Deadpool łamie kości. Deadpool łamie czwartą ścianę. A teraz jeszcze łamie granice i wskakuje do mangi. No bo czemu nie? Miecze samurajskie ma? Ma. Walczyć umie? A no umie. Do tego łączy to co mroczne, krwawe i w ogóle, z tym, co lekkie, zabawne, komediowe, a Japończycy to tak niemal zawsze, że nawet w najbardziej mrocznej, ciężkiej filozoficznej opowieści dla dorosłych walną nam w twarz dowcipem czy niemal infantylnym absurdem – i to wszystko do siebie pasuje. No i jak widać po tym dość okazałym tomie, dobrze też pasuje połączenie Deadpoola z mangą i warto po to połączenie sięgnąć
Manga, który zburzyła czwartą ścianę!
Wade Wilson – wasz ulubiony Najemnik z Nawijką – w końcu ładuje się z butami na karty mangi. Namówiony przez Iron Mana (i zachęcony solidnym przelewem za usługi) wpada do Tokio i od razu naprzykrza się paru znajomym mordeczkom. Zanim jednak zdąży wymyślić im chwytliwe ksywki czy coś, zawiązuje sztamę z nowymi superbohaterami, naparza się z bogami i wbija na pewien koncert, raz po raz doprowadzając do pasji swoich nieistniejących ubezpieczycieli. Aha, no i dołącza do japońskiej filii Avengers – Legionu Samurajów. Efekt? Totalny chaos, masa metażartów i śmiertelna dawka absurdalnego humoru, którą potrafi podać tylko Deadpool!
Marvel w mangę szedł od lat i się tego nie wstydził. Pisałem kiedyś o tym przy jakiejś okazji, więc się powtarzać nie będę, ale miał imprinty inspirowane mangą czy Azją, w mangę jako taką też wchodził. Więc zna klimaty, czuje i choć różnie to wypada, wie, co robi. Jeśli chodzi o twórców tego albumu, już raz dali nam się poznać komiksem z „Deadpool: Czerń, biel i krew”. No i nie pykło. Bywa, ale Japończycy już tak mają, że swoje komiksy to potrafią, jak rozpisują na setki, tysiące stron, a nie jak szorcik walną. No i jeśli komuś nie siadła tamta opowieść, a obawia się, że podobny poziom będzie tu, może przestać – „Samuraj” jest naprawdę dobry, nawet jeśli to tylko odcinanie kuponików.
Dynamicznie jest tu, klimatycznie i z humorem. Dzieje się dużo, puszczania oka jest pełno – ach to nawiązanie do (nie)zapomnianego japońskiego Spider-Mana, chociażby – szaleństwa też. Na nudę nie ma u miejsca, ponad 400-stronicowy tomik łyka się szybciutko, jak to mangi, a i popatrzyć jest na co, bo graficznie przyjemna robota: trochę idąca na łatwiznę, bo stawiająca w dużej mierze na budowanie klimatu rastrami, ale co tam, licencyjne czy adaptujące komiksy z kraju kwitnącej wiśni już tak mają i każdy chyba przywykł. Ważne, że nastrój jest i ładne to to.
Wydanie też i przy okazji w dobrej cenie. Co fajne, wzorem innych wydawnictw puszczających nam w ostatnich latach mangi zbiorczo, mamy tu album zbierający oryginalne dwa tomiki, więc zabawy jest dużo. A zabawa to dobra i warta polecenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz