piątek, 8 maja 2026

Ewangelia według Orli Eoghan Walls


 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagle w środku nocy albo podczas patrzenia przez okno autobusu. "Ewangelia według Orli" zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To jedna z najbardziej osobliwych i jednocześnie najbardziej ludzkich książek, jakie ostatnio trafiły mi w ręce. Dziwna, momentami chaotyczna, czasem wręcz irytująca — ale właśnie przez to prawdziwa.

Historia jest z pozoru prosta. Orla po śmierci matki właściwie rozpada się od środka. Ojciec zamyka się w sobie, codzienność traci jakikolwiek sens, a świat wygląda tak, jakby ktoś spuścił z niego wszystkie kolory. Wtedy pojawia się tajemniczy mężczyzna twierdzący, że jest Jezusem. Orla rusza z nim w podróż przez północną Anglię, trochę uciekając przed rzeczywistością, trochę szukając cudu, a trochę chyba próbując sprawdzić, czy po katastrofie da się jeszcze cokolwiek poczuć. Brzmi absurdalnie — i momentami takie właśnie jest — ale pod tym wszystkim siedzi bardzo szczera opowieść o żałobie, samotności i desperackiej potrzebie nadziei.

Największą siłą tej książki jest klimat. Tego nie czyta się jak zwykłej powieści drogi. To bardziej przypomina błąkanie się po świecie we mgle, kiedy człowiek sam nie wie, czy jeszcze czegoś szuka, czy już tylko idzie przed siebie z rozpędu. Deszcz, stacje benzynowe, puste drogi, tanie jedzenie i zmęczeni ludzie — wszystko jest tu takie szare, przygaszone i jednocześnie dziwnie piękne. Autor świetnie pokazuje ten moment w życiu, kiedy emocje są tak poplątane, że człowiek raz chce płakać, a chwilę później śmieje się z kompletnych głupot.

Bardzo podobało mi się też to, że książka nie próbuje udawać „mądrej literatury”. Nie moralizuje, nie tłumaczy świata, nie daje gotowych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie — często zostawia czytelnika w kompletnej niepewności. Czy ten człowiek naprawdę jest Jezusem? Czy Orla po prostu rozpaczliwie potrzebuje w coś uwierzyć? A może to wszystko nie ma znaczenia? I właśnie to jest najlepsze. Ta historia działa bardziej emocjonalnie niż logicznie. Nie chodzi o rozwiązanie zagadki, tylko o to uczucie pustki i zagubienia, które ciągnie się za bohaterką przez całą książkę.

Orla sama w sobie też jest świetnie napisana. Nie jest „sympatyczna” w typowo książkowy sposób. Potrafi być złośliwa, zamknięta, egoistyczna, czasem wręcz odpychająca. Ale dokładnie tak wygląda prawdziwy ból. Ludzie po stracie nie stają się poetami patrzącymi melancholijnie w deszcz. Częściej są po prostu zmęczeni, rozbici i źli na cały świat. I autor miał odwagę to pokazać bez upiększania.

Po skończeniu tej książki zostało mi bardzo dziwne uczucie. Nie smutek nawet, bardziej coś w rodzaju cichego zawieszenia. Jakby ktoś przez chwilę uchylił drzwi do czyjejś samotności i zaraz znowu je zamknął. Ewangelia według Orli nie daje wielkiego finału ani pięknego pocieszenia. Ale może właśnie dlatego działa tak mocno. Bo czasem człowiek nie potrzebuje odpowiedzi. Czasem wystarczy świadomość, że ktoś umiał nazwać ten chaos, który siedzi ludziom w głowie po stracie.

Avengers. Zmierzch Chip Zdarsky Daniel Acuña

 


Chip Zdarsky zrobił coś, czego po komiksach superbohaterskich zawsze trochę szukam, a rzadko dostaję naprawdę dobrze podane. Wziął całą tę błyszczącą, kolorową mitologię Avengersów i wrzucił ją w świat, który wygląda jak kac po długiej imprezie. Nie ma tu triumfalnych póz, wielkich przemówień o nadziei ani poczucia, że za chwilę ktoś uratuje dzień i jeszcze rzuci błyskotliwym żartem. Jest za to zmęczenie, rozczarowanie i ten dziwny smutek, kiedy patrzysz na bohaterów, którzy kiedyś byli symbolem czegoś większego, a teraz bardziej przypominają ludzi, którym świat po prostu uciekł między palcami.



Największa siła tego komiksu leży właśnie w atmosferze. Twórca świetnie buduje wizję przyszłości, która nie jest efektowną apokalipsą pełną wybuchów, tylko czymś znacznie bardziej niepokojącym. To świat, który niby nadal działa, ludzie chodzą, żyją, system istnieje, ale wszystko jest lekko przegniłe. Jakby ktoś zgasił światło i nikt nie miał ochoty go z powrotem zapalić. Ten klimat naprawdę robi robotę, bo zamiast kolejnej historii o ratowaniu wszechświata dostajemy opowieść o tym, co zostaje, kiedy bohaterowie przegrywają nie tylko bitwę, ale też ideę, którą mieli reprezentować.

Steve Rogers jest tutaj absolutnym sercem tej historii. Nie jako niezniszczalna legenda w idealnie wyprasowanym kostiumie, tylko człowiek, który musi skonfrontować się z rzeczywistością, gdzie jego wartości brzmią niemal staroświecko. I właśnie dlatego działa to tak dobrze. Kapitan Ameryka w rękach gorszego scenarzysty bardzo łatwo zamienia się w pomnik albo mem, a tutaj jest po prostu boleśnie ludzki. Uparty, trochę naiwny, ale przez to autentyczny.


Podoba mi się też, że ten komiks nie sili się na przesadną filozofię. Jasne, są tu pytania o władzę, odpowiedzialność, społeczeństwo i cenę bezpieczeństwa, ale wszystko jest podane naturalnie, bez wrażenia, że ktoś wali cię po głowie manifestem politycznym. Historia płynie i sama daje przestrzeń do tych przemyśleń. Graficznie też jest bardzo dobrze. Kadry są ciężkie, momentami wręcz duszne, co idealnie współgra z całością. Nie ma tu przesadnego przepychu, który odwraca uwagę od historii. Wszystko służy klimatowi schyłku, zmęczenia i powolnego rozpadania się legendy.

"Avengers. Zmierzch" to komiks dla ludzi, którzy lubią superbohaterów, ale czasem mają już serdecznie dość klasycznego marvelowego hałasu. Mniej tu fajerwerków, więcej melancholii i refleksji nad tym, co dzieje się z ideałami, kiedy świat przestaje ich potrzebować albo tylko udaje, że przestał. Bardzo dobra rzecz. Trochę gorzka, trochę przygnębiająca, ale właśnie dzięki temu zostaje w głowie dłużej niż kolejna historia, w której pół miasta wybucha po raz czterdziesty trzeci.


Władza absolutna. Tom 2 - Ruch oporu Mark Waid Dan Mora



Nie da się nie porównać „Władzy absolutnej” do „Siły wyższej”: może nieco zapomnianego, nieszczególnie popularnego, ale wydanego także po polsku komiksu, w którym superbohaterowie tracą moce i muszą poradzić sobie w nowej nieoczekiwanej dla nich rzeczywistości. Tam czynnikiem całego zajścia, spiritus movens wydarzeń, było coś niewiadomego pochodzenia, tutaj mamy konkretne działanie wrogów, którzy chcą wyeliminować herosów. No a ten temat wyeliminowania herosów z przestrzeni publicznej i pozostawieniach jedynie ekip podporządkowanych rządowi to też stały motyw komiksów superbohaterskich, przynajmniej tych po 86 roku. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo scenarzysta tego komiksu to człowiek, który potrafi ze zgranych motywów zrobić coś fajnego, coś lekkiego, sympatycznego, nieskomplikowanego, a zarazem dramatycznego. Coś, co bawi. I dokładnie to robi ten komiks.


Jedna z podstawowych różnic pomiędzy „Siłą wyższą” a „Władzą absolutną” jest taka, że tamten komiks był jednorazowym krótkim albumem, zamkniętą historią, która nie miała wpływu na samo uniwersum DC, bo przedstawiało alternatywną wersję wydarzeń, dziejącą się gdzieś tam. Tu nie dość, że mamy wydarzenia kanoniczne, które wpłyną na owo uniwersum i będą jego częścią pewnie przez długi czas, to jeszcze całość ma epicki rozmach. Rozpisana na trzy o wiele grubsze niż tamto dzieło tomy, oferuje o wiele więcej wydarzeń, więcej postaci, bardziej rozbudowaną akcją i treść oraz różne podejścia. Mamy tu w końcu różnych scenarzystów, różne serie, różnych rysowników i różne podejście do materii opowieści, a każda z nich coś wnosi, każda z nich wygląda nieco inaczej, a jednocześnie składają się w jedną fajną całość. Fajną, bo naprawdę dzieje się tu dużo, czyta się to z przyjemnością i po prostu zabawa jest dobra jak na superbohaterską rozrywkę środka przystało, niczym fajny kinowe hity, wypełnione po brzegi efektami specjalnymi i gwiazdorską obsadą.


Graficznie jest to różnorodne. Jedni artyści są lepsi, inni nieco słabsi, każdy jednak znajdzie tu coś dla siebie. Nie ma bowiem kiepskich rysunków. Całość jest widowiskowa, świetnie dopełniona złożonym kolorem, pełna efektów komputerowych i po prostu rozmachu. Są realistyczne, pełne detali ilustracje, są te prostsze i lżejsze, a wszystko ta składa się na różnorodną ale kompatybilną, tak samo jak w warstwie scenariuszowej, historią, którą fani uniwersum poznać powinni. Czy będzie to przełom na miarę największych „Kryzysów”, jakie serwowało nam DC? Nie wiem. Czy reperkusje tej opowieści na długie lata będą pobrzmiewać w seriach? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że bawiłem się dobrze i chętnie poczytałbym jeszcze więcej. No i poczytam, bo przed nami jeszcze trzeci, ostatni tom, który, jak wierzą fajnie to wszystko dopełni i zamknie.



Przeznaczenie X. Grzechy Sinistera Al Ewing Kieron Gillen Andrea Di Vito i inni

 



To jest ten moment, kiedy ktoś bierze cały mutantowy kocioł z Sinisterem na czele, dokręca śrubę do oporu i mówi sprawdzam. I nagle okazuje się, że zamiast kolejnego sprytnego planu złoczyńcy dostajemy wizję świata, w której jeden facet z obsesją na punkcie genów i własnej wielkości robi z rzeczywistością dokładnie to, co chce. Kieron Gillen z ekipą idzie tu w pełną przesadę, ale kontrolowaną, i to jest najlepsze. To nie jest chaos dla samego chaosu, tylko bardzo świadomie rozpisana katastrofa, która momentami ociera się o groteskę, a chwilę później robi się zaskakująco ponura.



Treściowo to jazda bez trzymanki. Punkt wyjścia jest prosty, aż do bólu komiksowy, bo Sinister manipuluje systemem Krakoa i w końcu przejmuje kontrolę w sposób, który wydaje się jednocześnie absurdalny i niepokojąco logiczny. Potem historia przeskakuje w przyszłość i zaczyna się pokaz konsekwencji. Świat pod jego panowaniem to nie tylko dystopia, ale wręcz karykatura idei mutantów jako następnego etapu ewolucji. Każda kolejna dekada dokłada nową warstwę zepsucia, a bohaterowie, których znamy, zaczynają przypominać krzywe odbicia samych siebie. Jest tu i czarny humor, i całkiem szczere pytanie o to, czy system, który miał być utopią, od początku nie był proszeniem się o katastrofę.




Najlepsze w tym wszystkim jest to, jak twórcy bawią się tonem. Z jednej strony mamy niemal campową energię Mistera, jego teatralność, ego rozlane na pół galaktyki, a z drugiej strony konsekwencje jego działań są momentami naprawdę ciężkie. Ten kontrast działa zaskakująco dobrze, bo zamiast się gryźć, oba elementy się napędzają. Śmiejesz się z absurdu, a chwilę później orientujesz się, że ten absurd właśnie połknął cały świat. Bohaterowie drugiego planu też dostają swoje momenty, chociaż to zdecydowanie historia zdominowana przez jedną osobowość. I to może być dla niektórych minus, bo jeśli nie kupujesz opowieści w tej wersji, to całość może ci się wydać zbyt przegięta. Ale jeśli kupujesz, to wchodzisz w to po uszy.




Od strony wizualnej to dokładnie to, czego taka historia potrzebuje. Jest dziwnie, momentami wręcz niepokojąco, kolory potrafią być agresywne, projekty postaci odjeżdżają w stronę czegoś między operą kosmiczną a koszmarem sennym. Wszystko podkręca wrażenie, że oglądasz świat, który dawno przestał być normalny. „Grzechy Sinistera” to komiks, który nie udaje, że jest subtelny. On chce być przesadzony, momentami wręcz bezczelny, i dokładnie dzięki temu działa. To opowieść o ego bez hamulców, o systemie, który można złamać od środka, i o tym, jak cienka jest granica między utopią a totalną katastrofą. Dla mnie bardzo satysfakcjonujące, trochę chore w najlepszym sensie i zdecydowanie zostające w głowie na dłużej.

środa, 6 maja 2026

DC kontra Wampiry James Tynion IV Matthew Rosenberg Otto Schmidt

 


DC kontra wampiry” to jest dokładnie ten moment, kiedy ktoś w redakcji najwyraźniej powiedział: „A gdyby tak wziąć całe to nasze poważne uniwersum, pełne bogów, herosów i dramatów… i wrzucić w to wampiry?”. I zamiast wyjść z tego coś, co się rozpadnie po trzech zeszytach, dostajemy historię, która bawi się konwencją jak kot laserkiem – czasem trochę za bardzo, ale jednak trudno oderwać wzrok.

Na początku jest nawet niewinnie. Ot, dziwne rzeczy zaczynają się dziać, bohaterowie zachowują się podejrzanie, atmosfera robi się gęstsza niż barszcz na święta. I nagle orientujesz się, że to nie jest kolejna historia o tym, jak Batman coś przewidział pięć ruchów do przodu (chociaż spokojnie, Batman dalej jest Batmanem, nie oszukujmy się). Tu stawka jest zupełnie inna, bo zagrożenie nie polega na wielkim wybuchu czy kosmicznym złoczyńcy, tylko na tym, że ktoś obok ciebie… może już nie być do końca sobą. I to działa zaskakująco dobrze.



Największa frajda z tego komiksu to obserwowanie, jak znane postacie są wywracane do góry nogami. Sojusze się sypią, zaufanie znika szybciej niż dobra wola w internecie, a decyzje, które normalnie byłyby oczywiste, tutaj nagle zaczynają ciążyć. I jest w tym coś przewrotnie przyjemnego – takie „a co jeśli”, ale bez hamulców. Czasem aż za bardzo, bo momentami miałem wrażenie, że scenarzyści losują ofiary z kapelusza, żeby tylko podkręcić napięcie. Ale z drugiej strony… chyba właśnie o to chodziło. To nie miało być bezpieczne.

Humor też się pojawia, choć to raczej ten typ, który wyskakuje znienacka, trochę czarny, trochę złośliwy. Nie jest to komiks, który próbuje być śmieszny na siłę, ale co jakiś czas rzuci czymś, co wywołuje taki półuśmiech w stylu „no dobra, tego się nie spodziewałem”. I dobrze, bo przy całym tym mroku i paranoi przyda się chwila oddechu.




Graficznie jest solidnie, momentami bardzo klimatycznie. Cienie, kontrasty, te wszystkie nocne sceny – czuć, że ktoś wiedział, co robi z tym motywem. Wampiry nie są tu błyszczącymi romantykami, tylko raczej czymś, co faktycznie nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce. I za to duży plus.

Czy wszystko działa idealnie? No nie. Bywają momenty, gdzie tempo siada albo fabuła robi skrót myślowy większy niż powinno się wybaczyć. Czasem też miałem wrażenie, że niektóre postacie dostają mniej uwagi, niż by zasługiwały, bo historia pędzi dalej, jakby ktoś ją poganiał kijem. Ale mimo tego trudno się od niej oderwać, bo cały czas chcesz wiedzieć, kto jeszcze okaże się… no, kim się okaże.




Podsumowując – „DC kontra wampiry” to nie jest komiks, który bierze jeńców. Trochę szalony, momentami brutalny dla bohaterów (i dla czytelnika też), ale jednocześnie cholernie wciągający. Taka historia, przy której myślisz: „to nie powinno działać”… a potem łapiesz się na tym, że przewracasz kolejną stronę i już cię to wciągnęło na dobre. I chyba właśnie za to lubię takie rzeczy najbardziej.

Pierwszy rycerz. Bat-Man Perkins Mike Jurgens Dan

 




Batman powstał pod koniec lat 30 jako bohater opowieści detektywistycznych: superbohaterska odpowiedź na Sherlocka Holmesa, łącząca w sobie kilka postaci, estetyk itp. Z tym, że w tych latach 30 estetyka i realia owych czasów były po prostu realiami, które znali czytelnicy z dnia codziennego. Upiększonymi na potrzeby komiksu, ujętymi w bardziej łagodny sposób, ale jednak realiami i nie było potrzeby ich eksponowania czy szczególnego wykorzystywania, bo nie stanowiły dodatkowego atutu. Teraz jednak mamy inne czasy i ten retroklimat to spory plus, a Dan Jurgens, legendarny scenarzysta, który dał nam między innymi „Śmierć Supermana”, wziął na warsztat nie tylko początki kariery Batmana, ale też te realia czasu, w których przyszło mu karierę zaczynać. W efekcie dostajemy bardzo ciekawy kryminał noire z odrobiną superbohaterszczyzny, który znakomicie wykorzystuje zarówno samą postać, czasy, historię i to czego oczekujemy najbardziej czyli dobrą zagadkę, niosącą całość.




Tyle było już komiksów o początkach Batmana i nie ma chyba sensu wymieniać ich wszystkich. Mieliśmy sporo po polsku, jeszcze więcej w naszym kraju się zapewne nie ukazało, rzecz w tym, że różni twórcy przez wiele długich lat dokładali swoje trzy grosze, próbując nam pokazać jak wyglądały te wczesne lata działalności herosa. Czasem przenoszono go do innych realiów, osadzano akcją na przykład w wiktoriańskich klimatach czy skupiano się na tym, by dopowiedzieć, jak na początku wyglądały pewne aspekty jego działalności. Tutaj Jurgens idzie w zupełnie innym kierunku: on wykorzystuje nie tylko początki działalności Batmana ,ale też realia w jakich te się zaczynały/ Mając jednak dystans do tamtych czasów i szerszą perspektywę, temat zgłębia z różnych stron. Jego opowieść jest brudna bliska ulicy, ciemnym brudnym, szemranym zaułkom i ludziom. Tu nie ma upiększania. Gotham końca lat 30 to miejsce niebezpieczne, brudne, pełne przestępstw, ale też i paniki. Co prawda wojna w Europie nawet jeszcze się nie zaczęła, ale naziści już teraz wywołują strach także w Ameryce. Na tle tego wszystkiego dzieje się zaś seria morderstw polityków dokonywana… właśnie przez kogo? dlaczego? Tego musi się dowiedzieć zarówno Gordon jak i Batman. No i czytelnicy.




I cała akcja komiksu to właśnie taka detektywistyczna opowieść, wypełniona jednak ciągłymi tej akcji zwrotami, szybkim tempem i solidną dawką wydarzeń. Bywa krwawo, bywa brutalnie, twórcy nie unikają ukazywania nam detali chociażby odciętych głów ofiar, a całość choć ma wymiar rozrywkowy jednocześnie stara się pozostać jak najbardziej wierna historycznie i realistyczna, a co za tym idzie jest też w pewnym sensie ciężka i mroczna, depresyjna, można rzec. Świetnie narysowana pozostaje opowieścią w której cienie czerń i cała mnóstwo detali budują niesamowity klimat. Klimat tamtych czasów, klimat opowieści noir, klimat dobrych kryminalnych historii o Batmanie, który porusza się w mroku, który straszy, który ma w sobie coś z horroru, coś z miejskiej legendy (to ostatnie jest zresztą bardzo wyraźnie podkreślone), ale przede wszystkim pozostaje detektywem.




Świetnie wszystko to podkreślają nam rysunki. Mroczne, realistyczne, pełne detali, cieni, czerni i znakomitego uchwycenia realiów historycznych, jak i po prostu gatunkowych. Pięknie to wygląda, jest mocne, trafiające do czytelnika i robiące wrażenie. Tak samo zresztą jak wydanie w twardej oprawie, w powiększonym formacie, który pozwala nam się cieszyć tą historią i przepięknie wygląda na półce. Dużo było po polsku komiksów o Batmanie, dużo ich mamy w ostatnich latach: klasyki w grubych tomach, współczesnych serii kontynuowanych przez kolejnych artystów, pojedynczych albumów, mniej lub bardziej kultowych, a jednak historii takiej jak „Pierwszy rycerz” - tak dobrej tak świetnie poprowadzonej i mającej na siebie własny pomysł  - od lat nie było.


sobota, 2 maja 2026

Opowieści o pilocie Pirxie Stanisław Lem

 




Są takie książki, do których się wraca nie dlatego, że się zapomniało fabułę, tylko dlatego, że chce się jeszcze raz poczuć ten specyficzny rodzaj niepokoju, który zostaje gdzieś pod skórą. Dla mnie Opowieści o pilocie Pirxie to właśnie taki przypadek. Niby zbiór opowiadań o kosmicznym pilocie, niby trochę przygoda, trochę science fiction w klasycznym wydaniu, a jednak po kilku stronach człowiek orientuje się, że to nie jest żadna lekka wycieczka w gwiazdy, tylko raczej bardzo przyziemna – i momentami niewygodna – podróż w głąb ludzkiej natury.

Pirx nie jest żadnym bohaterem z plakatu. To chyba najbardziej „ludzki” astronauta, jakiego można sobie wyobrazić: popełnia błędy, waha się, czasem czegoś nie rozumie, czasem podejmuje decyzje bardziej intuicyjnie niż rozsądnie. I właśnie przez to działa. Lem nie robi z niego herosa, tylko faceta, który znalazł się w sytuacjach przerastających podręczniki i procedury. A w kosmosie, jak się okazuje, największym problemem wcale nie jest próżnia czy awaria sprzętu, tylko to, co siedzi w głowie człowieka.

Najbardziej uderza mnie w tych opowiadaniach to, jak bardzo są „ciche”. Nie ma tu fajerwerków, wielkich bitew, efektownych katastrof co kilka stron. Zamiast tego jest napięcie budowane powoli, trochę jakby ktoś dokręcał śrubę, ale bez hałasu. Lem – czyli Stanisław Lem – ma niesamowitą zdolność sprawiania, że zaczynasz się zastanawiać nad rzeczami, które teoretycznie są oczywiste. Czym jest decyzja? Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna maszyna? I czy naprawdę jesteśmy tacy racjonalni, jak lubimy o sobie myśleć? Jest w tym też coś przewrotnie ironicznego. Pirx często wychodzi z opresji nie dlatego, że jest najlepszy, tylko dlatego, że… jest niedoskonały. W świecie, gdzie maszyny dążą do perfekcji, jego ludzkie „usterki” okazują się zaletą. To jest jeden z tych pomysłów Lema, które brzmią prosto, ale im dłużej o nich myślisz, tym bardziej zaczynają uwierać.

Czyta się to z przyjemnością, ale to nie jest przyjemność lekka i bez zobowiązań. Raczej taka, po której odkładasz książkę i przez chwilę patrzysz w ścianę, bo coś ci się w głowie jeszcze układa. I to chyba największa siła tej książki – ona nie kończy się razem z ostatnim zdaniem. Jeśli lubisz Lema, to wiadomo – tu nie ma zaskoczenia, to po prostu kolejny dowód, że potrafił pisać rzeczy jednocześnie przystępne i cholernie mądre. A jeśli ktoś jeszcze Pirxa nie zna, to trochę zazdroszczę, bo to jedna z tych przygód, które najlepiej przeżyć pierwszy raz bez żadnych oczekiwań.

Głos Pana Stanisław Lem

 



Historia projektu badawczego, który z pozoru ma konkretne podstawy i opiera się na twardych zasadach naukowych, nabiera  wysoce filozoficznego wymiaru, im dalej zagłębiamy się w opowieść. W miarę rozwoju projektu to, w jaki sposób członkowie zespołu badawczego i populacja wykorzystują dane badawcze, staje się ważniejsze niż sam sygnał. Istotne jest również to, przez co jednostki przechodzą, próbując zrozumieć sygnał. Lem przedstawia świetny obraz tego, jak bardzo jesteśmy zamknięci w naszym własnym schemacie. Nawet jeśli ktoś (lub coś) do nas "mówi", będziemy w stanie usłyszeć tylko to, co jesteśmy w stanie pomyśleć.

I myślenie o tym nie sprawia, że czujesz się dobrze. W rzeczywistości zdajesz sobie teraz sprawę, że cały rozwój, badania, postęp i nowa technologia polegają jedynie na tworzeniu jeszcze bardziej wyrafinowanych narzędzi do wyrażania tego, co już rozumiemy w naszym języku, w przeciwieństwie do prawdziwego zrozumienia samej koncepcji. Był czas, kiedy wierzyłem nawet, że sygnał nie był tak naprawdę żadną przyczyną. Było to w zasadzie lustro odbijające zdolność ludzkości do tworzenia znaczenia dla każdej koncepcji, niezależnie od tego, czy istniało znaczenie, czy nie (lub jeśli istniało, ludzkość nie była w stanie go osiągnąć).

Fascynujące w Lemie jest to, że nigdy nie przynosi nam ulgi. W żadnym momencie nie nastąpi "moment aha", w którym w pełni zrozumiemy coś, czego się o nim dowiedzieliśmy. W rzeczywistości rośnie świadomość, że taki "moment aha" jest mało prawdopodobny. Niekoniecznie wynika to z ograniczeń technologii lub danych, ale raczej z ograniczeń naszych mózgów. Jest to niepokojące, ponieważ większość historii rozwiązuje zagadkę na końcu. W tej historii pozostajemy z czystym opisem tego, jak zawiodła nas percepcja.

Pisanie tutaj robi to, co powinno, ale nie jest to łatwa lektura. To nie jest książka do przełknięcia. Zamiast tego należy ją przeżuć; a czasami, gdy coś przeżuwasz, stajesz się trochę sfrustrowany. Jest wiele dyskusji, dygresji, naukowych rzeczy, ale to działa, aby stworzyć rodzaj świata, w którym znajdują się wszystkie te postacie; intelektualne zamieszanie książki. Czytelnik może poczuć zmęczenie bohaterów, ich wątpliwości, ich wątpliwości, czy to, co odkrywają, jest nowym odkryciem, czy tylko poruszaniem się po starym gruncie

Moim zdaniem ta książka pozostaje w pamięci, w przeciwieństwie do jej narracji czy fabuły. Szczerze mówiąc, nie nazwałbym fabuły pierwszorzędną. Ważne jest to, co się po niej czuje - jest to coś niemal kojącego, ale też lekko denerwującego, w tym sensie, że uświadamiamy sobie, że we wszechświecie mogą istnieć rzeczy, których mimo naszych starań nigdy nie pojmiemy. I nie jest to w żaden sposób związane z czasem. Wielu osobom nie przypadnie do gustu, ponieważ uważam, że negatywnie wpłynie na tych, którzy będą oczekiwać, że znajdą w niej gdzieś "akcję", "ekscytację" lub "kontakt". Dla tych czytelników, którzy uwielbiają książki, które wstrząsają ich próbami ponownej oceny własnych możliwości, Głos Pana robi rzeczy, które sprawiają, że chcesz ponownie przemyśleć oszacowanie swoich maksymalnych możliwości.


środa, 29 kwietnia 2026

Kantyczka dla Leibowitza Walter M. Miller Jr

 



„Kantyczka dla Leibowitza” to taka książka, która najpierw wydaje się spokojna, wręcz surowa, a potem nagle orientujesz się, że coś w tobie przestawiła. Nie robi tego krzykiem ani tanimi sztuczkami. Raczej powoli, cierpliwie, jakby z dystansem. I to chyba jej największa siła.

Na pierwszy rzut oka to historia o zakonnikach, którzy żyją gdzieś na pustkowiu i zajmują się kopiowaniem starych tekstów. Niby nic wielkiego. Ale im dalej w to wchodzisz, tym bardziej czujesz, że to nie jest tylko opowieść o przeszłości po katastrofie, tylko o tym, jak uparcie człowiek próbuje ocalić sens, nawet kiedy wszystko wokół mówi, że to bez sensu. Ten świat po upadku cywilizacji nie jest efekciarski. Nie ma tu fajerwerków ani widowiskowych ruin. Jest kurz, monotonia, rytuał i dziwna, cicha nadzieja.

Najbardziej uderzyło mnie to, jak książka traktuje wiedzę. Nie jako coś oczywistego i dostępnego, tylko jako coś kruchego, co można bardzo łatwo stracić. I wtedy zaczyna się robić niewygodnie, bo nagle pojawia się myśl, że to wcale nie jest tak odległe od naszej rzeczywistości, jak by się chciało. Te wszystkie fragmenty o przepisywaniu, o niezrozumiałych schematach, o czczeniu czegoś, czego już nikt do końca nie rozumie — to trochę jak patrzenie na świat, w którym forma przetrwała, ale sens się gdzieś rozmył.

Jest w tej książce też coś dziwnie ironicznego. Autor potrafi pokazać tragedię w sposób, który momentami aż ociera się o absurd. Nie taki śmieszny, tylko raczej gorzki. Jakby mówił: zobacz, do czego dochodzimy jako gatunek, i zobacz, jak niewiele się uczymy. Historia zatacza koło, ludzie popełniają te same błędy, tylko w innych dekoracjach. I to boli, bo brzmi znajomo.

Podobało mi się też, że to nie jest książka, która się spieszy. Ona daje czas na myślenie. Czasem aż za bardzo, bo bywają momenty cięższe, bardziej statyczne, gdzie można się lekko odbić. Ale jeśli się przez to przejdzie, to dostaje się coś więcej niż zwykłą fabułę. Dostaje się klimat, refleksję i taki cichy niepokój, który zostaje po zamknięciu książki.

No i ten podział na części — każda z nich trochę inna, trochę o czym innym, a jednak wszystko się łączy. To daje poczucie, że patrzysz na coś większego niż jedna historia. Jakbyś oglądał cykl, a nie pojedynczy moment. I wtedy dopiero widać, o co tu naprawdę chodzi — o powtarzalność, o pamięć, o to, czy człowiek jest w stanie wyrwać się z własnych schematów.

To nie jest książka dla każdego, bo nie próbuje się przypodobać. Jest spokojna, momentami chłodna, chwilami wręcz niewygodna. Ale jeśli trafisz na nią w odpowiednim momencie, to potrafi wejść głęboko. Zostawia z pytaniami, na które nie ma prostych odpowiedzi. I chyba właśnie dlatego warto ją przeczytać.

środa, 22 kwietnia 2026

Wschód - Zachód. Opowieści z meekhańskiego pogranicza (nowe wydanie) Robert M. Wegner

 



Drugi tom „Mekhanskiego pogranicza” to rzecz równie doskonała, co tom pierwszy. Pierwsza cześć zachwyciła nas i przeciągnęła przez niegościnne, ale zachwycające obszary. Poznaliśmy dwie z czterech stron świata, a teraz pora na kolejne. A na tym, jak wspominałem przy okazji recenzji części poprzedniej, nie koniec (o tym jednak przy innej okazji). I dobrze, bo to świetna zachwycająca rzecz, którą czyta się z fascynacją i wciąż chce więcej i więcej. 


Drugi tom doskonale wykorzystuje to co wprowadził pierwszy: świetnie skonstruowany, różnorodny świat, którego poszczególne strony różnią się od siebie, ale jednocześnie pozostają spójne w ramach jednej wizji; bohaterów, którzy są znakomicie napisani i przedstawiani w sposób realistyczny i przekonujący; i wreszcie ogólnie całą wizję. która łączy w sobie to wszystko, dając ten posmak naprawdę dobry dojrzałej literatury. Literatury, która korzystając ze wzorców klasyki fantastyki i powieści przygodowej, gdzie mamy właśnie te przygody, niebezpieczeństwa, zagrożenia i niezwykłe krajobrazy do podziwiania, przenosi je na bardzo dojrzały grunt, którego zwyczajnie brakuje w podobnej literaturze znad Wisły. Są książki dla dorosłych podejmujące podobne tematy, jest dużo kultowych i dobitych dzieł, ale tak, jak swoje wykreował i przemyślał Wegner, nie ma sobie w tym kraju równych.


Sama wizja to jednak nie wszystko. Można mieć świetny pomysł, świetnie skonstruować swoją książkę – i to wszystko, oczywiście, tutaj mamy – ale może zawieźć wykonanie, pisanie, łączenie słów i przedstawienie całego świata. Alei na tym polu autor nie zawodzi. Ten facet nawet proste rzeczy przedstawia w sposób tak fascynujący, że trudno im się oprzeć, wszystko tu ze sobą współgra i wzajemnie dopełnia się z tym, co oferował poprzedni tom, wszystko też robi na czytelniku duże wrażenie i pozostawia nie zatarty ślad na długie lata. To taka fantastyka, której nie pochłania się jednym tchem: raczej smakuje, wędruje przez świat z bohaterami powoli, krok za krokiem, zachwyca się, smakuje, a po latach chce się wracać by docenić raz jeszcze, może nawet bardziej, to wszystko co już nas wcześniej zachwyciło


Do tego mamy tradycyjnie świetne wydanie, bo jednak Powergraph przyzwyczaił nas do dobrze wydawanych książek, które ładnie prezentują się na półce, tak od strony edytorskiej jak i po prostu technicznej. I chociaż na rynku nie brakuje fantastyki wszelkiej maści, różnych gatunków, podgatunków, typów, podtypów, Wegner swoje dzieło stworzył tak że deklasyfikuje większość tej konkurencji i chociaż nie zyskał takiej popularności, jak „Wiedźmin”, nie zdobył swoich filmów, seriali ani gier czy też komiksów, miejmy nadzieję, jedynie na razie i że się w końcu ich doczeka. Bo to seria, która zasługuje na szczególne miejsce w sercach polskiej fantastycznej braci i mam nadzieję. że całe to uniwersum wkrótce rozrośnie się do rozmiarów, na jakie zasługuje, przenosząc się na różne media, a póki co cieszmy się książkami: wyśmienite są. I łapmy za kolejne.

Północ - Południe. Opowieści z meekhańskiego pogranicza (nowe wydanie) Robert M. Wegner




„Mekhańskie pogranicze” to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rodzimy cykl fantasy. Tu nawet dyskutować nie ma o czym. Wegner stworzył dojrzałą, poważną, odpowiednio ciężką i cholernie nastrojową lekturę, w której coś dla siebie znajdą i miłośnicy fantastyki, i historycznych powieści, i po prostu dobrej, świetnie pisanej literatury. W skrócie: fantastyka światowej klasy, ale z własnego podwórka.


Wegner i jego „Mekhańskie pogranicze” może i nie zdobyło sławy, jak „Wiedźmin” czy jemu podobne dzieła, ale wcale nie musi mieć z tego powodu kompleksów. Zresztą dla mnie osobiście – chociaż to dwa zupełnie inne światy i dwie odmiany fantasy od siebie się różniące – dzieło Wegnera bije pod względem jakości „Wieśka”. Tam mieliśmy proste historyjki, do przeczytania i tyle w temacie. Tu mamy prawdziwą magię fantastyki.


Więc tak, co jest dobrego w tej serii? Na początek świat. Dobrze skrojony, przekonujący, realistyczny. Świat przemyślany i może i oparty na naszym, może widać tu pewne znajome elementy, ale jednocześnie to świat fantastyczny. To, co realne i znajome, przekonuje nas do uwierzenia w niego, cała reszta daje naszej wyobraźni i tej części nas samych, która marzy o przygodach, dramatach i ciężkich próbach, ale przeżywanych w bezpiecznym, ciepłym miejscu, frajdy i niezapomnianych wrażeń.


Poza tym bohaterowie. U Wegnera to ludzie twardzi silnie doświadczeni przez los i wpasowani w swój nieprzyjazny świat, ale świetnie skrojeni, ukazani i poprowadzeni. Ich przygody też nie należą do łagodnych. Tu dzieje się dużo mrocznej krwawo bezlitośnie. Świat i życie nie oszczędzają postaci, a autor umiejętnie to wszystko wykorzystuje tak, że nie ma w tekstach ani przesady, ani niedomówień.  Wszystko jest realne przekonujące i ma w sobie zarówno brud, jak i pewną magię.


No i jeszcze samo wykonanie. Od strony pisarskiej Wegner operuje stylem złożonym, unikającym prostych zdań i prostych rozwiązań. To pisarstwo treściwe, krwiste i naprawdę znakomite. Czuć jest tutaj rękę człowieka, który pisać potrafi. Czuć też, że wie, co chce nam opowiedzieć i w jaki to zrobić sposób, dlatego jednocześnie słowami buduje znakomity klimat i tworzy fabuły, które satysfakcjonują na każdym kroku, pozostawiając też poczucie niedosytu i chęci by sięgnąć po więcej. A przecież to dopiero dwie strony świata, a tych jest przecież więcej i na nich zresztą autor nie kończy. Będzie jeszcze zatem co czytać. 

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...