niedziela, 9 lutego 2025

Przygody Supermana: Jon Kent Jordie Bellaire, Clayton Henry, Tom Taylor i inni


Tom Taylor… Nie sądziłem, że zdarzy mu się zrobić komiks tak wtórny, tak nijaki, tak… No cóż, jeśli ktoś dotąd siedział w głową w piasku, żyjąc gdzieś w Bieszczadach bez dostępu do mediów i kontaktu z ludźmi i nie ma pojęcia, co się w kulturze popularnej działo  przez ostatnie cztery dekady, sięgnąć może. Reszta, sami wiecie.



Ktoś morduje superbohaterów z różnych rzeczywistości, więc jeden z takich skazanych na śmierć herosów musi stawić czoła zagrożeniu. Odkąd Dan Slott zrobił swoje „Spiderversum”, gdzie Spidermani z różnych wymiarów łączą siły, by pokonać wroga mordującego Pająki, temat ten jest w komiksach katowany do upadłego. Sam Slott wracał już do niego kilka razy, jeszcze więcej wracano w seriach o Spider-Manie w ogóle (choćby „Spidergeddon” czy „Electroverse”), a to i tak w chwili powstania było jedynie wariacją na temat „Kryzysu na nieskończonych Ziemiach”, który w zasadzie był wariacją na temat alternatywnych rzeczywistości obecnych w superbohaterszczyźnie od roku 1961, kiedy to wyszedł zeszyt „Flash #123”).


Ta sztampa zawitała też i do Supermana, ba, była nawet po polsku w całkiem znośnym albumie „Wielokrotność”. Taylor wziął to wszystko, pomieszał jeszcze z masą komiksów (widać tu pełnymi garściami czerpanie choćby z „JLA: Ziemia 2”), dorzucił coś ze swojego „Injustice” i zaserwował tak, że wyszło nijako. Jeszcze jeden taki sam komiks, kalka kalki, kopia z kopii. Do tego rzecz jest narysowana w bardzo przeciętny, typowy, kolorowy i efekciarski, ale nie efektowny sposób. Efekt, jak na wielki start nowej serii rozczarowuje.

Kaczogród. Atak robotów. Carl Barks

 


Zbliża się koniec wydawania „Kaczogrodu”. Pojawił się właśnie 27 tom serii, czyli do końca pozostały już tylko trzy takie tomiki. Przez siedem lat udało się zapewnić nam tyle część, tyle dobrej zabawy. I to się nie zmienia w nowym tomie.




Niniejszy album zawiera komiksy Carla Barksa z lat 1964–1966. Czytelnik znajdzie tu między innymi siedem długich opowieści liczących dwadzieścia lub więcej stron. Tytułowy „Atak robotów” to rozgrywająca się w Kaczogrodzie historia, w której spokojne życie mieszkańców po raz kolejny przerywają Bracia Be. 

Ten tom to tom pełen przygód, akcji, humoru, dydaktyzmu i świetnych pomysłów. Fajnie wraca do przeszłości Sknerusa, fajnie też serwuje nam masę doskonałej zabawy dla całej rodziny. Nie zapomina przy tym być pomysłowy i po prostu bardzo dobrze zrobiony, także graficznie – bo wszystko może jest i proste, ale jakże pięknie przy tym skuteczne.

Carl Barks genialne robił komiksy, ale i jednocześnie czytelników traktował z szacunkiem dla ich inteligencji. Dzięki temu i dzieci, i dorośli, znajdują tu coś dla siebie i nie dość, że się nie nudzą, to jeszcze autentycznie mogą zachwycić się tym wszystkim. Każda historia jest inna, choć wszystkie łączą postacie bohaterów, czytać można je niezależnie od siebie i przy okazji niezależnie od wszystkich innych tomów. A dla fanatyków jest tu wiele ważnych momentów, jak debiuty niektórych istotnych dla Kaczek postaci. Jest też wreszcie to świetne wydanie w twardej oprawie. Jest magia klasyki dla całej rodziny. I piękno disnejowskich bajek doprowadzone niemal do perfekcji, jakiej brakuje w filmach z tym logo na plakatach. Bierzcie w ciemno, bo warto, a kolejny tom już za trzy miesiące.









piątek, 24 stycznia 2025

Billy Bat. Tom 1 Naoki Urasawa Naoki Urasawa

 


I kolejna manga wielkiego Urasawy trafiła na polski rynek. Wybitny to twórca, dla mnie osobiście nawet jeśli nie w piątce najlepszych mangaków (bo konkurencja duża, acz i tak ma wielkie szanse się w niej znaleźć) to już w dziesiątce najlepszych na pewno. A ta manga… co tu dużo mówić, jest dokładnie tak samo rewelacyjna, jak pozostałe tytuły autora wydane po polsku.


