poniedziałek, 9 marca 2026

Asteriks na Korsyce Goscinny&Uderzo

 




Asteriks na Korsyce” to już późny tom serii. Dwudziesty, czyli w sumie mamy tyki mały jubileusz. Poza tym to też jeden z ostatnich albumów, które napisał dla serii Goscinny – jeszcze cztery i niestety, ale zastąpi go Uderzo. Ale póki co to wciąż tom Goscinnego, wypełniony po brzegi tym, za co jego komiksy kochamy, uwielbiamy i czytać chcemy.


Ta seria jest genialna i tyle w temacie. Goscinny zrobił wiele wielkich komiksów, nie ma chyba jednak dzieła lepszego niż „Asteriks”, a mówiąc chyba, po prostu dopuszczam możliwość, że są ludzie, którzy wolą inne rzeczy, bo dla mnie osobiście to kwintesencja zarówno jego komiksów, humoru, jak i europejskich komediowych opowieści graficznych w ogóle. Humor, przygody, akcja, perfekcyjne wykonanie… No perełka, po prostu perełka.


I to taka, która zachwyci każdego, w każdym wieku. jednocześnie pod postacią super zabawy przemyca tu całe multum wiedzy o historii. To jednak, jak bawi się ciekawostkami, jak puszcza oka do fanów znających temat, a jednocześnie bawi się popkulturą, to absolutne mistrzostwo. Frajdy jest w tym co nie miara, uśmiech gości na twarzy cały czas, a tu jeszcze wciąga to wszystko, fascynuje i rusza coś w czytelniku – także na poziomie sentymentalnym.


I graficznie to petarda. Niewiele jest tak genialnie rysowanych serii dla dzieci. Takiej prostoty połączonej z detalami, z cartoonową, niezapomnianą magią i klimatem, który wprost się kocha. Dlatego cieszy tak bardzo fakt, że dostaliśmy takie genialne wydanie, w twardej oprawie i z masą dodatków. No cudowna sprawa, nawet jeśli macie już stare edycje. I wiem, wiem, tylko się rozpływam, ale poważnie, ta seria nie ma minusów i znać ją nie tylko wypada, ale warto.

niedziela, 8 marca 2026

Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień Yuta Takahashi




„Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” totalnie mnie rozbroiła. Sięgnąłem po nią z ciekawości, może z lekkim dystansem, a skończyłem z tym ciepłym uciskiem w klatce piersiowej, który pojawia się, kiedy coś trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. To jedna z tych historii, które czyta się niby spokojnie, ale w środku dzieje się dużo.


Yuta Takahashi buduje świat prosty, kameralny, prawie ascetyczny – a jednak pełen emocji. Sama koncepcja restauracji, w której można na chwilę spotkać się ze wspomnieniem bliskiej osoby poprzez smak i zapach, jest piękna, ale to nie pomysł mnie zachwycił najbardziej. Zachwyciła mnie czułość. Ta delikatność wobec ludzkiego żalu, tęsknoty, niedopowiedzeń. Nie ma tu taniego wzruszania ani wymuszonych łez. Jest za to zgoda na to, że nie wszystko da się domknąć, że czasem jedyne, co możemy zrobić, to usiąść z tym, co było, i pozwolić sobie poczuć.

Czytając, miałem wrażenie, że tempo tej książki działa jak świadomy zabieg – zwalnia, uspokaja, zmusza do uważności. To nie jest opowieść, którą się połyka. To raczej taka, przy której przestajesz scrollować świat i na chwilę po prostu jesteś. W kilku momentach złapałem się na tym, że myślę o własnych wspomnieniach, o ludziach, których już nie ma, o rzeczach, których nie powiedziałem. I to chyba największa siła tej historii – ona otwiera coś w czytelniku.

Jest w niej też subtelny, charakterystyczny dla japońskiej prozy minimalizm emocji, który paradoksalnie sprawia, że wszystko wybrzmiewa mocniej. Bez wielkich gestów, bez dramatycznych scen. A jednak zamykasz książkę i czujesz wdzięczność. Za pamięć. Za możliwość pożegnania, choćby symbolicznego. Za to, że nawet ból może mieć w sobie coś pięknego.

Jestem zachwycony, bo to książka, która niczego nie udaje. Nie próbuje być mądrzejsza od czytelnika. Ona po prostu zaprasza do stołu. A ja usiadłem – i nie żałuję ani chwili.

Opowiadania najlepsze Harlan Ellison

 




„Opowiadania najlepsze”  Harlana Ellisona to dla mnie nie jest zwykły zbiór opowiadań. To raczej spotkanie z kimś, kto siada naprzeciwko i bez ostrzeżenia mówi rzeczy niewygodne, ostre, czasem brutalne – ale cholernie prawdziwe.  Ellison nie pisze, żeby było ładnie. Pisze, żeby zabolało, żeby coś się w środku przesunęło. I w tym wydaniu  czuć, że to wybór przemyślany – przekrojowy, pokazujący go w różnych tonacjach, od czystej science fiction po rzeczy balansujące na granicy horroru i gorzkiej satyry.


Czytając te teksty, miałem momenty zachwytu nad wyobraźnią – jak potrafił kilkoma zdaniami zbudować świat, który inni rozpisywaliby na trylogię. Ale częściej łapałem się na czymś innym: na dyskomforcie. Ellison nie daje bezpiecznego dystansu. Jego bohaterowie są potłuczeni, wkurzeni, zagubieni. Światy, które tworzy, są nieprzyjazne, a technologia rzadko bywa wybawieniem. Jeśli szukać tu optymizmu, to raczej w uporze przetrwania niż w jakiejkolwiek nadziei na happy end.

To, co najbardziej mnie uderzyło, to aktualność tych tekstów. Mimo że wiele z nich powstało dekady temu, brzmią jak komentarz do współczesności – do naszej samotności, przemocy słownej, lęku przed utratą kontroli. Pisarz ma w sobie coś proroczego, ale bez taniego moralizatorstwa. On nie mówi: „a nie mówiłem”. On raczej pyta: „i co teraz z tym zrobisz?”.


Nie wszystkie opowiadania trafiły we mnie tak samo mocno – kilka wydało mi się bardziej konceptem niż przeżyciem. Ale nawet wtedy doceniałem jego bezkompromisowość. To nie jest autor, który chce się podobać. On chce być usłyszany. A to ogromna różnica.

Czytałem tę książkę powoli, trochę jak rozmowę, do której trzeba wracać z odwagą. I mam wrażenie, że to jedna z tych pozycji, które zostają pod skórą. Niekoniecznie jako konkretne fabuły, ale jako napięcie, niepokój, pytania. Jeśli ktoś lubi science fiction, które nie tyle opowiada o kosmosie, co zagląda w ciemniejsze rejony człowieka – to tutaj znajdzie coś dla siebie. Ja znalazłem. I nie była to wygodna lektura. Ale bardzo potrzebna.

niedziela, 15 lutego 2026

Samuraj. Deadpool. Tom 1 Sanshiro Kasama Hikaru Uesugi





Deadpool łamie kości. Deadpool łamie czwartą ścianę. A teraz jeszcze łamie granice i wskakuje do mangi. No bo czemu nie? Miecze samurajskie ma? Ma. Walczyć umie? A no umie. Do tego łączy to co  mroczne, krwawe i w ogóle, z tym, co lekkie, zabawne, komediowe, a Japończycy to tak niemal zawsze, że nawet w najbardziej mrocznej, ciężkiej filozoficznej opowieści dla dorosłych walną nam w twarz dowcipem czy niemal infantylnym absurdem – i to wszystko do siebie pasuje. No i jak widać po tym dość okazałym tomie, dobrze też pasuje połączenie Deadpoola z mangą i warto po to połączenie sięgnąć


Manga, który zburzyła czwartą ścianę!

Wade Wilson – wasz ulubiony Najemnik z Nawijką – w końcu ładuje się z butami na karty mangi. Namówiony przez Iron Mana (i zachęcony solidnym przelewem za usługi) wpada do Tokio i od razu naprzykrza się paru znajomym mordeczkom. Zanim jednak zdąży wymyślić im chwytliwe ksywki czy coś, zawiązuje sztamę z nowymi superbohaterami, naparza się z bogami i wbija na pewien koncert, raz po raz doprowadzając do pasji swoich nieistniejących ubezpieczycieli. Aha, no i dołącza do japońskiej filii Avengers – Legionu Samurajów. Efekt? Totalny chaos, masa metażartów i śmiertelna dawka absurdalnego humoru, którą potrafi podać tylko Deadpool!


Marvel w mangę szedł od lat i się tego nie wstydził. Pisałem kiedyś o tym przy jakiejś okazji, więc się powtarzać nie będę, ale miał imprinty inspirowane mangą czy Azją, w mangę jako taką też wchodził. Więc zna klimaty, czuje i choć różnie to wypada, wie, co robi. Jeśli chodzi o twórców tego albumu, już raz dali nam się poznać komiksem z „Deadpool: Czerń, biel i krew”. No i nie pykło. Bywa, ale Japończycy już tak mają, że swoje komiksy to potrafią, jak rozpisują na setki, tysiące stron, a nie jak szorcik walną. No i jeśli komuś nie siadła tamta opowieść, a obawia się, że podobny poziom będzie tu, może przestać – „Samuraj” jest naprawdę dobry, nawet jeśli to tylko odcinanie kuponików.


Dynamicznie jest tu, klimatycznie i z humorem. Dzieje się dużo, puszczania oka jest pełno – ach to nawiązanie do (nie)zapomnianego japońskiego Spider-Mana, chociażby – szaleństwa też. Na nudę nie ma u miejsca, ponad 400-stronicowy tomik łyka się szybciutko, jak to mangi, a i popatrzyć jest na co, bo graficznie przyjemna robota: trochę idąca na łatwiznę, bo stawiająca w dużej mierze na budowanie klimatu rastrami, ale co tam, licencyjne czy adaptujące komiksy z kraju kwitnącej wiśni już tak mają i każdy chyba przywykł. Ważne, że nastrój jest i ładne to to.


Wydanie też i przy okazji w dobrej cenie. Co fajne, wzorem innych wydawnictw puszczających nam w ostatnich latach mangi zbiorczo, mamy tu album zbierający oryginalne dwa tomiki, więc zabawy jest dużo. A zabawa to dobra i warta polecenia.

Asteriks. Wróżbita Goscinny Uderzo





 „Wróżbita” to jeden z najlepszych tomów „Asteriksa” i to w zasadzie tyle w temacie. Niezapomniany moment serii, znany też z ekranizacji, w komiksowej wersji jest jednak jedną z najdoskonalszych rzeczy, jakie wyszły w tym cyklu. Perełka i tyle. I to taka, co można ją czytać niezależnie od reszty serii, bo i tak każdy tom to samodzielna przygoda.


Jeśli chodzi o treści, zostawiam Was z oficjalnym opisem:

W czasie szalejącej burzy w wiosce Galów zjawia się przedziwny wędrowiec. Nazywa się Gaduliks i jest wróżbitą. Poproszony o przepowiednię, ujawnia, że… po burzy nastanie piękna pogoda, a Galowie wkrótce się pokłócą! Obie wróżby spełniają się błyskawicznie! Na nic zdają się argumenty Asteriksa, który próbuje przywołać współmieszkańców do rozsądku i przekonać ich, że wróżbita to zwykły oszust. Rozbudzona w Galach chęć poznania wyroków losu wywołuje całą serię zabawnych zdarzeń. Gaduliks wygodnie urządza się na pobliskiej leśnej polanie (by swoją obecnością w wiosce nie drażnić Asteriksa i Obeliksa). Codziennie – w tajemnicy jedni przed drugimi – odwiedzają go mieszkańcy wioski. Każdy wraca jak zaczarowany, a kiedy sam Obeliks robi się dziwnie rozmarzony, Asteriks rusza do lasu, aby sprawdzić, co tam się dzieje.


Tak to mniej więcej wygląda jeśli chodzi o wydarzenia. A sam komiks? No cudeńko, które już sam w sobie – a my tu mamy jeszcze perfekcyjne wydanie, pamiętajmy o tym – zachwyca i nie wymaga nic więcej, by się doskonale bawić w trakcie. Żart, akcja, smaczki – wszystko to jest tu w punkt trafione. Twórcy dopieścili tą część, oferując tyle świetnych pomysłów, błyskotliwych dialogów i żartów i czystej komiksowej magii, że czyta się to z walącym sercem, wypiekami na twarzy i dziecięcą fascynacją.


