„DC kontra wampiry” to jest dokładnie ten moment, kiedy ktoś w redakcji najwyraźniej powiedział: „A gdyby tak wziąć całe to nasze poważne uniwersum, pełne bogów, herosów i dramatów… i wrzucić w to wampiry?”. I zamiast wyjść z tego coś, co się rozpadnie po trzech zeszytach, dostajemy historię, która bawi się konwencją jak kot laserkiem – czasem trochę za bardzo, ale jednak trudno oderwać wzrok.
Na początku jest nawet niewinnie. Ot, dziwne rzeczy zaczynają się dziać, bohaterowie zachowują się podejrzanie, atmosfera robi się gęstsza niż barszcz na święta. I nagle orientujesz się, że to nie jest kolejna historia o tym, jak Batman coś przewidział pięć ruchów do przodu (chociaż spokojnie, Batman dalej jest Batmanem, nie oszukujmy się). Tu stawka jest zupełnie inna, bo zagrożenie nie polega na wielkim wybuchu czy kosmicznym złoczyńcy, tylko na tym, że ktoś obok ciebie… może już nie być do końca sobą. I to działa zaskakująco dobrze.
Największa frajda z tego komiksu to obserwowanie, jak znane postacie są wywracane do góry nogami. Sojusze się sypią, zaufanie znika szybciej niż dobra wola w internecie, a decyzje, które normalnie byłyby oczywiste, tutaj nagle zaczynają ciążyć. I jest w tym coś przewrotnie przyjemnego – takie „a co jeśli”, ale bez hamulców. Czasem aż za bardzo, bo momentami miałem wrażenie, że scenarzyści losują ofiary z kapelusza, żeby tylko podkręcić napięcie. Ale z drugiej strony… chyba właśnie o to chodziło. To nie miało być bezpieczne.
Humor też się pojawia, choć to raczej ten typ, który wyskakuje znienacka, trochę czarny, trochę złośliwy. Nie jest to komiks, który próbuje być śmieszny na siłę, ale co jakiś czas rzuci czymś, co wywołuje taki półuśmiech w stylu „no dobra, tego się nie spodziewałem”. I dobrze, bo przy całym tym mroku i paranoi przyda się chwila oddechu.
Graficznie jest solidnie, momentami bardzo klimatycznie. Cienie, kontrasty, te wszystkie nocne sceny – czuć, że ktoś wiedział, co robi z tym motywem. Wampiry nie są tu błyszczącymi romantykami, tylko raczej czymś, co faktycznie nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce. I za to duży plus.
Czy wszystko działa idealnie? No nie. Bywają momenty, gdzie tempo siada albo fabuła robi skrót myślowy większy niż powinno się wybaczyć. Czasem też miałem wrażenie, że niektóre postacie dostają mniej uwagi, niż by zasługiwały, bo historia pędzi dalej, jakby ktoś ją poganiał kijem. Ale mimo tego trudno się od niej oderwać, bo cały czas chcesz wiedzieć, kto jeszcze okaże się… no, kim się okaże.
Podsumowując – „DC kontra wampiry” to nie jest komiks, który bierze jeńców. Trochę szalony, momentami brutalny dla bohaterów (i dla czytelnika też), ale jednocześnie cholernie wciągający. Taka historia, przy której myślisz: „to nie powinno działać”… a potem łapiesz się na tym, że przewracasz kolejną stronę i już cię to wciągnęło na dobre. I chyba właśnie za to lubię takie rzeczy najbardziej.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz