sobota, 13 lipca 2024

Flashpoint Powrót. Johns Geoff Jeremy S. Adams



Pierwszy „Flashpoint” to świetna historia była – tyle. niby to, co doskonale znaliśmy, bo były takie historie po wielokroć, ale Johns zdołał z niej wycisnąć wszystko to, co najlepsze, a my dostaliśmy jeden z tych eventów, po które absolutnie warto było sięgnąć (nie to, co te współczesne). A teraz autor wraca do tej historii i… No właśnie z jakim skutkiem?



Całkiem niezłym, to raz, bo dopowiada, domyka i dopełnia parę wątków rozgrzebanych w DC Odrodzenie. Z drugiej jednak strony to nie tylko dopowiedzenie paru słów do tego, co powiedział kiedyś, a co rozwijał w ostatnich latach choćby w „Zegarze zagłady”, ale przede wszystkim otwarcie na nowe. Jedno się więc dopełnia, inne rozgrzebuje i trochę żal, że jednak nie jest to wielki finał, a pomost miedzy starym, a nowym.


Ale pomost naprawdę dobry. Akcja, pomysły, fajna prezentacja wątków, których jest mnogość na równi z postaciami i dobra zabawa. To, plus świetne rysunki, łączy się w jeden fajny komiks. ale komiks dla fanów i znawców tematu, bo ciągle do czegoś się odwołuje, odnosi i wraca. Więc znać wydarzenia, postacie i wątki trzeba, inaczej niewiele z tego zrozumiecie.

niedziela, 23 czerwca 2024

Księga labiryntów. Mazebook Lemire Jeff

I znów Lemire to zrobił. Wziął sprawdzony schemat – bo już trochę było opowieści o ratowaniu kogoś z zaświatów – i zrobił z tego kawał świetnej historii. Tytuł „Mazebook” nie brzmi może jakoś szczególnie, ale sam album robi spore wrażenie.


Porywająca i ambitna powieść graficzna słynnego Jeffa Lemire’a, laureata Nagrody Eisnera. Pogrążony w żałobie po stracie córki ojciec odbiera tajemniczy telefon. Rozmówczyni twierdzi, że jest jego ukochaną małą Wendy i że została uwięziona pośrodku labiryntu! Mężczyzna, przekonany, że dziecko kontaktuje się z nim z zaświatów, wyznacza zawiłą drogę przez inny poziom rzeczywistości, aby sprowadzić córkę z powrotem do domu... 


Lamire potrafi. Co nie weźmie, jakby sztampowe nie było, o ile to nie superhero, przekuwa w złoto. A właściwie przekuwał, bo od paru lat tak właściwie wciąż siedzi w tych samych schematach, tak samo krojonych historiach i bohaterach. Na szczęście „Mazebook” to powrót do lepszej formy i zdecydowanie mniej wtórnego pomysłu. Ta historia to kawał esencjonalnego i emocjonalnego komiksu. Lemire umie zagrać tym, jak i klimatem, umie wejść w postacie i skroić je, a i trącić sporo nut w czytelniczych sercach. Wszystko to robi tak, jak i rysuje swoje komiksy, prosto, ale skutecznie. W skrócie: warto.

 

Bitwa o serce Blüdhaven. Nightwing. Tom 2 Taylor Tom Redondo Bruno



Kolejny tom „Nightwinga” od Taylora to kawał solidnego komiksu (300 stron), ale też i kawał niezłej opowieści. Co prawda czytając jego superhero mam wrażenie, że facet nie do końca to czuje, bo jednak jego autorskie projekty to było coś, podczas gdy tu to jedynie poprawna robota, ale… Właśnie, we współczesnym superhero, które przeciętniactwem stoi, nawet poprawny komiks ciężko jest znaleźć, więc i to trzeba docenić.


Drugi tom przygód Nightwinga w ramach linii wydawniczej Uniwersum DC. Dick Grayson wykorzystał środki z Fundacji imienia Alfreda Pennywortha do stworzenia azylu dla bezdomnych dzieci. Złoczyńcy uznali to za próbę zdobycia częściowej kontroli nad Blüdhaven. Na szczęście miasto jest pod ochroną Nightwinga, Tytanów oraz nowej pani komisarz. Jednak wszystko się zmienia, gdy Heartless składa Blockbusterowi ofertę nie do odrzucenia, a Blockbuster odkrywa szpiega w swoich szeregach i z pewnością nie jest z tego zadowolony. 


Ten drugi tom to zresztą taki jubileusz, bo seria dobija do setnego numeru. Więc Taylor postarał się, by jednak było to coś fajnego. A w jego wykonaniu to fajne oznacza konkretną akcję, sporo postaci i sporo na tych postaciach się skupienia. Oczywiście zdradzać co się tu dzieje nie ma co, to już każdy fan serii powinien przeczytać sam, ale dzieje na całkiem niezłym poziomie. Graficznie? Tu jest różnorodnie, bo artystów, jak to przy takich okazjach, mamy sporo, ale nieźle to wygląda. prosta, dynamiczna, a czasem nastrojowa robota, typowo współczesna, ale mila dla oka. Więc kto postać lubi, sięgnąć śmiało może. Co prawda wolałbym klasykę, bo mamy w tych nightwingowych przygodach spore zaległości (Chucka Dixona chyba każdy chętnie by przeczytał, bo to legenda już), ale i tak jest przyjemnie.

7 przeciw chaosowi Harlan Ellison


 Harlan Ellison. Każdy fan fantastyki zna to nazwisko, ceni pewnie też. Bo w sumie to legenda. I to nie tylko literacka, bo pisał scenariusze dla telewizji („Star Trek”, „Strefa Mroku”, „Po tamtej stronie”), gry („I Have No Mouth, and I Must Scream”) i to, co w tym miejscu interesuje nas najbardziej – komiksy. A komiksy robił różne, dla DC pracował nad „Batmanem”, dla Marvela przysiadł nad „Avengers” czy „Daredevilem”. A i zrobił parę solowych rzeczy, w tym ta oryginalna powieść graficzna "7 przeciw chaosowi". I fajna jest to powieść, kawał dobrego komiksu SF, współtworzonego z prawdziwą legendą branży – Paulem Chadwickiem.


W dalekiej przyszłości ludzkość skolonizowała Układ Słoneczny, zapanowała nad genami i steruje własnym przeznaczeniem. Dekadenckie społeczności zaludniły najbliższe planety, wykorzystując niewolniczą pracę potężnych robotów i niezwykłych „przeinaczonych” ludzi, których używają do walki, najcięższych robót i zapewniania rozkoszy. Zaślepiona pychą ludzkość napotka jednak śmiertelnego wroga. Płomień rozniecony przed milionami lat może ją spopielić, a podsyca go przeciwnik gotowy posunąć się do wszystkiego, aby unicestwić człowieka. O przyszłości zadecyduje siedmiu wyrzutków Tylko ta siódemka może opanować chaos. Czy będą współpracować, aby ocalić gatunek, który ich odtrącił? 

Dwie legendy – jedna fantastyki, jedna komiksu, bo Chadwick to twórca kultowego, choć niewydanego po polsku „Concrete” – spotkali się i zrobili album, który robi spore wrażenie. Cała opowieść to taka szalona fantastyka w stylu Alana Moore’a, kojarząca się z „Ligą niezwykłych dżentelmenów”, ale mająca swój własny charakter. Dzieje się tu sporo, różnorodnie i z popisem wyobraźni, na nudę nie ma miejsca, a zabawa jest udana i potrafi przywołać uśmiech na twarzy czytelnika, czy wzbudzić emocje i pomysłowe jest. A przy okazji świetnie zilustrowane. No wpada to w oko i robi dobrze takim przyjemnym, oldschoolowy lookiem. Po prostu komiks wart uwagi i tyle w temacie.

CZARODZIEJE I ICH DZIEJE 5 Matteo Venerus, Luca Lorenzo Pastrovicchio,



 I kolejny tom kaczek i myszy w świecie fantasy. Niby standard, niby każdy podobnie skrojony, a jednak przyjemna to rzecz. więc kto lubi, kto czytał poprzednie tomy – albo i nie, bo znajomość nie jest wymagana – śmiało może. To zawsze klasyka i klasa sama w sobie.



Lekko, prosto i przyjemnie. Tak się to prezentuje. Dużo akcji, przygód, humoru i niezwykłości, trochę dydaktyzmu… Wszystko to, co w fantasy, jest i tutaj, bawi się motywami, choć na polu dziecięcym, fajnie wykorzystuje i jest równie interesujące, co zabawne. 

Do tego z ładnymi ilustracjami. Cartoonowa robota dobrego sortu. I ze świetnym wydaniem. Ot fajna rzecz dla całej rodziny.

niedziela, 12 maja 2024

Kaczogród. Walka o status i inne historie z lat 1962–1963 Carl Barks

 


I kolejny tom Kaczogrodu i znów super. Tyle już tego za nami, tysiące stron, setki komiksów, a Barks nadal umie, nadal potrafi i nadal zachwyca. Teraz więcej w tym takiej pewnej fantastyki, bo Magika jest tu coraz bardziej obecna, ale nie zmienia to jakości i charakteru serii. A ta dostarcza świetnej zabawy każdemu, niezależnie od wieku.

W tytułowej „Walce o status” Sknerus chce wejść w posiadanie przedmiotu, który podniesie jego pozycję społeczną i sprawi, że kaczogrodzka śmietanka towarzyska zacznie go zapraszać na swoje przyjęcia. Tym przedmiotem jest pasiasty rubin. Ten niezwykły kamień później pojawiał się wielokrotnie w innych komiksach (m.in. Dona Rosy) czy w serialu „Kacze opowieści”. Miliarder musi stawić czoło swoim dawnym wrogom, Braciom Be. Banda daje mu się we znaki także w komiksie „Twarde jak szkło”. W tej samej historii powraca również Magika de Czar, która zadebiutowała w poprzednim tomie. Czarownica odgrywa główną rolę w trzecim z czterech dłuższych komiksów w zbiorze – „Odysei miliardera”. Czwarty, „Przyprawa z wyprawy”, opowiada o podróży Sknerusa, Donalda i siostrzeńców do Ameryki Południowej. Nie brak tu oczywiście także charakterystycznych dla Barksa dziesięciostronicowych historii o Donaldzie. 

Dużo akcji, dużo przygód, do tego humor, przesłanie i świetne pomysły. Czyli w skrócie to, co w serii zawsze. zabawa jest przednia, dzieje się tu dużo i różnorodnie, bo każdy tom to połączenie wielu samodzielnych historii, które można czytać niezależnie od całej reszty, nic nie wiedząc o świecie i bohaterach. Do tego mamy świetną, ponadczasową szatę graficzną i doskonałe wydanie. No super jest i tyle. i nic więcej dodawać nie trzeba.


Flash: Misterne plany Jeremy Adams, Will Conrad i inni



 Nowy „Flash”, trzeci tom od Adamsa. No i jest, jak do tej pory – czyli przeciętnie. Poprzednik się nie popisał, nie popisuje się też ten scenarzysta. Fabuła typowa, postacie typowe, no typowe wszystko. magii i finezji najlepszych odsłon serii, kiedy pisali ją Waid czy Jonhns zwyczajnie tu brak, acz fani mogą sięgnąć.


Trzeci tom przygód Flasha w ramach linii wydawniczej Uniwersum DC. Wally West walczy z Władcą Luster w Muzeum Flasha, wyjaśnia tajemnice więzienia Iron Heights i startuje w międzywymiarowym turnieju zapaśniczym, który zawitał do Central City. Jednak najbardziej szokującym zwrotem akcji okazują się zmiany w życiu Lindy Park-West i najszybszej rodziny Uniwersum DC! Scenarzysta Jeremy Adams („Stan Przyszłości: Superman”) snuje kolejne opowieści o Flashu, które ilustrują Will Conrad („Action Comics”), Fernando Pasarin („Liga Sprawiedliwości”) i inni!



Gruby tomik, prawie dwieście stron, więc sporo jest treści, ale ogólnie to jednak tej treści od strony fabularnej wiele nie ma. scenarzysta stara się, żeby było i z akcją, i ze skupieniem na życiu osobistym postaci, bo przecież seria tym zawsze stała, takim fajnym obyczajowym sznytem. Ale tu jakoś blado to wypada. Więc głównie, jak Flash, pędzi to to, gna i ma zaskakiwać, ale chyba nie za bardzo to robi. Za to fajnie wygląda. niezła szata graficzna, tu widowiskowo, tam epicko, tu znów słabiej, bo wiadomo, cała grupa twórców to robi, ale ogół miły dla oka jest i tyle w temacie. A całość da się czytać, więc kto jest fanem, śmiało może, ale reszta równie dobrze może sobie odpuścić.

Mroczny kryzys na Nieskończonych Ziemiach. Tom 1 Jeremy Adams, Tom King

 


Chyba każdy z nas ma takich twórców, co do których zastanawia się, jakim cudem zdobyli tę robotę. W ostatnich latach mam kilku takich „faworytów”, w Marvelu to chociażby Aaron, Slott czy Spencer, którzy jak jeden mąż pokazują niemal każdym swoim kolejnym projektem, że nie mają własnych pomysłów, a i nie czują tego, o czym piszą. A w DC? W DC mam Tyniona, gościa od tak nijakich postaci, że nie potrafię się nimi zainteresować, mam Johnsona, którego „Superman” to jeden z największych zawodów i paru innych, jak choćby Williamsona, który rozczarowywał mnie „Flashem” (krótko, bo po paru zeszytach rzuciłem czytanie tej serii) i eventami powierzonymi mu… no właśnie nie wiem dlaczego, bo wtórne, nic nie wnoszące i nie potrafiące zaciekawić. No a twórcy wielkich wydarzeń to powinni być ludzie co naprawdę coś potrafią i mają do powiedzenia. Więc szkoda, że za ten „Kryzys” to właśnie on odpowiada (wspomniany Tom King na okładce to tylko pobocznie coś tam zrobił i to wypada najlepiej z tego tomu), bo chociaż tragedii nie ma, całość czyta się dość przeciętnie, a fabularnie wraca do tego, co już było po raz kolejny, ale gorzej niż wracano do tej pory i tak naprawdę nie czuć tu ani tej wielkości wydarzeń, tego rozmachu, ani że cokolwiek to wszystko zmieni.


Międzywymiarowa Liga Sprawiedliwości podczas poszukiwań Barry’ego Allena w nieskończonych światach odkryła, że siły Wielkiej Ciemności, prowadzone przez przerażającego Pariasa, przygotowują się do inwazji na multiwersum i unicestwienia Ziemi-0. Członkowie Międzywymiarowej Ligi wzywają Ligę Sprawiedliwości, by powstrzymać intruzów. Nie wiedzą, że nadchodzące starcie nie skończy się wygraną ziemskich herosów. Czy multiwersum zdoła się obronić bez swoich największych bohaterów?


Może i Williamson ustawił status quo współczesnego uniwersum DC – i nadal tu to robi – ale… No właśnie. Pamiętacie pierwszy „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”? Nie za dobrą, ale ważną opowieść, gdzie zebrano wątki i postacie z pięćdziesięciu lat istnienia wydawnictwa (niby wszystkie, ale np. Lobo zabrakło, ale nie czepiajmy się), żeby posprzątać kontinuum, wymazać to, co zbędne i ujednolicić wszystko. dać nowy start i nowe życie. I to się super udało, czego dowodem są uwielbiane do dziś restarty serii, wielkie historie i wielkie zmiany, które pozwoliły komiksowi wejść na bardziej dojrzałą ścieżkę. a potem przez długie lata żadnego takiego eventu, żadnego zmieniania wszystkiego. Aż do czasu, bo DC postanowiło zrobić, jak Marvel, i z eventów uczyniło parę lat temu siłę napędową uniwersum. Żeby sprzedać więcej, żeby wcisnąć czytelnikom tylko jednych serii kolejne, łączące się poprzez wydarzenie. I było ok dopóki trzymało to poziom, jak „Ostatni kryzys” Morrisona (który miał być ostatni i na długie lata był), jak „Flashpoint” Johnsa czy „Zegar zagłady”, który już nie wiadomo czy jest kanoniczny, czy nie. niestety ten poziom to już przeszłość.



No i tak to się toczy też  w „Mrocznym kryzysie”, który bardziej tak po prostu jest, jak każdy inny komiks, niż jest czymś. Szybka, lekka, bezmyślna rozrywka, w której dzieje się dużo i niby na sporą skalę, z masą bohaterów, ale jakoś brakuje w tym emocji. Zagrożenie gigantyczne, a ja jakoś go nie czuję. Nie wczuwam się w postacie, bo za dużo ich i za mało tu miejsca na dobre rozrysowanie wszystkiego, więc te dramaty, które dotykają bohaterów nie dotykają serca czytelnika. Ot jak kinowy hit, gdzie dzieje się dużo, ale w zasadzie wszystko to już znamy. Nieźle jest to narysowane, są momenty, które naprawdę dobrze wypadają, ale ogół to po prostu rzecz stricte dla fanów, którzy czytają wszystkie eventy i historie w ten czy inny sposób ważne dla uniwersum. Reszta może odpuścić, bo miał być kryzys mroczny i ponury, a jest co najwyżej ciemny, choć też nie aż tak, jakby mógł.

środa, 24 kwietnia 2024

UnOrdinary. Tom 1 Uru-chan



 "Un Ordinary". Powieść graficzna. Taka kolejna próba przeniesienia mangowych schematów na grunt komiksów z innych krajów. Francuzi robią to od lat, z całkiem fajnym skutkiem w postaci french mang, Amerykanom lepiej zawsze wychodziło inspirowanie się elementami, a nie kopiowanie na całego. A ten komiks to takie kopiowanie właśnie. Dōjinshi właściwie, bo jak inaczej to nazwać? Chyba, że komiksowym odpowiednikiem Animesque. Więc taka kopia, takie udawanie, całkiem znośne dla czytelników w wieku kilkunastu lat, do których jest kierowane, ale nic to odkrywczego czy wartego polecenia szerszemu gronu czytelników.



Jak widać po opisie – a widzą to ci, którzy choć trochę komiksem się interesują – wszystko tu jest skądś czerpane. Schemat szkoły i tajemnic to po prostu typowa manga szkolnego życia, okruchów życia – w Japonii znajdziemy tam wszystko, od komedii romantycznych i dramatów, przez historie o dziewczynach w świecie postapo, które zmagając się z zombie próbują wieść normalne życie, po cykle poświęcone dzieciakom spotykającym szkolnego ducha albo wmieszanych w mordercze walki czy rozgrywki. W amerykańskim komiksie dobrze udało się to raz – w „Deadly Class”. Tu jest jak w typowym dziele zrobionym przez fana – odtworzone to, co fan lubi, ale jakoś tak bez inwencji własnej.


