania asteroid. Ten tom całkiem dobrze przypomina, dlaczego Superman działa najlepiej nie wtedy, gdy jest „najsilniejszy”, ale wtedy, gdy jest najbardziej ludzki. I to mi siadło. Jest tu trochę ciepła, trochę serca, trochę klasycznej superbohaterskiej przygodowości, ale bez przesadnego lukru.




Bardzo podoba mi się też sam pomysł na formułę. Zamiast jednej długiej historii dostajemy kilka różnych podejść do tej postaci, więc nie ma nudy. Raz jest bardziej kosmicznie, raz bardziej kameralnie, raz bardziej komiksowy blockbuster, a raz coś bliższego codzienności Clarka i Lois. Dzięki temu album czyta się bardzo płynnie, bo co jakiś czas zmienia się ton, energia i punkt ciężkości. To jest ten rodzaj antologii, który daje poczucie różnorodności, a nie rozstrzelenia. Przynajmniej przez większą część lektury.

To jest tom nierówny. Nie dramatycznie, nie tak, że połowa do kosza, ale jednak wyraźnie. Są historie, które wchodzą bardzo dobrze i zostawiają po sobie fajne wrażenie, a są też takie, które czyta się z przyjemnością, ale bez większego efektu „wow”. I to chyba największy problem „Supergwiazd”: ten album jako całość jest naprawdę dobry, ale poszczególne fragmenty nie zawsze trzymają ten sam poziom. Czasem masz poczucie, że czytasz świetnie złapany ton Supermana, a chwilę później coś, co jest po prostu solidne, poprawne i tyle.




Najmocniej działa na mnie to, kiedy ten tom zwalnia i pozwala Clarkowi po prostu być Clarkiem. Nie tylko symbolem, nie tylko potęgą, ale facetem, który myśli, czuje, reaguje, ma relacje i nie musi udowadniać swojej wielkości samym rozmachem akcji. Te bardziej „przyziemne” albo emocjonalnie lżejsze momenty paradoksalnie robią tu większe wrażenie niż część większych, efektowniejszych numerów. I to jest dla mnie bardzo supermenowe. Bo jasne, można dać mu kolejne zagrożenie z kosmosu, ale tak naprawdę ta postać broni się najmocniej wtedy, kiedy pod tą całą potęgą nadal widać zwyczajną przyzwoitość.

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to tutaj znowu — jest bardzo dobrze, ale też nierówno, co akurat przy takim składzie twórców było do przewidzenia. Z jednej strony dostajesz kilka bardzo różnych interpretacji Supermana, co samo w sobie jest fajne. Każdy rysownik podchodzi do tej postaci trochę inaczej. Jedni idą bardziej w klasyczny, czysty superhero look, inni w większą dynamikę i efektowność, jeszcze inni mocniej podkreślają emocje i relacje. Dzięki temu ten tom wizualnie się nie nudzi. Co kilka rozdziałów dostajesz inną energię, inny sposób kadrowania, inny rytm plansz. I to naprawdę działa, bo Superman jako postać dobrze znosi takie zmiany — potrafi wyglądać świetnie zarówno w bardziej „pomnikowym” wydaniu, jak i w lżejszym, bardziej ludzkim.

John Timms bardzo mi tu siadł, bo jego kreska ma w sobie coś, co dobrze pasuje do nowoczesnego Supermana: jest dynamiczna, czytelna, efektowna, ale bez przesadnego przeładowania. Jego plansze mają odpowiednią energię, postacie wyglądają mocno, a akcja ma tempo. To nie jest rysowanie, które chce być bardziej skomplikowane, niż trzeba — raczej takie, które dobrze niesie historię i daje dużo czystej frajdy z oglądania. Superman w jego wykonaniu wygląda dokładnie tak, jak powinien: potężnie, ale nie jak odklejony bóg; bardziej jak ktoś, kto faktycznie może uratować świat, a potem wrócić pogadać z Lois przy kawie.




Eddy Barrows z kolei daje trochę cięższy, bardziej klasycznie superbohaterski klimat. U niego bardzo dobrze wypada skala i fizyczność scen. Kiedy dzieje się coś dużego, to naprawdę to czuć. Postacie mają wagę, kadry mają rozmach, a całość wygląda jak porządny blockbuster DC. To jest ten rodzaj rysunku, który dobrze sprzedaje wielką akcję i wysoką stawkę. Może nie zawsze jest to najbardziej subtelna kreska świata, ale do Supermana w trybie „duże rzeczy się sypią” pasuje naprawdę dobrze.

Bardzo przyjemnie wypada też Cian Tormey, zwłaszcza w bardziej relacyjnych fragmentach. I właśnie tutaj ten album pokazuje, że nie potrzebuje cały czas petard i eksplozji, żeby wyglądać dobrze. Czasem wystarczy dobra mimika, naturalna chemia między postaciami i kadry, które umieją sprzedać zwykłą rozmowę albo drobne napięcie emocjonalne. To może nie brzmi widowiskowo, ale właśnie takie rzeczy sprawiają, że ten tom ma serce, a nie jest tylko paradą efektownych póz.

Natomiast moje większe ale wobec rysunków jest takie, że przez tę różnorodność album momentami traci wizualną spójność. Jasne, to antologia, więc to normalne. Ale niektóre przejścia między historiami są na tyle wyraźne, że zamiast odczuwać przyjemną zmianę tonu, człowiek ma przez chwilę wrażenie, jakby przeskakiwał między kilkoma różnymi seriami wrzuconymi do jednego tomu. I to nie zawsze działa na korzyść całości. Są fragmenty, które wizualnie robią większe wrażenie, są takie, które są po prostu solidne, i przez to po skończeniu nie zapamiętuję tego albumu jako jednego mocnego, spójnego doświadczenia graficznego, tylko raczej jako zbiór kilku naprawdę fajnych momentów i paru po prostu dobrych.

Druga rzecz: nie każda historia dostaje tyle miejsca, ile bym chciał. I to odbija się też na rysunkach. Czasem widać, że artysta ledwo zaczyna budować klimat albo fajnie rozkręca swój fragment, a już trzeba przejść dalej. Przez to niektóre rozdziały zostawiają lekki niedosyt — nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że chciałoby się w nich pobyć dłużej. To trochę problem formuły: daje różnorodność, ale odbiera szansę na pełniejsze rozwinięcie najlepszych rzeczy.

Scenariuszowo mam podobnie. Podoba mi się, że twórcy nie próbują za wszelką cenę robić z Supermana „mroczniejszego niż zwykle”, bo to najczęściej kończy się średnio. Tutaj czuć szacunek do postaci i chęć pokazania jej z różnych stron, bez rozwalania fundamentów. To duży plus. Ale jednocześnie nie wszystkie historie zostają w głowie na dłużej. Niektóre są po prostu bardzo sprawne, dobrze napisane, sympatyczne, ale jednak po kilku dniach bardziej pamięta się nastrój tomu niż konkretne sceny. A to dla mnie znak, że album działa bardziej jako całościowe przypomnienie „dlaczego Superman jest fajny”, niż jako zbiór naprawdę wybitnych opowieści. I to nie jest zarzut zabójczy — bo taki tom też jest potrzebny. Tylko po tytule „Supergwiazdy” człowiek trochę podświadomie liczy na same petardy. A dostaje raczej bardzo solidny zestaw, w którym kilka rzeczy błyszczy mocniej, a kilka po prostu trzyma dobry poziom. Czyli super, ale nie wszystko. Mimo tych zastrzeżeń bawiłem się przy lekturze naprawdę dobrze. To jest album, który ma w sobie dużo uroku, sporo serca i bardzo przyjemne podejście do postaci. Nie próbuje udowadniać, że Superman musi być na siłę bardziej , żeby był ciekawy. I za to ogromny plus. To taki tom, który dobrze przypomina, że Clark Kent wciąż działa najlepiej wtedy, kiedy twórcy pamiętają, że pod peleryną siedzi nie tylko symbol, ale po prostu dobry człowiek.

Dobry album i naprawdę przyjemna lektura, ale dla mnie bardziej zbiór kilku mocnych historii i paru po prostu solidnych niż absolutny sztos od początku do końca. Największa siła to sam klimat Supermana i różnorodność podejść do postaci. Największa słabość — nierówny poziom i brak pełnej spójności, także wizualnej.

Batman. Mroczne więzienia Zdarsky Chip Jimenez Jorge

 



Batman. Mroczne więzienia” to dla mnie jeden z tych tomów, które najlepiej działają wtedy, kiedy wiesz już, że Batman Zdarsky’ego potrafi być momentami mocno przegięty, ale jednocześnie umie to sprzedać z takim rozmachem, że po prostu chce się czytać dalej. To nie jest klasyczna, „detektywistyczna” historia o Brucie, tylko raczej bardzo intensywny, chwilami wręcz szalony zjazd w głąb jego paranoi, lęków i obsesji. I właśnie dlatego ten album albo kupuje od razu, albo trochę odrzuca. Mnie kupił — może nie bez zastrzeżeń, ale zdecydowanie bardziej tak niż nie.

Największa siła tego tomu to klimat. Od pierwszych stron czuć, że Bruce nie jest tu w swojej zwykłej formie. To nie jest Batman, który spokojnie analizuje tropy i trzy ruchy do przodu rozpisuje plan awaryjny. To jest Batman wrzucony w sytuację, w której wszystko zaczyna się sypać — psychicznie, fizycznie i fabularnie. Zur-En-Arrh nie jest tu tylko ciekawostką dla fanów continuity, ale realnym zagrożeniem, które rozsadza tę historię od środka. I właśnie to mi siadło najbardziej: ten komiks ma w sobie poczucie narastającego chaosu, ale nie takiego bezsensownego. To chaos wynikający z tego, że Batman w pewnym sensie sam staje się swoim najgorszym więzieniem.

Sam scenariusz jest bardzo w stylu Zdarsky'ego — szybki, momentami mocno komiksowy, trochę przesadzony, ale z wyraźnym pomysłem. To nie jest tom, który próbuje być subtelnym dramatem psychologicznym. On raczej wali w czytelnika obrazami, napięciem i kolejnymi zwrotami, momentami niemal bez chwili oddechu. Jednym to może przeszkadzać, bo bywa tu naprawdę gęsto od wydarzeń, ale ja akurat lubię, kiedy Batman dostaje historię z odpowiednim ciężarem i poczuciem stawki. A tutaj stawka jest konkretna: nie tylko Gotham, nie tylko Damian, ale też sama tożsamość Bruce’a. To brzmi górnolotnie, ale w tym przypadku naprawdę czuć, że nie chodzi wyłącznie o kolejną naparzankę z kolejnym przeciwnikiem.


I właśnie — naparzanka jest, ale zaskakująco dobrze uzasadniona. Ten tom nie daje czytelnikowi zbyt wiele luzu. Sporo tu napięcia, sporo brutalniejszej energii, sporo momentów, w których Bruce bardziej walczy o przetrwanie niż o stylowe zwycięstwo. I to działa, bo całość ma dzięki temu taki lekko klaustrofobiczny, duszny charakter. Tytuł „Mroczne więzienia” naprawdę nie brzmi tu przypadkowo — to nie jest tylko miejsce czy fabularny chwyt, ale też stan psychiczny bohatera. Ale jeśli mam być szczery, to znowu — podobnie jak przy „Pozbawionych mocy” — największą robotę robią tu rysunki. Jorge Jiménez to dla mnie obecnie jeden z tych artystów, którzy potrafią narysować Batmana tak, że od razu czujesz, iż obcujesz z czymś dużym, nowoczesnym i cholernie efektownym. Jego Bruce jest dynamiczny, agresywny, niemal sprężynujący napięciem. To nie jest „cichy cień w zaułku” w starym stylu. To jest Batman, który wygląda jak żywa broń, a jednocześnie nie traci swojej charakterystycznej sylwetki i mroku.


