piątek, 8 maja 2026

Władza absolutna. Tom 2 - Ruch oporu Mark Waid Dan Mora



Nie da się nie porównać „Władzy absolutnej” do „Siły wyższej”: może nieco zapomnianego, nieszczególnie popularnego, ale wydanego także po polsku komiksu, w którym superbohaterowie tracą moce i muszą poradzić sobie w nowej nieoczekiwanej dla nich rzeczywistości. Tam czynnikiem całego zajścia, spiritus movens wydarzeń, było coś niewiadomego pochodzenia, tutaj mamy konkretne działanie wrogów, którzy chcą wyeliminować herosów. No a ten temat wyeliminowania herosów z przestrzeni publicznej i pozostawieniach jedynie ekip podporządkowanych rządowi to też stały motyw komiksów superbohaterskich, przynajmniej tych po 86 roku. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo scenarzysta tego komiksu to człowiek, który potrafi ze zgranych motywów zrobić coś fajnego, coś lekkiego, sympatycznego, nieskomplikowanego, a zarazem dramatycznego. Coś, co bawi. I dokładnie to robi ten komiks.


Jedna z podstawowych różnic pomiędzy „Siłą wyższą” a „Władzą absolutną” jest taka, że tamten komiks był jednorazowym krótkim albumem, zamkniętą historią, która nie miała wpływu na samo uniwersum DC, bo przedstawiało alternatywną wersję wydarzeń, dziejącą się gdzieś tam. Tu nie dość, że mamy wydarzenia kanoniczne, które wpłyną na owo uniwersum i będą jego częścią pewnie przez długi czas, to jeszcze całość ma epicki rozmach. Rozpisana na trzy o wiele grubsze niż tamto dzieło tomy, oferuje o wiele więcej wydarzeń, więcej postaci, bardziej rozbudowaną akcją i treść oraz różne podejścia. Mamy tu w końcu różnych scenarzystów, różne serie, różnych rysowników i różne podejście do materii opowieści, a każda z nich coś wnosi, każda z nich wygląda nieco inaczej, a jednocześnie składają się w jedną fajną całość. Fajną, bo naprawdę dzieje się tu dużo, czyta się to z przyjemnością i po prostu zabawa jest dobra jak na superbohaterską rozrywkę środka przystało, niczym fajny kinowe hity, wypełnione po brzegi efektami specjalnymi i gwiazdorską obsadą.


Graficznie jest to różnorodne. Jedni artyści są lepsi, inni nieco słabsi, każdy jednak znajdzie tu coś dla siebie. Nie ma bowiem kiepskich rysunków. Całość jest widowiskowa, świetnie dopełniona złożonym kolorem, pełna efektów komputerowych i po prostu rozmachu. Są realistyczne, pełne detali ilustracje, są te prostsze i lżejsze, a wszystko ta składa się na różnorodną ale kompatybilną, tak samo jak w warstwie scenariuszowej, historią, którą fani uniwersum poznać powinni. Czy będzie to przełom na miarę największych „Kryzysów”, jakie serwowało nam DC? Nie wiem. Czy reperkusje tej opowieści na długie lata będą pobrzmiewać w seriach? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że bawiłem się dobrze i chętnie poczytałbym jeszcze więcej. No i poczytam, bo przed nami jeszcze trzeci, ostatni tom, który, jak wierzą fajnie to wszystko dopełni i zamknie.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...