 Mangi Urasawy to takie mangi, o których złego słowa nie da się powiedzieć. Ręka by mi uschła, jakbym spróbował. Ten gość robi takie historie, że czyta się je z wypiekami na twarzy, strony przewraca drżacymi z emocjami rękami i po skończeniu narzeka się jedynie na to, że chciałoby się już więcej, bo za każdym razem dawka jest za mała, a przecież dostajemy ją w podwójnej grubości tomach (cała seria „Billy Bat” wyjdzie po polsku w dziesięciu takich zbiorczych częściach, zamiast oryginalnych dwudziestu).

Dlaczego? Bo Urasawa mistrzowsko operuje tu wszystkim. Świetnie kreśli postacie, doskonale wnika w ich umysły i charaktery, perfekcyjnie wywołuje i wyzwala emocje i uczucia, wyśmienicie prowadzi akcję i buduje wspaniały klimat. A to już samymi tylko słowami, rozmowami, opisami. Rysunki jeszcze to podkreślają, a rysuje też po mistrzowsku, z wielkim wyczuciem, własnym stylem i doskonałym operowaniem możliwościami, jakie posiada, z perfekcyjnym wyważeniem czerni i bieli, wiedząc kiedy zaatakować czymś mrocznym, a kiedy dać wybrzmieć choćby minie postaci. Rewelacja, po prostu rewelacja. Piękna rzecz, pięknie wydana. Bierzcie w ciemno, jak wszystko z nazwiskiem tego mangaki na okładce.

Old Boy Garon Tsuchiya, Nobuaki Minegishi

 


„Oldboy”. Na pewno każdy z nas zna już ten tytuł – może nie miał okazji go poznać osobiście, ale trudno było nie słyszeć zarówno o azjatyckim filmie, jak i jego amerykańskim remaku z gwiazdorską obsadą w reżyserii legendarnego Spike’a Lee – ale dopiero teraz doczekaliśmy się jego mangowego pierwowzoru. I, co tu dużo mówić, rzecz wymiata, bijąc jakościowo na głowę filmowe wersje, bo oferując więcej miejsca na snucie całej opowieści i robiąca to w jeszcze lepszy sposób.


 Świetny pomysł, świetna zagadka, znakomita akcja i dobrej poprowadzenie wszystkiego. Taka jest ta manga. Mroczny thriller oparty na tajemnicy, podany w sposób z jednej strony typowo dla mangi lekki, z drugiej dosadny, mocny i realistyczny. Rzecz prowadzona jest konsekwentnie, bez zbędnego plątania i kręcenia. Fajnie skupia się na postaciach, na rozwijaniu ich psychiki i na samej tajemnicy. I, oczywiście, ujmuje klimatem.


Ten klimat to też w dużej mierze zasługa rysunków, prostych, z klasycznym dość zacięciem, ale trafionych, wyrazistych i bardzo fajnie budujących nastrój dzięki odpowiedniemu operowaniu czernią i rastrami. Efekt finalny wpada w oko, świetnie podkreśla wydarzenia i samą treść i po prostu stanowi kawał dobrej, mangowej – a w zasadzie po prostu dobrej komiksowej, bo nie ma się tu co ograniczać tylko do japońskich opowieści obrazkowych – roboty. Słowem podsumowania, warto. Dobra rzecz, ładnie wydana w podwójnej grubości tomach (cała seria wyjdzie w czterech częściach). I prezentująca naprawdę dobrą jakość.

Saga winlandzka tom 3

 


I trzeci tom „Sagi Winlandzkiej” zaliczony. Właściwie to należałoby powiedzieć, że szósty, bo seria po polsku wychodzi w podwójnej grubości tomach. Za mną więc już sporo, przede mną jeszcze jedenaście takich opasłych tomiszczy i to cieszy, bo seria jest doskonała i chce się jej więcej i więcej.