Najbardziej podoba mi się u niego to, że on umie połączyć superbohaterski rozmach z bardzo dobrą czytelnością. W tym tomie dużo się dzieje. Są pościgi, konfrontacje, sceny bardziej psychodeliczne, momenty, w których rzeczywistość niemal pęka pod naporem tego, co siedzi w głowie Bruce’a. Przy gorszym rysowniku mogłoby się to zamienić w wizualny chaos. A tutaj nie. Kadry są żywe, dynamiczne, pełne ruchu, ale jednocześnie oko cały czas wie, gdzie patrzeć. To jest ogromna zaleta, bo dzięki temu nawet najbardziej odjechane fragmenty czyta się płynnie.

Bardzo dobrze wypada też praca światłem i cieniem. To może nie jest najbardziej „brudny” czy gotycki Batman, jakiego można sobie wyobrazić, ale wizualnie ten album świetnie balansuje między nowoczesną, ostrą estetyką a mrokiem, który powinien tej postaci towarzyszyć. Gotham nie zawsze musi tonąć w czerni, żeby wyglądało niepokojąco. Tutaj często niepokój buduje sam układ plansz, perspektywa, deformacja ruchu i napięcie w sylwetkach postaci. Ten twórca ma niesamowitą umiejętność rysowania scen tak, żeby czuć było pęd, ciężar i emocję, a nie tylko „ładny obrazek”.

Świetnie wypadają też twarze i emocje. I to jest coś, co bardzo lubię, bo w Batmanie łatwo przesadzić z „kamienną maską”. A tutaj naprawdę widać zmęczenie, wściekłość, determinację, narastającą frustrację. Bruce nie jest tu tylko figurą w pelerynie — momentami wręcz czuć, jak bardzo jest już na granicy. To dodaje tej historii sporo charakteru, bo dzięki temu psychiczny rozjazd bohatera nie istnieje tylko w dialogach, ale też w samym obrazie.

Do tego dochodzą kolory Tomeu Moreya, które świetnie podbijają całość. One robią dokładnie to, co powinny: nadają scenom głębi, wzmacniają napięcie i potrafią w jednej chwili przejść od klasycznego batmanowego mroku do niemal neonowego, niepokojącego szaleństwa. . Nie są tylko tłem dla kreski — one aktywnie budują klimat. Dzięki temu ten tom ma bardzo wyraźną tożsamość wizualną.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba do tego, że ten album chwilami jest aż za bardzo nakręcony. Zdarsky lubi podkręcać stawkę i czasem mam wrażenie, że nie każda scena potrzebuje aż takiego poziomu intensywności. Bywają momenty, gdzie człowiek myśli: dobra, trochę mniej turbo też by wystarczyło. Przez to nie wszystko wybrzmiewa równie mocno, bo kiedy niemal cały czas jedziesz na wysokich obrotach, to trudniej zbudować naprawdę potężny finał pojedynczej sceny. To nie psuje całości, ale czuć, że ten run lubi przesadę.

Druga rzecz jest taka, że to jednak mocny prolog pod większe wydarzenia. Da się to czytać i dobrze się bawić, ale wyraźnie widać, że ten tom nie zamyka się w sobie tak dobrze, jak najlepsze samodzielne historie z Batmanem. On ma rozpędzić machinę, ustawić Bruce’a w fatalnym położeniu i doprowadzić do tego, co potem eksploduje we „Władzy absolutnej”. Jeśli ktoś lubi takie łączenie tomów i poczucie większej układanki — super. Jeśli ktoś szuka zamkniętej, kompletnej historii, może czuć lekki niedosyt.

Mimo tego bawiłem się przy tym naprawdę dobrze. To nie jest Batman, którego poleciłbym komuś na start, bo tu już trzeba wejść w ten bardziej współczesny, eventowy, mocno napędzony styl opowiadania. Ale jeśli ktoś lubi, kiedy Batman jest przyciśnięty do ściany, kiedy jego własny umysł staje się problemem, a do tego wszystko jest podane w bardzo efektownej, nowoczesnej oprawie, to „Mroczne więzienia” są tego przykładem.

Dla mnie to tom, który może nie jest najmocniejszą „bat-opowieścią ever”, ale ma w sobie coś bardzo wciągającego. Czuć tu napięcie, czuć obsesję, czuć rozpad kontroli — a wizualnie momentami to po prostu czysta frajda z oglądania plansz. I chyba właśnie to zapamiętam najmocniej: nie tyle pojedyncze zwroty akcji, ile to, jak Jiménez i Morey potrafią zamienić psychiczny rozjazd Batmana w bardzo konkretne, mocne i widowiskowe obrazy. Solidny, intensywny i świetnie narysowany tom, który najmocniej działa klimatem narastającego chaosu i stroną wizualną. Scenariusz momentami trochę za bardzo ciśnie gaz do dechy, ale rysunki wynagradzają naprawdę sporo.

Władza absolutna. Pozbawieni mocy Mark Waid Dan Mora




 „Władza absolutna. Pozbawieni mocy” to dla mnie bardzo udany początek dużego eventu DC, a przy takich komiksach wcale nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony mamy tu wszystko, czego można się spodziewać po historii tego typu: wielką skalę, sporo bohaterów, wysoki poziom zagrożenia i świat, który znowu stoi na krawędzi. Z drugiej jednak ten album nie sprawia wrażenia typowego, zmęczonego crossovera, którego czyta się tylko po to, żeby „być na bieżąco”. Wręcz przeciwnie — od początku czuć, że ta historia ma energię, pomysł i naprawdę potrafi wciągnąć.

Sam punkt wyjścia jest bardzo mocny. Amanda Waller przejmuje kontrolę nad sytuacją i doprowadza do tego, że ogromna część bohaterów oraz złoczyńców zostaje pozbawiona mocy. To od razu ustawia całą opowieść w ciekawszy sposób niż standardowe „kolejny kosmiczny złol chce rozwalić rzeczywistość”. Tutaj stawka jest nie tylko globalna, ale też bardzo konkretna: co zostaje z herosów, kiedy zabierze się im ich największą przewagę? I właśnie to kupiło mnie chyba najbardziej. Ten komiks nie opiera się wyłącznie na widowiskowych starciach, tylko daje też poczucie, że bohaterowie naprawdę zostali zepchnięci do narożnika.




Bardzo dobrze wypada tempo. Ten album praktycznie od pierwszych stron rusza z miejsca i nie ma większych przestojów. Dużo się dzieje, ale całość nie zamienia się w chaotyczny bałagan, co przy eventach jest przecież dość częstą przypadłością. Tutaj widać, że scenariusz został poprowadzony tak, żeby czytelnik miał poczucie skali, ale jednocześnie nie gubił się co kilka stron. To duży plus, bo często przy takich historiach można odnieść wrażenie, że twórcy wrzucają wszystko naraz, a potem człowiek czyta bardziej z obowiązku niż z przyjemności. W tej historii tego nie czułem. Wręcz przeciwnie — miałem wrażenie, że ten komiks naprawdę chce mnie wciągnąć i utrzymać uwagę, a nie tylko zaliczyć kolejne obowiązkowe punkty eventowej rozpiski.

Ale jeśli mam być szczery, to dla mnie prawdziwą gwiazdą tego tomu są rysunki Dana Mory. I to nie jest ten przypadek, że ilustracje są po prostu „ładne”. One tutaj robią ogromną część roboty. Mora ma niesamowitą umiejętność łączenia widowiskowości z czytelnością. Przy tak dużej liczbie postaci, takiej skali wydarzeń i tak intensywnej akcji bardzo łatwo byłoby popaść w przesadę albo wizualny chaos. A tutaj praktycznie każda plansza wygląda dynamicznie, efektownie i jednocześnie wszystko da się śledzić bez problemu. To jest naprawdę sztuka. 




Najbardziej podobało mi się to, że jego rysunki mają energię, ale nie są przeładowane. Kadry są mocne, pełne ruchu i emocji, ale nie ma wrażenia, że artysta za wszelką cenę chce popisać się detalem kosztem płynności czytania. Wręcz przeciwnie — te plansze po prostu się pochłania. Sceny akcji mają odpowiedni ciężar, postacie wyglądają świetnie, a każda większa konfrontacja ma to „coś”, co sprawia, że człowiek zatrzymuje wzrok na dłużej. I właśnie dlatego ten komiks tak dobrze działa jako widowisko. Mora nie rysuje tylko poprawnie. On rysuje tak, że naprawdę czuć skalę zagrożenia, tempo wydarzeń i napięcie.


Świetnie wypadają też same projekty postaci. Każdy bohater wygląda dokładnie tak, jak powinien — charakterystycznie, wyraziście, z odpowiednią dawką „komiksowej epickości”, ale bez przesady. Nie ma tu efektu, że wszyscy zlewają się w jedną masę kolorowych kostiumów. Nawet w scenach zbiorowych zachowana jest czytelność i indywidualność postaci, a to przy takiej obsadzie naprawdę robi wrażenie. Widać też, że Mora doskonale czuje superbohaterską estetykę DC: potrafi narysować coś wielkiego, bombastycznego i bardzo komiksowego, ale bez popadania w kicz.

Bardzo dobrze gra tu też mimika i praca twarzami. To może nie jest rzecz, na którą każdy od razu zwróci uwagę, ale właśnie takie detale sprawiają, że historia nabiera charakteru. Kiedy sytuacja się sypie, to widać to nie tylko po eksplozjach i efektach specjalnych, ale też po emocjach bohaterów. Strach, frustracja, wściekłość, determinacja — to wszystko jest dobrze pokazane. Dzięki temu nawet sceny bardziej „przegadane” nie tracą tempa, bo wizualnie nadal dużo się w nich dzieje.




Nie można też pominąć kolorów, bo one tutaj naprawdę świetnie współgrają z kreską. Całość jest bardzo żywa, soczysta, momentami wręcz błyszcząca, ale nie w męczący sposób. To nie jest mroczne, przygaszone DC, które tonie w szarościach. To raczej nowoczesny blockbuster w najlepszym sensie tego słowa — jasny, efektowny, dynamiczny, z mocnymi kontrastami i dużą dawką wizualnej atrakcyjności. I szczerze mówiąc, bardzo mi to pasuje do takiej historii. Dzięki temu komiks wygląda jak duże wydarzenie, a nie jak kolejna ponura opowieść o końcu świata.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba głównie do tego, że mimo wszystko widać, iż to dopiero pierwszy tom większej całości. Niektóre wątki są tu bardziej rozstawianiem pionków pod dalszy ciąg niż pełnoprawnym, samodzielnym uderzeniem. To nie jest jeszcze ten etap, w którym wszystko wybrzmiewa najmocniej. Czuć, że wiele rzeczy dopiero się rozkręca. Do tego przez obecność materiałów pobocznych momentami da się zauważyć lekką nierówność rytmu — raz fabuła pędzi jak szalona, a raz trzeba na chwilę zwolnić, bo akurat wchodzimy w fragment bardziej „uzupełniający”. 


Mimo tego bawiłem się przy lekturze naprawdę bardzo dobrze. To jest dokładnie taki komiks, jaki powinien otwierać duże wydarzenie: ma zrobić wrażenie, dać poczucie stawki, wrzucić bohaterów w beznadziejną sytuację i sprawić, że od razu chce się sięgnąć po dalszy ciąg. I „Pozbawieni mocy” to robią. Nie jest to może historia, która od razu ląduje wśród moich absolutnych faworytów z DC, ale jako rozrywkowy, widowiskowy i świetnie narysowany event sprawdza się znakomicie.

Najmocniej zapamiętam właśnie stronę wizualną, bo rysownik momentami dosłownie niesie ten album na plecach. Nawet gdy scenariusz bardziej ustawia elementy pod kolejne odsłony, rysunki cały czas trzymają poziom i sprawiają, że czyta się to z ogromną przyjemnością. To jeden z tych komiksów, które warto mieć choćby dla samej oprawy, bo naprawdę jest na czym zawiesić oko.

Bardzo dobry początek eventu, który ma rozmach, tempo i świetny pomysł wyjściowy, ale przede wszystkim fenomenalną oprawę graficzną. Jeśli ktoś lubi DC w dużym, efektownym wydaniu, to powinien być zadowolony. A jeśli dodatkowo ceni prace Dana Mory, to tym bardziej — bo tutaj naprawdę pokazuje klasę. Według mnie - oczywiście...

sobota, 28 marca 2026

Morderstwa w Marble Hall Anthony Horowitz





„Morderstwa w Marble Hall” Anthony’ego Horowitza to dokładnie ten typ kryminału, który pokazuje, że autor nie tylko świetnie zna gatunek, ale po prostu bawi się nim lepiej niż większość. Jeśli ktoś zna już wcześniejsze książki z Susan Ryeland i Atticusem Pündem, to od razu poczuje się jak u siebie, ale nawet bez tego da się wejść w tę historię i szybko złapać, o co chodzi. Horowitz znowu serwuje swoją ulubioną zabawę formą, czyli książkę w książce, fikcję mieszającą się z rzeczywistością i zagadkę, która z każdą stroną robi się coraz bardziej podejrzana. I właśnie to działa tutaj najlepiej. To nie jest zwykły kryminał, w którym po prostu szuka się mordercy. To bardziej łamigłówka, w której czytelnik co chwilę ma wrażenie, że już coś rozumie, a zaraz potem okazuje się, że autor znów wyciągnął mu dywan spod nóg.

Największą siłą tej książki jest klimat i konstrukcja. Już sam punkt wyjścia jest świetny: Susan Ryeland wraca do świata, od którego teoretycznie miała już dość, trafia na kolejny tekst związany z Atticusem Pündem, a przy okazji wchodzi w historię rodzinnych sekretów, dawnych urazów i śmierci, która najwyraźniej nie była przypadkiem. Bardzo lubię w tej serii to, że czyta się ją na dwóch poziomach. Z jednej strony mamy klasyczną, elegancko poprowadzoną zagadkę w stylu oldschoolowego kryminału, a z drugiej coś bardziej współczesnego, trochę bardziej meta, trochę bardziej złośliwego wobec samego gatunku. Horowitz doskonale wie, kiedy zagrać klasyką, a kiedy lekko ją podkręcić, żeby nie było zbyt przewidywalnie.

Sama intryga wypada naprawdę bardzo dobrze. Jest gęsto od tropów, niedopowiedzeń, podejrzanych zachowań i rodzinnych napięć, ale to nie jest chaos. Autor bardzo sprytnie to wszystko układa i nawet jeśli momentami można się pogubić, to raczej w tym dobrym sensie — takim, kiedy człowiek chce czytać dalej, bo czuje, że wszystko ma znaczenie. To nie jest kryminał oparty na tanim szoku czy brutalności, tylko na inteligentnym prowadzeniu czytelnika. I właśnie za to Horowitza cenię najbardziej. On nie próbuje wygrać samą akcją, tylko pomysłem. Tu naprawdę trzeba uważać na szczegóły, wyłapywać niuanse i dać się wciągnąć w tę grę. Dla jednych to będzie ogromny plus, dla innych może lekka wada, bo jeśli ktoś szuka prostego, szybkiego thrillera, to może poczuć, że ta książka jest trochę zbyt „literacko-kryminalna” i zbyt świadoma własnej konstrukcji.

Bardzo dobrze działa też sama Susan Ryeland. To jedna z tych bohaterek, które nie muszą być efektowne, żeby działały. Jest inteligentna, konkretna, momentami zmęczona tym całym bałaganem, ale właśnie przez to wypada wiarygodnie. Nie jest superbohaterką, tylko osobą, która znowu pakuje się w sprawę, w którą wcale nie powinna się pakować. Lubię takie postacie, bo dzięki nim cała historia ma bardziej ludzki wymiar. Do tego dochodzi Atticus Pünd i ten cały charakterystyczny dla serii kontrast między klasycznym detektywistycznym sznytem a współczesnym niepokojem. To nadal działa bardzo dobrze i wciąż ma swój urok.

Jeśli miałbym się czegoś czepić, to momentami można odczuć, że Horowitz już doskonale wie, co w tej formule działa, i świadomie jedzie po swoich mocnych stronach. Dla fanów to raczej zaleta, ale jeśli ktoś oczekuje wielkiego odświeżenia, to może mieć wrażenie, że autor bardziej dopieszcza znany schemat, niż naprawdę go rozwala i składa od nowa. Chwilami też ta zabawa formą potrafi być tak precyzyjna, że aż trochę chłodna — bardziej podziwia się kunszt niż przeżywa emocjonalnie samą historię. Ale uczciwie mówiąc, w takim kryminale wcale mi to nie przeszkadzało, bo dostajemy dokładnie to, po co sięga się po Horowitza: inteligentną zagadkę, świetną konstrukcję i satysfakcję z odkrywania, jak sprytnie to wszystko zostało wymyślone.

Dla mnie „Morderstwa w Marble Hall” to bardzo solidny, bardzo dobrze napisany kryminał z klasą. Nie jest to książka, która wali po głowie brutalnością czy tempem, tylko taka, która wciąga pomysłem, strukturą i tym charakterystycznym horowitzowym mrugnięciem do czytelnika. Jeśli ktoś lubi klasyczne zagadki w nowoczesnym wydaniu, książki w książce i kryminały, które traktują czytelnika jak partnera w rozgrywce, to będzie zadowolony. Może nie jest to rewolucja, ale jest dokładnie tym, czym dobry Horowitz powinien być: inteligentną, dopracowaną i bardzo satysfakcjonującą rozrywką.

Fantastyczna podróż Isaac Asimov

 




„Fantastyczna podróż” Isaaca Asimova to książka, która wciąga od pierwszych stron, ale w sposób spokojny i przemyślany – nie wali po głowie akcją co chwilę, tylko pozwala powoli wchłonąć cały pomysł. Fabuła jest świetna sama w sobie: grupa ludzi zostaje zmniejszona do miniaturowych rozmiarów i musi przebyć podróż w obrębie ludzkiego ciała. Już samo to robi wrażenie i od razu wprowadza napięcie, bo świat, który normalnie wydaje się oczywisty, nagle staje się ogromny i pełen niebezpieczeństw. I tu Asimov pokazuje, jak świetnie potrafi połączyć naukę z przygodą – wszystko, co robią bohaterowie, ma sens, wszystko działa logicznie, a jednocześnie jest ekscytujące. Nie ma tu przypadkowych zdarzeń czy efektownych scen tylko po to, żeby było ciekawie – każdy szczegół ma znaczenie, każdy ruch jest przemyślany.

Bohaterowie wypadają bardzo naturalnie. Nie są przesadnie „literaccy”, nie mają dramatycznych monologów, ale jednocześnie naprawdę się ich kibicuje. Widać, że popełniają błędy, mylą się, kłócą się ze sobą i reagują jak normalni ludzie w ekstremalnych sytuacjach. To sprawia, że historia działa podwójnie – wciąga w przygodę, a jednocześnie pozwala trochę „wejść w skórę” postaci i poczuć ich strach, ekscytację i zdziwienie światem, który nagle stał się olbrzymi.

Najciekawsze w tej książce jest to, że Asimov potrafi naukę wplatać w historię w sposób całkowicie naturalny. Nie ma wrażenia wykładu czy nudnego tłumaczenia – wszystko wynika z fabuły i działa jak integralna część przygody. Dzięki temu świat jest wiarygodny, a jednocześnie fascynujący. Mikroskopijne części ciała człowieka stają się pełne dramatyzmu i przygód, które normalnie byśmy przeoczyli. To połączenie nauki i przygody jest mistrzowskie i wciąż działa, choć książka powstała dawno temu.

Tempo momentami spada, zwłaszcza w momentach, gdy Asimov dokładnie tłumaczy naukowe detale, ale wcale nie przeszkadza to w lekturze – wręcz przeciwnie, dodaje powieści solidności. Człowiek czuje, że wszystko tu działa jak w zegarku, a świat jest logiczny i spójny. To nie jest po prostu „przygoda w ciele człowieka”, to podróż pełna napięcia, nauki i pomysłowości, w której każdy drobny szczegół ma znaczenie.

Dla mnie „Fantastyczna podróż” to świetna, ponadczasowa powieść. Nie jest spektakularna w sensie hollywoodzkich efektów, ale wciąga pomysłem, konsekwencją i inteligencją autora. To książka, która nie musi krzyczeć akcją, żeby wciągnąć – robi to powoli, sprytnie i z wyczuciem, a w dodatku zostaje w głowie na długo. Przygoda, nauka, napięcie i świetnie zbudowany świat w jednym. Asimov znowu pokazał klasę.

Isola Allegra Goodman





 „Isola” Allegri Goodman to bardzo dobra powieść historyczna, która nie próbuje zdobyć czytelnika tanimi chwytami ani wielką akcją od pierwszych stron. To książka, która rozwija się spokojnie, wręcz cierpliwie, ale z każdą kolejną stroną coraz mocniej wciąga w historię i emocje bohaterki. Na początku można odnieść wrażenie, że będzie to przede wszystkim opowieść o przetrwaniu, walce z naturą i samotności, ale z czasem okazuje się, że to tylko jedna warstwa tej historii. Tak naprawdę „Isola” jest przede wszystkim opowieścią o kobiecie, której przez całe życie odbierano wpływ na własny los, a która dopiero w skrajnych warunkach zaczyna odkrywać, kim naprawdę jest. I właśnie ten motyw zrobił na mnie największe wrażenie.


Marguerite to bohaterka, której naprawdę się kibicuje. Nie dlatego, że autorka na siłę robi z niej postać idealną, ale dlatego, że jej los jest zwyczajnie przejmujący. To jedna z tych historii, które budzą nie tylko współczucie, ale też złość i frustrację, bo momentami skala niesprawiedliwości, z jaką musi się mierzyć, jest wręcz przytłaczająca. W świecie, w którym o kobiecie decydują cudze ambicje, majątek, pozycja i kaprysy mężczyzn, Bohaterka długo nie ma właściwie żadnej przestrzeni, żeby naprawdę być sobą. I właśnie dlatego jej przemiana wypada tak mocno. Opowieść nie jest więc tylko historią o tym, czy ktoś przeżyje, ale o tym, co zostaje w człowieku, kiedy zabierze mu się wszystko, do czego był przywiązany.


Bardzo dobrze wypadł tu styl samej autorki. To nie jest pisanie efekciarskie ani przesadnie „literackie” w złym sensie tego słowa. Pisarka nie zalewa czytelnika ozdobnikami, nie próbuje na siłę wyciskać łez i nie robi z tej historii melodramatu. Pisze spokojnie, z wyczuciem, ale jednocześnie bardzo sugestywnie. Dzięki temu emocje wybrzmiewają naturalnie, a nie jak coś sztucznie podkręconego. Klimat tej książki jest naprawdę mocny — czuć chłód, izolację, strach, bezradność, ale też tę dziwną, cichą przemianę, która zachodzi w bohaterce. Im bardziej świat odbiera jej bezpieczeństwo, tym bardziej ona zaczyna odnajdywać własną siłę. To bardzo dobrze poprowadzony motyw i właśnie przez niego ta powieść zostaje w głowie dłużej niż wiele innych historycznych tytułów.


Dużym plusem jest też to, że warstwa historyczna nie sprawia wrażenia dekoracji. Czuć realia epoki, czuć zależności społeczne, ograniczenia, jakie narzucano kobietom, i to, jak łatwo można było człowieka zamknąć w roli, z której nie miał prawa się wyrwać. To nie jest tylko tło, ale ważna część całej opowieści. Dzięki temu „Isola” nie działa wyłącznie emocjonalnie, ale też daje sporo do myślenia. Pokazuje, jak często przetrwanie nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek walczy z naturą, ale dużo wcześniej — wtedy, gdy musi codziennie znosić upokorzenie, zależność i brak głosu.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to momentami tempo jest odrobinę zbyt spokojne. To nie jest książka, która pędzi, więc ktoś nastawiony na intensywny survival albo mocno przygodową historię może poczuć lekki niedosyt. Sama część związana z walką o przetrwanie mogłaby miejscami uderzyć jeszcze mocniej. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że autorka świadomie poszła bardziej w emocje, psychikę i przemianę niż w czystą akcję. I chyba właśnie dlatego ta książka działa tak dobrze.

Dla mnie „Isola” to bardzo solidna, poruszająca i mądrze napisana powieść historyczna, która nie wbija w fotel od pierwszej strony, ale z czasem wchodzi coraz głębiej. To historia o samotności, niesprawiedliwości, przetrwaniu i odzyskiwaniu siebie, ale opowiedziana bez przesady i bez taniego dramatyzmu. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej ją doceniam. To nie jest książka, która krzyczy, tylko taka, która powoli zostaje pod skórą. I chyba właśnie za to cenię ją najbardziej.

poniedziałek, 9 marca 2026

Gothamski Nokturn Akt III, TOM 5 różni autorzy





 W końcu mamy finał. „Gothamski nokturn” wraz z tym tomem (znów całkiem grubiutkim, bo to jednak trzysta stron jest) wreszcie dobiega końca. Całkiem fajna była to opowieść, o wiele lepsza dzięki znakomitym, nastrojowym rysunkom, a teraz wreszcie mamy ją w całości. I można się cieszyć, bo jak na współczesnego Batmana jest naprawdę dobrze, chociaż podobnych opowieści już trochę mieliśmy.


Gothamskiego nokturnu to taka próba opowiedzenia historii w stylu „Trybunału sów”. Takich inspiracji jest tu zresztą więcej, Ram V nie tworzy w zasadzie niczego nowego. A nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie tworzy, a odtwarza, ale na szczęście robi to całkiem dobrze. zgrabnie wybiera z uniwersum Batka to, co lubi, co mu pasuje i co układa się w opowieść, w której historia może i jest ważna, ważniejszy jest jednak klimat.


I tu Ram V wchodzi w te klimaty, które z Gackiem nam się kojarzą i stanowią przez niego przekrój. Od początku tej historii idzie w klimat na styku thrillera i horroru, ale w estetyce legendy miejskiej. Dorzuca pewnej detektywistycznej nuty, bez której by nie było Batmana, a i idzie jeszcze w oniryczne klimaty… A to wszystko tak między innymi. Do tego jest akcja, potężny wróg, sporo wydarzeń. Różnorodnie się dzieje i ciekawie.


I różnorodnie i ciekawie jest też od strony graficznej. Kawał dobrej roboty różnych twórców, ze świetnym kolorem. Bywa mrocznie, bywa duszno, bywa jak w noir i kinie Burtona. A jest przede wszystkim dobrze i jest na co popatrzeć. Kto Gacka lubi, nawet jeśli podobne opowieści już czytał, śmiało ten Gothamski Nokturn poznać może, bo całkiem epicka i udana to rzecz.

Miły dom nad morzem James Tynion IV i inni





 Nie wiem, czy Tynion umie w horror, czy nie, bo ma serie, które świetnie wykorzystują ten gatunek („Departament prawdy”), jak i zmieniają go w tanią tandetę bez odrobiny grozy czy emocji („Coś zabija dzieciaki”). Wiem za to, że w dużej mierze zwykle ratują go świetni rysownicy (może dlatego „Coś zabija dzieciaki” z kiepskimi ilustracjami, wypada tak słabo). A jak wypada „Miły dom nad morzem”? Dobrze. Fabularnie to niezła seria, za to graficznie to prawdziwa petarda.


Trochę na wstępie ponarzekałem na Tyniona, to i ponarzekam jeszcze trochę. Bo to gość, który ma fajne pomysły, ale przekuć nie zawsze je potrafi, a już w superhero w ogóle słabo się czuje i kiepści. Kiepści też jeszcze coś: bohaterów. Jego postacie wiodące to zwykle nijakie typy, goście bez charakteru, którzy są nam całkowicie obojętni i nic nas nie obchodzą, nawet jeśli fabuła jest ciekawa. I podobne wrażenia mam tu: postacie, chociaż ważne, są bez charakteru. Ważniejsze jednak jest to, że akcja i sama opowieść są całkiem do rzeczy.


No bo, mimo moich obaw i uprzedzeń, całość okazała się bardzo udana, przyjemna, nastrojowa i warta poznania. Szczególnie, gdy lubicie takie historie. Horror, ale i… no nie chcę za dużo zdradzać, ale kto czytał poprzednią serię z tego cyklu, czyli „Miły dom nad jeziorem”, wie czego się spodziewać i dokładnie to tu dostanie, a kto nie czytał, jeśli lubi klimatyczne opowieści, niech pozna wszystkie trzy wydane dotąd tomy, bo na tym polu robią robotę.


Ogólnie opowieść jest ciekawa, choć klasyczna. Nieźle gra motywami, nieźle idzie w nowe, ale przede wszystkim robi robotę ilustracjami. Ten komiks to rzecz nie tyle do czytania, ile oglądania. Piękne, nastrojowe grafiki, realizm, oniryzm, horrorowa estetyka i to co przyziemne, spotykają się w widowiskowej, zachwycającej pracy. I dla tej roboty naprawdę warto tę serię poznać.

Lady Baltimore. Królowe czarownic Mike Mignola i inni

 




Mike Mignola po stworzeniu Hellboya nie musiałby już w zasadzie nic w komiksie nie robić, tylko co raz dorzucić coś tam do opowieści i leżeć sobie do góry brzuchem. Ale chyba lubi tę robotę, bo ciągnie dalej zaczęte serie, wchodzi w nowe projekty i raczy nas kolejnymi tytułami, przy których może nie ma tak autorskiego udziału, jak kiedyś, ale nadal widać jego rękę. „Lady Baltimore”, kontynuacja serii Baltimore, to jeszcze jeden poboczny, acz fajny projekt dla miłośników komiksowej grozy. Kawał dobrej opowieści, gdzie Mike może i jest jedynie współscenarzystą, ale partnerujący mu ludzie wiedzą, jak poruszać w estetyce, którą wypracował i dobrze ją oddają.


Chyba każdy to wie, ale powtórzyć nie zaszkodzi: Mignola to jeden z czołowych twórców horrorów. I jeden z najlepszych. Tyle w temacie. Sukces jego dzieła zawdzięczają klimatowi, jaki budował w swoich komiksach, dzięki swoim charakterystycznym rysunkom. Tu ich nie ma, to trzeba powiedzieć na wstępie. Inna ekipa za nie odpowiada, inaczej podchodzi do materii graficznej, ale jednocześnie wie, czego oczekuje czytelnik, a choć zachowają swój styl, jednocześnie starają się iść w kierunku tego, jakim operował on sam.

Fabularnie? No typowy Mignola – czyli walka ze złem, magia, groza, te sprawy. Mamy tu też zmagania o to, by samemu nie stać się potworem, a całość stawia na połączenie akcji, horrorowych klimatów / motywów i klimatu, w którym nie brak posmaku legend i podań. Czyta się to bardzo dobrze i szybko. Nie jest to może szczyt pomysłowości i oryginalności, jednak mamy tu kawał rzetelnej, komiksowej roboty. Wiadomo, to nie „Hellboy”, nadal jednak fani piekielnego chłopca mogą znaleźć tu sporo dla siebie.

I wiadomo, gdyby to wszystko rysował sam Mignola, rzecz stałaby o oczko albo i dwa wyżej, ale facet od lat woli już pisać i czasem machnąć jakąś grafikę. A dla jego pisania warto. Zawsze. fajny to album, da się go czytać bez znajomości poprzednich, bo zmienił się bohater, tytuł, więc i można powiedzieć, że to taki nowy start, fajnie wydany… Czego chcieć więcej? Jeśli Mignola – albo horrory – to Wasza bajka, bierzcie, bo warto.

Asteriks na Korsyce Goscinny&Uderzo

 




Asteriks na Korsyce” to już późny tom serii. Dwudziesty, czyli w sumie mamy tyki mały jubileusz. Poza tym to też jeden z ostatnich albumów, które napisał dla serii Goscinny – jeszcze cztery i niestety, ale zastąpi go Uderzo. Ale póki co to wciąż tom Goscinnego, wypełniony po brzegi tym, za co jego komiksy kochamy, uwielbiamy i czytać chcemy.


Ta seria jest genialna i tyle w temacie. Goscinny zrobił wiele wielkich komiksów, nie ma chyba jednak dzieła lepszego niż „Asteriks”, a mówiąc chyba, po prostu dopuszczam możliwość, że są ludzie, którzy wolą inne rzeczy, bo dla mnie osobiście to kwintesencja zarówno jego komiksów, humoru, jak i europejskich komediowych opowieści graficznych w ogóle. Humor, przygody, akcja, perfekcyjne wykonanie… No perełka, po prostu perełka.


I to taka, która zachwyci każdego, w każdym wieku. jednocześnie pod postacią super zabawy przemyca tu całe multum wiedzy o historii. To jednak, jak bawi się ciekawostkami, jak puszcza oka do fanów znających temat, a jednocześnie bawi się popkulturą, to absolutne mistrzostwo. Frajdy jest w tym co nie miara, uśmiech gości na twarzy cały czas, a tu jeszcze wciąga to wszystko, fascynuje i rusza coś w czytelniku – także na poziomie sentymentalnym.


I graficznie to petarda. Niewiele jest tak genialnie rysowanych serii dla dzieci. Takiej prostoty połączonej z detalami, z cartoonową, niezapomnianą magią i klimatem, który wprost się kocha. Dlatego cieszy tak bardzo fakt, że dostaliśmy takie genialne wydanie, w twardej oprawie i z masą dodatków. No cudowna sprawa, nawet jeśli macie już stare edycje. I wiem, wiem, tylko się rozpływam, ale poważnie, ta seria nie ma minusów i znać ją nie tylko wypada, ale warto.

niedziela, 8 marca 2026

Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień Yuta Takahashi




„Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” totalnie mnie rozbroiła. Sięgnąłem po nią z ciekawości, może z lekkim dystansem, a skończyłem z tym ciepłym uciskiem w klatce piersiowej, który pojawia się, kiedy coś trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. To jedna z tych historii, które czyta się niby spokojnie, ale w środku dzieje się dużo.


Yuta Takahashi buduje świat prosty, kameralny, prawie ascetyczny – a jednak pełen emocji. Sama koncepcja restauracji, w której można na chwilę spotkać się ze wspomnieniem bliskiej osoby poprzez smak i zapach, jest piękna, ale to nie pomysł mnie zachwycił najbardziej. Zachwyciła mnie czułość. Ta delikatność wobec ludzkiego żalu, tęsknoty, niedopowiedzeń. Nie ma tu taniego wzruszania ani wymuszonych łez. Jest za to zgoda na to, że nie wszystko da się domknąć, że czasem jedyne, co możemy zrobić, to usiąść z tym, co było, i pozwolić sobie poczuć.

Czytając, miałem wrażenie, że tempo tej książki działa jak świadomy zabieg – zwalnia, uspokaja, zmusza do uważności. To nie jest opowieść, którą się połyka. To raczej taka, przy której przestajesz scrollować świat i na chwilę po prostu jesteś. W kilku momentach złapałem się na tym, że myślę o własnych wspomnieniach, o ludziach, których już nie ma, o rzeczach, których nie powiedziałem. I to chyba największa siła tej historii – ona otwiera coś w czytelniku.

Jest w niej też subtelny, charakterystyczny dla japońskiej prozy minimalizm emocji, który paradoksalnie sprawia, że wszystko wybrzmiewa mocniej. Bez wielkich gestów, bez dramatycznych scen. A jednak zamykasz książkę i czujesz wdzięczność. Za pamięć. Za możliwość pożegnania, choćby symbolicznego. Za to, że nawet ból może mieć w sobie coś pięknego.

Jestem zachwycony, bo to książka, która niczego nie udaje. Nie próbuje być mądrzejsza od czytelnika. Ona po prostu zaprasza do stołu. A ja usiadłem – i nie żałuję ani chwili.

Superman Action Comics: Supergwiazdy różni autorzy

  „ Superman Action Comics: Supergwiazdy ” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pok...