No ale fanką właśnie jest Uru-chan, czyli Chelsey Han, która ten komiks od lat wrzuca w sieci na Webtoon. No i tu przeniesiono to na papier i tak sobie leci. Teen drama pełną gębą, podlana fantastyką, która jakoś tak ze „Zmierzchem” i tym podobnymi się kojarzy, z szatą graficzną, gdzie wszystko jest piękne i kolorowe, ale w większości dość płaskie (takie w pełni kolorowe wydanie, mało mangowe, kojarzy mi się nieco z „ReLIFE”, ale to jednak w ogóle nie ten poziom, nawet nie zbliżony). Ot komiks dla młodzieży, lekki, prosty, niewymagający. Ale nikt poza grupą docelową nie znajdzie tu wiele dla siebie. Nie mówię nie, ale nie wiem czy sięgnę po kolejną część. Choć samo wydanie należy pochwalić, bo wydawca się postarał. Grafiki, torba na książki i inne prezenty czynią ten komiks atrakcyjniejszym.

czwartek, 28 marca 2024

Avengers. Wejście feniksa. Tom 8 Jason Aaron Dale Keown


 I znowu Aaron pokazał, że nie ma pomysłów, że nie potrafi i że wciąż się  powtarza. Wziął fabułę, która była już tyle razy, że aż nie chce się do niej wracać, splótł z innymi, które tez odtwarzano masę razy i wcisnął nam jeszcze raz. Tylko, że w wersji nudnej, chaotycznej i pozbawionej większej logiki.


Ten tom mógł być sporym eventem, ale wiadomo, tak wtórny pomysł nie mógł znów być wykorzystany. Ten tom powinien zwiastować coś wielkiego i w wielki sposób się skończyć. A jest fabuła na poziomie kiepskiej gry komputerowej, z płaskimi postaciami, kiepską, chaotyczną akcją i nic poza tym. Wieje tu nudą, czytania nie ma dużo, a jednak nuży, a całość jest po prostu tak nijaka, że nawet kiedy wprowadza jakieś rewolucje, nic z nich nie wynika.


Rysunkowo też prosto jest i kiepsko. Nie wygląda to ładnie, wrażenia nie robi, a i nie ma dostatecznej dawki mocy. W skrócie: to mógł być dobry komiks, ale Aaron zepsuł go straszliwie. 

Superman Action Comics – Arena. Tom 2 Phillip Kennedy Johnson Miguel Mendonça

 


No to tak – jestem na nie. mówi się do trzech razy sztuka, więc zacząłem  sięgając po „Ten, który spadł”, druga sztuka była gdy czytałem pierwszy tom „Supermana” no i nic z tego mi nie podeszło. Dałem trzecią szansę i chyba koniec, bo to, jak Johnson pisze scenariusze jakoś mi nie podchodzi. Ten tom nosi tytuł „Arena” i rzeczywiście musiałem się sporo nagimnastykować, żeby dotrzeć do napisów końcowych.


Superman i grupa bohaterów znana jako Authority opuścili Ziemię ze specjalną misją uwolnienia uciemiężonych mieszkańców Świata Wojny. Aby to zrobić, muszą pokonać Mongula, potężnego władcę sztucznej planety. Nie mają pojęcia, że tyran doskonale zna ich plany i chce je wykorzystać jako pretekst do przejęcia władzy nad Organizacją Planet Zjednoczonych. Jednak zanim herosi dotrą do Mongula, muszą przetrwać starcie na arenie! 


Fabuła tego komiksu jest wtórna. To raz. Dwa, że po prostu mimo potencjalnie interesujących elementów, nic nie było w stanie mnie zainteresować. Tu przynajmniej do końca dobiega opowieść o Świecie Wojny. No i szybko się to czyta. Ale niestety niewiele poza tym. Fabuła typowa, narracja miałka, wydarzenia nijakie. Niby jest co być powinno, a jakoś tak nie ma nic. Pustką wieje. Tylko rysunki są naprawdę fajne – plus wydanie –ale to za mało bym naprawdę dobrze się bawił.

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...