Graficznie to też perełka. Uderzo jest mistrzem kreski, chyba najlepszym, co europejski komiks cartoonowy ma do zaoferowania i to, jak tu wyglądają jego prace, to absolutne mistrzostwo prostoty, lekkości, ale i detalu, klimatu oraz czystej, płynnej kreski. Że o doskonałym kolorze nie wspomnę.

Przypomnę za to o wydaniu. Jak pisze wydawca Nowa edycja w twardej oprawie oprócz komiksu zawiera także ponad czterdzieści stron dodatków, w których czytelnik pozna okoliczności powstawania albumu, zobaczy archiwalne materiały i dowie się wielu ciekawostek o bohaterach, autorach i historii. No i to wszystko mówi. Właśnie taka jest to edycja, dopieszczona, pełna materiałów dla fanów i po prostu cudowna. Bierzcie w ciemno, czy znacie, czy nie, bo dla takich bonusów autentycznie warto, nawet jeśli macie stare wydania na półce.

Ród Brainiaca. Superman. Tom 3 Galmon Edwin Williamson Joshua Sandoval Rafa

 



Ostatni tom Supermana od Joshuy Williamsona. Nie powiem, cieszę się, bo jednak ten scenarzysta nie jest moim ulubieńcem, ale… Nie wiem czemu wydawca podaje, że to ostatni tom, skoro seria tu się nie kończy, a i Williamson nadal ją potem pisał (z tym, że np. „Action Comics” będzie pisała Gail Simone), ale jest jak jest. A jak wypada sam komiks? A no o dziwo całkiem fajnie, z konkretną akcją i sporą ilością stron.


 Jeśli chodzi o sam komiks, to mamy tu typowy superbohaterski akcyjniak – jak ktoś lubi, będzie zadowolony. Ta historia ma iście eventowe zacięcie, pełno tu postaci – dla mnie największy plus to gościnny udział Lobo, bo Ostatniego Czarniana uwielbiam – i szybkiego tempa. Na nudę nie ma tu miejsca, dzieje się dużo i bez przedłużania ani przegadywania. No i rzecz ma fajny klimacik.


Ale o tym klimaciku decydują rysunki. I one stanowią najlepszą część komiksu. Popatrzyć naprawdę jest na co, grafiki są dość realistyczne, dopracowane, nie unikają czerni, a kiedy trzeba są i szybkie, dynamiczne i widowiskowe także. Wspiera je w tym naprawdę dobry, kładziony z głową kolor, w którym może i mamy sporo efekciarstwa, ale i efektowny też jest. Po prostu komiks, który ogląda się jak kinowe megahity z dużym budżetem, którego większość poszła na efekty specjalne.


Jak na Williamsona, dobry tom. Jak na Supermana, spoko komiks – typowy, ale nierozczarowujący. I tak samo można określić go, traktując po prostu jako superbohaterszczyznę. Lubicie Supermana i mało Wam jego nowych przygód? No to sięgnijcie, czeka na Was niemal 250 stron widowiskowej rozrywki, a tego właśnie oczekujcie.


wtorek, 30 grudnia 2025

Koszmarne komando David Dastmalchian, Jesús Hervás

 

Patrząc na ten komiks, trudno nie odnieść wrażenia, że DC trochę nie ma pomysłu na nowe, więc sięga do tego, co już kiedyś było, ale zbytnio nie wybiło się do mainstreamu. Ekipa horrorowych postaci znana jako Koszmarne Komando to twór lat 80. (wymyślił go DeMatteis) i bywała to tu, to tam, a jej ostatnie wcielenie, to widoczne tu, powstało w 2011 roku i od tamtej pory wystąpiło łącznie w 35 zeszytach, co pokazuje, że zbyt wiele miejsca dla niej w uniwersum się nie znalazło. Ale to nie znaczy, że rzecz jest przez to mniej wartościowa. Nie, to naprawdę fajny, nastrojowy komiks. coś dla fanów takich ekip, jak Synowie Nocy (ci są akurat z Marvela), Night Force czy Justice League Dark (obie z DC) i tych, którzy lubią komiks i horror.

 

Potwory DC powracają! Koszmarne Komando zapuszcza się w najstraszniejsze zakątki uniwersum DC, gdzie odkrywa makabryczne tajemnice i szokujące prawdy. W tej mrożącej krew w żyłach opowieści powietrze jest gęste od strachu, pazury są gotowe do ataku, kły błyszczą, a krew leje się strumieniami. Czy potwory z Koszmarnego Komanda to tylko ohydne maszyny do zabijania, czy może ostatnia nadzieja ludzkości? Odpowiedź kryje się w cieniu. Scenariusz komiksu napisał David Dastmalchian („Count Crowley”, „The Suicide Squad”, „Late Night with the Devil”).

 

Drużynowa akcja, horrorowy klimat i superhero. Takie rzeczy czekają na Was w tym albumie. Ogólnie nie jest to jakiś mocny i mroczny komiks, więc nie spodziewajcie się tego po nim. To horror, jak to horror w okolicach głównego nurtu Marvela i DC, czyli za ostro być nie może. Ale jest dynamicznie, lekko, szybko i dość widowiskowo. Fabuła to takie bardziej fantasty, jedynie z mroczniejszymi nieco tonami, które dodają całości uroku. Jeśli miałbym to porównać z jakimiś horrorami to nie takimi, które mają straszyć. To coś, jak kino z przełomu XX i XXI wieku, kiedy kino grozy niby z założenia miało ten element straszny (wilkołaki, wampiry etc.), jednak tylko pozornie, bo skupiało się na akcji i efektach.


No i ten komiks taki jest. Czyta się go, jak oglądało np. „Underworld” czy „Van Hellsinga” – lekko, bezrefleksyjnie, bez lęku i napięcia, ale całkiem przyzwoicie wizualnie. Tu jednak fabuła jest ciekawsza, mniej kiczowata, wszystko mknie i oferuje sporo fajnych postaci, które odwołują się do klasyki horroru, ale jednocześnie mają swój komiksowy vibe. Jest tu co poczytać, ale dialogi nie przytłaczają i nie nudzą. Treść zresztą, jak to w takich przypadkach bywa, jest sprawą drugorzędną, liczy się rozrywka i dobre wykonanie. I to mamy.

 

A to wykonanie najbardziej doceniam od strony graficznej, bo naprawdę fajnie wygląda ten album. Kreska czysta, i realistyczna, i komiksowo przerysowana, wyrazista, dynamiczna. Kolor czasem barwny, intensywny, nie tylko nie ogranicza się do mroku, ale i nie skupia na nim, a jednak wypada to całkiem do rzeczy. No jak cały ten, ładnie zresztą wydany komiks. Kto te klimaty lubi, niech śmiało bierze i czyta.


John Constantine. Hellblazer, Tom 3: Trup w Ameryce. Simon Spurrier, Aaron Campbell


 „John Constantine. Hellblazer” Spuriera tom 3. Czyli solidna cegła (prawie 370 stron). Czy warto? A to zależy, jak podobały się Wam dwa poprzednie tomy. Wiadomo, Spurrier nie czuje tak Johna, jak inni scenarzyści – poziomem do pięt nie dorasta Delano, Ennisowi czy Ellisowi – ale z drugiej strony nie kiepści sprawy tak, jak to zrobił swego czasu Taylor, pokazujący, że jednak ze swoimi komiksami powinien nie wychodzić do mainstreamu. Jest więc całkiem przyzwoicie, klimatycznie dzięki fajnym rysunkom i całkiem przyjemnie.

 

Hellblazer powraca w znakomitej formie!
Sen, jeden z Nieskończonych, potrzebuje pomocy Johna Constantine’a. Coś przerażającego zapuściło korzenie w Ameryce i wykorzystuje piasek z sakwy Sandmana, by narzucić swoją wolę całemu krajowi. Nawet w sprzyjających okolicznościach rozwiązanie tego problemu byłoby niemal niemożliwe ─ a tymczasem Constantine jest niemal martwy: jego serce nie bije, a ciało się rozkłada.
Jakby tego było mało, wraz z przyjaciółką Nat i synem Noahem jest ścigany za zabójstwo. Jeśli ma spełnić prośbę Sandmana, będzie potrzebował pomocy Aleca Hollanda, znanego jako Potwór z Bagien. Tylko razem mogą wykorzenić zło, które od dziesięcioleci zatruwa amerykański sen.

 

Jeśli Constantine w Ameryce, to chyba tylko w wykonaniu Azzarello. Poważnie. Tam było odkrywczo, było pomysłowo i mrocznie. Spurirer zaś sprawia wrażenie, jakby bardziej dostosowywał Johna do realiów uniwersum Sandmana, w efekcie wszystko wydaje się złagodzone, mniej kontrowersyjne, ale i mniej poruszające. Pomysłowe? No też mniej. Acz nadal całkiem przyjemnie wykonane, dość mroczne i dojrzałe. Lżejsze, niż klasyczne serie, miejcie to na uwadze, ale wiadomo, to rzecz bardziej dla fanów „Sandmana” niż „Hellblazera” i jako taką należy rozpatrywać.

 

Konkretna ilość stron przekłada się tu na konkretną ilość wydarzeń. Jest tu coś z horroru, dużo fantastyki, zwłaszcza dark fantasy, fajnie wypada wątek z rozkładem Johna, bo takie dokładnie problemów bohaterowi w sytuacji, w której i tak ma ciężko zawsze jest in plus, a przy okazji całość dostarcza sporo treści. Jest niekiedy przegadana, to fakt, czasem można by to było stonować, bo jednak Spurrier nie potrafi tak w kwiecistość, jak Delano, a nawet u niego czasem to męczyło, ale jednocześnie to nie komiks, który łyknięcie w godzinę czy dwie, więc poczytać jest co.

 

A czy jest na co popatrzeć? Tak. Tu nie mam nic do zarzucenia, bo ilustracje są znakomite, klimatyczne, nastrojowe, realistyczne… No jest mrok, jest dobre wykonanie, są wizualne fajerwerki, ale w naprawdę dobrym stylu, a i jest świetne wydanie, niby to tylko strona techniczna, drobiazg, ale jednak pozwalający się lepiej cieszyć ilustracjami.

 

W skrócie: doskonale narysowany, nieźle napisany komiks. Wart uwagi, zwłaszcza jeśli jesteście miłośnikami uniwersum Sandmana. Chociaż i fani Johna też znajdą tu coś dla siebie.

Superman. Ostatnie dni Lexa Luthora Bryan Hitch, Mark Waid

 

Waid pisze i już wiadomo, że będzie warto. Jednak to wszystko ilustruje Hitch, a Hitcha trudno nie lubić – za jego realizm, za klimat, za przywiązanie do detali i rzeczywistości i macie kolejny powód, by sięgnąć po ten album. Poza tym to po prostu dobra opowieść o Supermanie, mało oryginalna, nie powiem, bo oparta na znanym i sprawdzonym schemacie, ale nadal bardzo fajna, dzięki dobrej ekipie, która wiedziała, co robi.

 

Lex Luthor umiera i chce, żeby Człowiek ze Stali znalazł lekarstwo na jego szybko postępującą chorobę. Choć nikt nie zatęskniłby za Luthorem, Superman wyruszy na krańce wszechświata, do innych wymiarów i w inne epoki, żeby ocalić swojego wroga. Dlaczego ratuje kogoś, kto zawsze usiłował go zniszczyć? Czy zdoła znaleźć lek?

Mark Waid („Justice League Unlimited”, „Batman i Robin: Rok Pierwszy”) i Bryan Hitch („Authority”, „Hawkman”) ponownie łączą siły, aby opowiedzieć o swoim ulubionym superbohaterze!
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Superman: The Last Days of Lex Luthor” #1–3, galerię alternatywnych okładek oraz szkice Bryana Hitcha i Kevina Nowlana.

 

Pewnie to wiecie, jednak uśmiercanie i ożywianie superbohaterów zaczęło się tak naprawdę w latach 90. XX wieku od „Śmierci Supermana”. Podwaliny pod to podłożył komiks „Śmierć Stacych” już w latach 70., ale dopiero od  śmierci i zmartwychwstania Supermana wszystko zaczęło się na dobre. Przez dekady w zasadzie każdy główny bohater komiksowy umarł i wrócił, niektórzy po kilka razy. Podobnie rzecz miała się z łotrami, bo ci też konali, zajmowali miejsce herosów, powracali zza grobu… A ten komiks to połączenie w zasadzie wszystkiego, co już znamy. Chorujący i umierający Luthor? To działo się mniej więcej w tym samym czasie, co „Śmierć Supermana” – wkrótce po powrocie Superka doszło do opowieści znanej jako „Bitwa o Metropolis / Upadek Metropolis”, gdzie w drugim akcie mamy umierającego Luthora, który wciela w życie swój plan. Ten pomysł pożeniony jest tu z szukaniem lekarstwa dla wroga (a la to, jak Dock Okck w „Sadze klonów”, też wówczas wydanej, szukał leku dla konającego Petera) i paroma innymi rzeczami.

 

Kotlet odgrzewany po raz kolejny? Niby tak, ale jednak naprawdę fajnie się to czyta. Album to podróż Supermana, który ma ratować swojego największego wroga. Podróż ciekawa, pomysłowa, czasem sentymentalna, czasem zaskakująca. Dobrze napisana, pięknie zilustrowana (udział Nowlana, który kiedyś tak znakomicie zilustrował starcie Superka z Alienami tylko podkręca całość) i równie pięknie wydana – twarda oprawa, większy format, pozwalający cieszyć się całością. Dla mnie bomba. I chyba najlepszy Superman, jaki wyszedł w tym roku.

niedziela, 14 grudnia 2025

Superman kontra Lobo Andolfo Mirka Beattie Sarah Seeley Tim





Oj było już starć między nimi sporo. Po polsku też się coś trafiło, chociaż zdecydowanie więcej działo się na rynku amerykańskim. Ale nie o to chodzi. To, co tu mamy, to jeszcze jedno mordobicie pomiędzy oboma postaciami. Komiksowy przeciętniak, w którym nie chodzi o sens i logikę, ani żadną ambicję, a o rozrywkę. Ta, jak na współczesnego „Supermana” jest typowa, ale niezła, jak na „Lobo”… no sami się domyślcie. Ale to starcie, w odróżnieniu od poprzednich, jest dłuższe i bardziej rozbudowane.


Czasy kiedy Lobo był gwiazdą, minęły dawno temu. W sumie nie ma się co dziwić, bo w czasach, kiedy komiksy nie tylko są najczęściej nijakie i pozbawione jaj, postać taka, jak Ważniak, która łamała nie tylko czwartą ścianę zanim Deadpool w ogóle błądził po zwojach mózgowych twórcy, ale i konwencje, z równą łatwością, co kości, karki i żywoty ludzi, jest zbyt odważna, zbyt postmodernistyczna i zbyt dobra, by kontynuować jej losy. Dlatego DC nawet jeśli do niego wraca, łagodzi go, zmienia, upraszcza.



I złagodzony jest też tutaj. To Lobo taki, jak współczesne komiksy, niby podobny, a jednak jakby bez jaj, jak to się mówi. Ułagodzony rozrabiaka, zabijaka może, ale nie ten Ważniak, którego pokochaliśmy w latach 90. Komiks z nim jest jednak niezły, bardziej Supermanowy niż Lobowy i to na uwadze mieć trzeba, jednak czyta się go całkiem przyzwoicie. Szybka, lekka rozrywka, gdzie dzieje się dużo, nawet jeśli bez większego znaczenia. Za to z humorem i szaleństwem rodem z growych nawalanek, gdzie liczy się wymiana ciosów, a nie treść.





