Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagle w środku nocy albo podczas patrzenia przez okno autobusu. "Ewangelia według Orli" zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To jedna z najbardziej osobliwych i jednocześnie najbardziej ludzkich książek, jakie ostatnio trafiły mi w ręce. Dziwna, momentami chaotyczna, czasem wręcz irytująca — ale właśnie przez to prawdziwa.
Historia jest z pozoru prosta. Orla po śmierci matki właściwie rozpada się od środka. Ojciec zamyka się w sobie, codzienność traci jakikolwiek sens, a świat wygląda tak, jakby ktoś spuścił z niego wszystkie kolory. Wtedy pojawia się tajemniczy mężczyzna twierdzący, że jest Jezusem. Orla rusza z nim w podróż przez północną Anglię, trochę uciekając przed rzeczywistością, trochę szukając cudu, a trochę chyba próbując sprawdzić, czy po katastrofie da się jeszcze cokolwiek poczuć. Brzmi absurdalnie — i momentami takie właśnie jest — ale pod tym wszystkim siedzi bardzo szczera opowieść o żałobie, samotności i desperackiej potrzebie nadziei.
Największą siłą tej książki jest klimat. Tego nie czyta się jak zwykłej powieści drogi. To bardziej przypomina błąkanie się po świecie we mgle, kiedy człowiek sam nie wie, czy jeszcze czegoś szuka, czy już tylko idzie przed siebie z rozpędu. Deszcz, stacje benzynowe, puste drogi, tanie jedzenie i zmęczeni ludzie — wszystko jest tu takie szare, przygaszone i jednocześnie dziwnie piękne. Autor świetnie pokazuje ten moment w życiu, kiedy emocje są tak poplątane, że człowiek raz chce płakać, a chwilę później śmieje się z kompletnych głupot.
Bardzo podobało mi się też to, że książka nie próbuje udawać „mądrej literatury”. Nie moralizuje, nie tłumaczy świata, nie daje gotowych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie — często zostawia czytelnika w kompletnej niepewności. Czy ten człowiek naprawdę jest Jezusem? Czy Orla po prostu rozpaczliwie potrzebuje w coś uwierzyć? A może to wszystko nie ma znaczenia? I właśnie to jest najlepsze. Ta historia działa bardziej emocjonalnie niż logicznie. Nie chodzi o rozwiązanie zagadki, tylko o to uczucie pustki i zagubienia, które ciągnie się za bohaterką przez całą książkę.
Orla sama w sobie też jest świetnie napisana. Nie jest „sympatyczna” w typowo książkowy sposób. Potrafi być złośliwa, zamknięta, egoistyczna, czasem wręcz odpychająca. Ale dokładnie tak wygląda prawdziwy ból. Ludzie po stracie nie stają się poetami patrzącymi melancholijnie w deszcz. Częściej są po prostu zmęczeni, rozbici i źli na cały świat. I autor miał odwagę to pokazać bez upiększania.
Po skończeniu tej książki zostało mi bardzo dziwne uczucie. Nie smutek nawet, bardziej coś w rodzaju cichego zawieszenia. Jakby ktoś przez chwilę uchylił drzwi do czyjejś samotności i zaraz znowu je zamknął. Ewangelia według Orli nie daje wielkiego finału ani pięknego pocieszenia. Ale może właśnie dlatego działa tak mocno. Bo czasem człowiek nie potrzebuje odpowiedzi. Czasem wystarczy świadomość, że ktoś umiał nazwać ten chaos, który siedzi ludziom w głowie po stracie.
