No dzieje się w tym tomie. Dużo, szybko, ale też bez przesadnego pędzenia na złamanie karku. Wszystko jest wyważone, dobrze podane, fajnie poprowadzone. Bywa krwawo i brutalnie, bywa spokojnie, choć z napięciem, wreszcie bywa a dynamiką typową dla mang shounenowych, chociaż „Saga Winlandzka” shounenem nie jest. a za każdym razem jest rewelacyjnie, bo twórca po mistrzowsku odnajduje się w tym wszystkim.

Doskonale więc żongluje historią i przygodą, faktami i fikcją. Bawi się tym wszystkim, ale tak, żeby zrobić na nas wrażenie. I robi. A zwłaszcza graficznie. Bo fabularnie jest doskonale, ale wiem, że takich klimatów można nie lubić, nie da się jednak nie zachwycać ilustracjami, które mają taki klimat, tyle detali i taką siłą wyrazu, że wpadają z miejsca w oko i zachwycają. Już okładka jest świetna, ale to, co w środku, okazuje się być o niebo lepsze.

Więc polecam. Jedna z najlepszych mang na polskim rynku. tyle w temacie.


Saga winlandzka tom 2

 Wiem, że „Saga Winlandzka” ukazuje się na naszym rynku już dłuższy czas i sporo tomów wyszło, ale ja w końcu sięgnąłem po drugi. Lepiej późno, niż wcale, jak to mówią. I fakt, bo to świetna, dojrzała i ambitna rzecz dla tych, którzy lubią po prostu dobre komiksy. A raczej dobre opowieści, niezależnie od gatunku, podgatunku i typu.


 



“Saga Winlandzka” to epopeja, w której nie brak intryg, pokazanych z rozmachem scen walk, berserków czy Jomswikingów - elitarnych wojowników (niektórzy badacze twierdzą, że stacjonowali oni na Wolinie!). To też barwne, nierzadko historyczne, postacie - Thorfinn, Askeladd, Floki czy Leif. Zapraszamy na niesamowitą sagę, która zdobyła szereg nagród i jest uznawana za jedną z najlepszych serii o wikingach, jaka kiedykolwiek powstała!


 


I te słowa, że to jedna z najlepszych rzeczy w temacie, są jak najbardziej słuszne. Akcja, klimat, wierność historyczna z jednoczesnym postawieniem na przygody i dynamikę, połączone z ciekawą fabułą. Czyta się to wyśmienicie, rzecz wypełniona jest emocjami i wyładowana po brzegi napięciem. Nudzić się nie można, nawet jeśli nie trawi się historycznych opowieści, do tego mamy intrygująco nakreślone postacie i świetne wydanie.

I nie można zapomnieć, że rzecz jest rewelacyjnie zilustrowana. Realistycznie, z dbałością o detale i mangową dynamiką. Genialny klimat, genialne uchwycenie właściwie wszystkiego, zderzają się tu z uproszczonym, ale skutecznie zaprezentowanym designem postaci. No po prostu rewelacja, tak fabularnie, jak i graficznie.

niedziela, 22 grudnia 2024

Ronin Frank Miller

 


Ronin”, kultowe dzieło Franka Millera, wraca po latach w nowym, wzbogaconym o masę dodatków wydaniu. Kto nie ma, ma okazję nadrobić, bo warto, kto ma, śmiało może wymieniać starą edycję, bo ta piękna jest. Czy jest to komiks warty takiego wydania, można dyskutować, ale to Frank Miller z młodych lat, może jeszcze nie tak wyrobiony, jak w swoich najlepszych dziełach, ale już doskonały.


 


W odległej przeszłości władca z feudalnej Japonii zostaje pokonany przez istotę czystego zła – demona Agata. Młody wojownik, któremu nie udało się ochronić władcy, staje się pozbawionym pana samurajem – roninem – i przysięga demonowi zemstę. W niedalekiej przyszłości wielka korporacja w miejskiej dżungli Nowego Jorku przygotowuje się do wypuszczenia śmiertelnie niebezpiecznej nowej technologii. Kiedy te dwa światy się zderzą, marzenia i rzeczywistość zleją się w ostatecznej, apokaliptycznej bitwie – a w sercu chaosu samotny samuraj stanie przed ostatecznym testem swojej wierności.



Frank Miller, niegdyś legenda i reformator komiksu, twórca „Powrotu Mrocznego Rycerza”, serii „Sin City”, powieści graficznej „300” czy wybitnego runu „Daredevila”, że wymienię tylko kilka najważniejszych. Dziś ten gość to cień dawnego siebie, rysuje pokracznie i brzydko, rzadko robi coś nowego, a jeśli robi, odtwarza już dawne własne schematy, zamiast tworzyć. Szkoda. Na szczęście są wznowienia takich dzieł, jak to.




Miller daje tu upust swojej fascynacji zarówno feudalną Japonią, jak i cyberpunkiem, którego swoją drogą jest przecież współtwórcą. Oferuje nam ciekawą, wypełnioną przygodami i fantastycznymi wizjami akcję, która wciąga, urzeka klimatem i potrafi zachwycić rysunkami – wtedy jeszcze prostszymi, ale już urzekającymi, dopełnionymi fajnym, pastelowym niemal, nastrojowym kolorem o ograniczonej palecie barw. I jeszcze to wydanie – twarda oprawa, mnóstwo dodatków… Warto mieć i warto znać.


Przygody rodziny Wayne'ów. Batman. Tom 1 C.R.C. Payne Starbite



 Webtoon. Komiks internetowy. Takie we fragmentach, w odcinkach, w sezonach. Tam debiutowała też ta seria, która się spodobała, przyjęła, zdobyła nawet nominację do Eisnera. A teraz jest papierowo i po polsku i… Jest warta uwagi? Tak, ale to coś dla dzieciaków, kolorowe, proste, niewymagające. Dorośli raczej nie mają tu czego szukać, ale młodsi odbiorcy śmiało mogą sięgnąć.


 



Batman ma dużo na głowie. Nightwing, Batgirl, Red Hood, Orphan, Spoiler, kilku Robinów… Bruce Wayne nie może narzekać na brak dzieci – biologicznych i nie tylko. A teraz, gdy do rodziny dołącza Duke Thomas, nowy samozwańczy pogromca zbrodni używający pseudonimu Signal, w rezydencji Wayne’ów robi się naprawdę tłoczno.


 



Jakiś czas temu, kilka lat temu w zasadzie, był komiks „Batman / Fortnite: Punkt zerowy”. I kilka innych tego typu. Takie w zasadzie odcinanie kuponików od dwóch marek. Tu w sumie odcina się od Batmana tylko, ale wszystko jest podobne. Czyli? Nie jest to komiks ani przełomowy, ani ambitny. To po prostu porcja szalonej zabawy, bez jakiejkolwiek głębi czy przesłania. Chodzi jednak o akcję i akcja jest udana, tempo szybkie, a całość czyta się bez nudy.


 


Jak wskazuje tytuł, zwartość to przygody. W odróżnieniu od tego „Fortnite”, gdzie liczyła się głównie naparzanka, tu liczy się inny rodzaj akcji: są wrogowie, są rodzinne relacje, jest masa postaci zaludniających strony, trochę humoru i dużo lekkości. Wizualnie jest kolorowo, bardzo. Typowo dla najmłodszych. Ogólnie więc to taka rzecz dla młodych, nieco jak „DC powieść graficzna 13+”, jeśli czytaliście te bardziej dziecięce części serii. W skrócie, to taki odpowiednik tych właśnie publikacji. Ma być barwnie i dynamicznie, odbiorca ma za wiele nie myśleć i dokładnie to dostaje. Młodsi czytelnicy mogą śmiało sięgnąć, jeśli wpadnie im w oko.


Asteriks i Kleopatra. Asteriks. Tom 6 Goscinny Rene Uderzo Albert

 




Wydawnictwo Egmont wznawia Asteriksy. W nowej szacie graficznej, w twardej oprawie, z mnóstwem dodatków w środku. Tylko brać i czytać. To jeden z najbardziej znanych albumów, noszący tytuł „Asterix i Kleopatra”.


Juliusz Cezar przybywa z wizytą do Aleksandrii i swej ukochanej Kleopatry. Między królewską parą dochodzi do sporu, czyj naród jest potężniejszy. Oburzona pychą Cezara Kleopatra zakłada się, że w trzy miesiące wybuduje wspaniały pałac na jego cześć i tym samym udowodni mu nieustającą wielkość Aleksandrii i jej mieszkańców. Cezar bez namysłu zgadza się na zakład, pewien, że Kleopatra przegra. Gdy w Aleksandrii zjawiają się Galowie Asteriks i Obeliks plan budowy pałacu zyskuje szansę powodzenia...





 Pamiętacie film „Asteriks i Obeliks: Misja Kleopatra”? Ta jedna z najlepszych ekranizacji komiksów europejskich w dziejach zachwycała humorem i pewnym metafikcyjnym podejściem do tematu. Nie był to jednak wymysł scenarzystów z XXI wieku, a oryginalne pomysły, które René Goscinny zastosował już w 1965 roku. Twórcy filmowi jedynie nieco je rozbudowali, ale wszystko, łącznie z samą fabułą (może poza żartami dla dorosłych), pozostało takie samo, jak w tym komiksie, który mimo upływu lat bawi i zachwyca, jak dekady temu.

Dlaczego? powtórzę, co już pisałem nie raz: bo to seria genialna w swej prostocie. Frazes? Być może, ale taka jest prawda. René Goscinny, który w swojej karierze stworzył wiele wielkich i kultowych opowieści („Lucky Luke”, „Iznogud” czy „Mikołajek” to tylko niektóre z nich), w „Asteriksie” wspina się na wyżyny swojego talentu, dzięki czemu opowieść jest tak doskonała. Z jednej strony mamy tu bowiem świetne przygody, które autentycznie wciągają, z drugiej doskonały humor bawiący, jak niewiele innych (humor, w którym mamy też miejsce na wiecznie aktualną satyrę), a wreszcie także i inteligentną zabawę historycznymi ciekawostkami, stereotypami czy motywami (tu ciągle powtarzane żarty odnoszące się do nosa). Wszystko to wieńczy obowiązkowy morał, ale morał podany w przystępny sposób, bez nachalnego dydaktyzmu.

Za to z naprawdę doskonałą szatą graficzną. Klasyka europejskiego komiksu nigdy nie jest źle narysowana, ale „Asteriks” i tak pozostaje najbardziej złożony w swej prostocie (także na polu kolorystycznym), dzięki czemu wszystko wygląda tu tak doskonale i z miejsca wpada w oko. W skrócie super, doskonale wydana rzecz. Bierzcie w ciemno.


Wyprawa dookoła Galii. Asteriks. Tom 5 Goscinny Rene Uderzo Albert


 

Wyprawa dookoła Galii” to po raz kolejny kawał świetnej rozrywki dla czytelników w każdym wieku. Rozrywki satyrycznej, pełnej akcji, humoru, ponadczasowych prawd i równie ponadczasowej jakości. W skrócie: super, że Egmont znów wznawia serię i to w takim wydaniu.


 



Asteriks zakłada się z Rzymianami! Dzielny Gal postanawia udowodnić, że pomimo skonstruowanej przez wrogów przeszkody uda mu się zwiedzić całą Galię i na dowód dokonania tego wyczynu, z każdego regionu przywiezie jakiś specjał. Wyrusza na wyprawę wraz ze swoim nieodłącznym kompanem Obeliksem, a ich plan próbują pokrzyżować rzymskie patrole śledzące każdy krok niezłomnych wojowników. 


 

Na pomysł tego wydanego pierwotnie w 1963 (w formie odcinkowej – w formie albumu zaś dwa lata późnej) tomu René Goscinny wpadł pod wpływem wyścigu Tour de France. Tak prostą ideę przekuł jednak w jeden z najlepszych komiksów serii, który w bezlitosny, ale jednak łagodny i zabawny sposób obnaża i obśmiewa wszelkiej maści francuskie stereotypy. Bo nie ma się co oszukiwać, najlepiej w tej serii Goscinnemu od zawsze wychodziło żonglowanie humorem opartym na stereotypach właśnie, a także zabaw historycznymi odniesieniami. A tych drugich – jak zawsze zresztą – jest w „Wyprawie dookoła Galii” dużo.


 


Oczywiście nie jest to humor, który mógłby kogokolwiek obrazić, pod warunkiem, że czytający ma dystans do siebie. Polaków to nie dotyczy, fabuła skupia się w końcu na terenach obecnej Francji, ale myślę, że niejedną przywarę odnieść można nie tylko do tego regionu. Przede wszystkim jednak ten tom „Asteriksa”, jak wszystkie pozostałe zresztą, to bardzo dobra, dynamiczna historia przygodowa, w której dzieje się wiele i każdy znajdzie coś dla siebie. Na dzieci czeka tu porzucająca historia o przyjaźni i zmaganiach z przeciwnościami losu, na dorosłych zaś satyryczna opowieść o życiu i ludzkich trudach, ukazanych w krzywym zwierciadle.

Wszystko to zaś tradycyjnie wieńczy urzekająca szata graficzna. Przepiękna w swej prostocie i cartoonowści kreska Uderzo, w której nie brak zarówno uroku, jak i bogactwa detali, uzupełniona została o znakomity, prosty, ale jednak nie przesadnie uproszczony kolor, a wszystko to uzupełnia nieodzownie bardzo dobre wydanie. Nic więcej chyba dodawać nie trzeba. Chcecie dobrego komiksu dla całej rodziny? Czegoś, co każdemu zapewni rozrywkę na poziomie i jednocześnie rzeczy, do której będziecie wracać? Sięgnijcie w ciemno po ten, jak i pozostałe albumy, których wznowienie wciąż dostępne są wśród wydawniczych nowości. Nie zawiedziecie się na pewno. A fani mają tu dodatkowo masę dodatków. Warto.


 

niedziela, 8 grudnia 2024

Jonka, Jonek i Kleks. Wydanie jubileuszowe. Tom 2 Szarlota Pawel


Przygody "Jonki, Jonka i Kleksa", to kolejna absolutna klasyka rodzimego komiksu. Może nie tak znana, jak dzieła Christy czy Chmiela, ale czy to coś zmienia? Seria wraca znowu na rynek, tym razem z okazji półwiecza istnienia i, jak zawsze, oprócz solidnej dawki znakomitej rozrywki dla miłośników klasyki rodzimego komiksu, oferuje dydaktyzm i ponadczasową magię. No i tym razem dostajemy to w doskonałym, zbiorczym i uzupełnionym o dodatki wydaniu, które robi wrażenie.



Wydanie Jubileuszowe ukazujące się z okazji 50-lecia serii zbiera niechronologicznie w trzech tomach komiksy z przygodami Jonki, Jonka i Kleksa, rozpoczynając od pierwszej czarno-białej jeszcze historii opublikowanej w „Świecie Młodych” w 1974 roku. Część z tych komiksów nie była wznawiana w ostatnich trzydziestu latach. Każdy tom wzbogacają liczne dodatki z Kleksem: plany lekcji, kalendarze, alternatywne plansze, ilustracje, a także teksty pełne wspomnień i ciekawostek.


Wspominałem już na wstępie, że ta seria nie jest tak znana, kojarzona i sztandarowa, jak "Tytus, Romek i A'Tomek", „Kajtek i Koko” (u Christy zresztą autorka uczyła się sztuki rysowania) czy albumy Baranowskiego, ale wciąż to taka sama klasyka, jak wspomniane legendy. I podobna do nich pod wieloma względami, co widać już na pierwszy rzut oka po samej szacie graficznej. Rysunki Szarloty Pawel to typowe cartoonowe ilustracje. Obłe, dość uproszczone, samą kreską, jak i "gęstością" plansz przypominające dokonania ojca Kajka i Kokosza, barwne przy tym i wyraziste. Wpada to w oko i bardzo fajnie się prezentuje.

A fabularnie? Bardzo dobrze jest, tak po prostu. Wiadomo, zawartość jest bardzo prosta, bywa też infantylna, ale ma w sobie magię typową dla komiksów powstałych w czasach PRL-u. Po prostu dobra, rzetelna robota dla młodych ciałem i duchem, wnosząca dekady temu kolor i humor do szarej codzienności, teraz zaś budząca sentyment – bo wiadomo, takie rzeczy, takie wydania, skierowane są przede wszystkim do starszych, sentymentalnych czytelników, najlepiej takich, którzy pół wieku temu wychowali się na dziełach pani Pawel.

W skrócie: warto. Warto dla siebie, dla starych komiksowych wyjadaczy, bo jeśli znają, odkryją na nową w cudownym wydaniu, a jeśli nie znają, nadrobią zaległość, którą nadrobić muszą, bo takiej klasyki wstyd nie znać. I warto dla dzieciaków, bo jednak to ponadczasowa rzecz dla całej rodziny, która wciąż bawi i uczy.

 

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...