Rysunki są podobne. Specjalistka od romansideł i erotyków nie była najlepszym wyborem. Stara się jednak, coś tam jej wychodzi, a całość, choć to nie Bisley, nie Dwyer ani Kennedy, którzy po mistrzowsku ilustrowali „Lobo”, nie wypada źle. Po prostu dość łagodnie, prosto, z mangowym zacięciem, a liczyłem na mocną, mroczną i krwawą, a jednocześnie dynamiczną szatę graficzną. Całość jednak jest po prostu przyzwoitym przeciętniakiem, komiksem, jakich na rynku wiele, ale ładnie wydanym i nie rozczarowującym. Mam jednak nadzieję, że ta publikacja w temacie „Lobo” coś ruszy i doczekamy się wznowień nie tylko „Portretu bękarta”, który niedawni trafił na rynek ponownie, tym razem w edycji kieszonkowej w zasadzie, ale i całej masy legendarnych historii, które od dekad krążą z drugiej ręki w astronomicznych cenach.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Łuk Karpat zimą Weronika Łukaszewska, Sławomir Sanocki





 Są takie książki, które nie przyciągają sensacją, nie epatują dramatem, nie próbują udowadniać, że ich bohaterowie są niezniszczalni. Zamiast tego – po prostu opowiadają o drodze. O drodze prawdziwej, w której każdy krok kosztuje wysiłek, ale też przynosi spokój. Taka właśnie jest książka „Łuk Karpat zimą” Weroniki Łukaszewskiej i Sławomira Sanockiego.


To historia o wędrówce przez Karpaty – góry dzikie, rozległe i wymagające. Ale też opowieść o dwojgu ludziach, którzy postanowili stawić czoła nie tylko śniegowi i mrozowi, ale również własnym słabościom, wątpliwościom i milczeniu, które towarzyszy długim dniom marszu. Zimowy Łuk Karpat to nie tylko przestrzeń geograficzna. To także wewnętrzny pejzaż człowieka.


Od pierwszych stron czuć, że to książka pisana z doświadczenia, nie z marzenia. Autorzy nie idealizują gór ani siebie. Piszą o zmęczeniu, o przemoczonej odzieży, o chwilach zwątpienia, kiedy wiatr ścina oddech, a kolejne kilometry wydają się nie mieć końca. Ale jednocześnie między wierszami czuć coś, co trudno nazwać – jakąś niezwykłą wolność, prostotę, zachwyt. To właśnie w tych momentach, gdy wszystko boli, a świat ogranicza się do paru kroków w śniegu, pojawia się coś prawdziwego.


Narracja prowadzona jest dwugłosem – Weroniki i Sławomira. To ogromny atut książki. Ich perspektywy różnią się, ale razem tworzą pełen obraz tej wyprawy. Ona patrzy sercem – wrażliwa na detale, światło, ludzi spotkanych po drodze. On – spokojny, rzeczowy, uważny na rytm dnia, na pogodę, na logistykę. Razem tworzą coś w rodzaju rozmowy z górami, w której każde zdanie jest echem drugiego. Widać w tym partnerstwo, zaufanie, a czasem – drobne pęknięcia, które tylko dodają całości autentyczności.


Ogromne wrażenie robią fotografie. Nie są tylko dokumentacją wyprawy. To osobne opowieści – o ciszy, o świetle, o bieli, która potrafi być zarówno przyjazna, jak i bezlitosna. Zatrzymują uwagę tak samo jak słowa. Widać, że to książka robiona z pasją, z dbałością o każdy szczegół, z potrzebą zatrzymania ulotnych chwil.


Ale „Łuk Karpat zimą” to nie tylko książka o górach. To również medytacja o czasie, o bliskości i o tym, jak niewiele człowiek potrzebuje, by poczuć, że żyje naprawdę. W świecie, który coraz głośniej i szybciej biegnie do przodu, ta opowieść jest jak głęboki oddech. Przypomina, że prawdziwe podróże zaczynają się wtedy, gdy milknie telefon, a zostaje tylko krok, śnieg i oddech drugiego człowieka obok.


Nie znajdziemy tu fajerwerków, dramatycznych zwrotów akcji ani przesadnych emocji. Jest za to coś o wiele cenniejszego – spokój i prawda. Po zamknięciu książki długo jeszcze zostaje w głowie obraz dwójki ludzi idących przez białe góry, z małymi plecakami i ogromnym zaufaniem do drogi.


Dla mnie „Łuk Karpat zimą” to książka o odwadze – ale nie tej, którą mierzy się w kilometrach. To odwaga bycia w ciszy. Odwaga, by słuchać siebie i drugiego człowieka. I wreszcie – odwaga, by zwolnić i zobaczyć, że to, co najważniejsze, często dzieje się między jednym krokiem a drugim.

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...