niedziela, 12 maja 2024

Flash: Misterne plany Jeremy Adams, Will Conrad i inni



 Nowy „Flash”, trzeci tom od Adamsa. No i jest, jak do tej pory – czyli przeciętnie. Poprzednik się nie popisał, nie popisuje się też ten scenarzysta. Fabuła typowa, postacie typowe, no typowe wszystko. magii i finezji najlepszych odsłon serii, kiedy pisali ją Waid czy Jonhns zwyczajnie tu brak, acz fani mogą sięgnąć.


Trzeci tom przygód Flasha w ramach linii wydawniczej Uniwersum DC. Wally West walczy z Władcą Luster w Muzeum Flasha, wyjaśnia tajemnice więzienia Iron Heights i startuje w międzywymiarowym turnieju zapaśniczym, który zawitał do Central City. Jednak najbardziej szokującym zwrotem akcji okazują się zmiany w życiu Lindy Park-West i najszybszej rodziny Uniwersum DC! Scenarzysta Jeremy Adams („Stan Przyszłości: Superman”) snuje kolejne opowieści o Flashu, które ilustrują Will Conrad („Action Comics”), Fernando Pasarin („Liga Sprawiedliwości”) i inni!



Gruby tomik, prawie dwieście stron, więc sporo jest treści, ale ogólnie to jednak tej treści od strony fabularnej wiele nie ma. scenarzysta stara się, żeby było i z akcją, i ze skupieniem na życiu osobistym postaci, bo przecież seria tym zawsze stała, takim fajnym obyczajowym sznytem. Ale tu jakoś blado to wypada. Więc głównie, jak Flash, pędzi to to, gna i ma zaskakiwać, ale chyba nie za bardzo to robi. Za to fajnie wygląda. niezła szata graficzna, tu widowiskowo, tam epicko, tu znów słabiej, bo wiadomo, cała grupa twórców to robi, ale ogół miły dla oka jest i tyle w temacie. A całość da się czytać, więc kto jest fanem, śmiało może, ale reszta równie dobrze może sobie odpuścić.

Mroczny kryzys na Nieskończonych Ziemiach. Tom 1 Jeremy Adams, Tom King

 


Chyba każdy z nas ma takich twórców, co do których zastanawia się, jakim cudem zdobyli tę robotę. W ostatnich latach mam kilku takich „faworytów”, w Marvelu to chociażby Aaron, Slott czy Spencer, którzy jak jeden mąż pokazują niemal każdym swoim kolejnym projektem, że nie mają własnych pomysłów, a i nie czują tego, o czym piszą. A w DC? W DC mam Tyniona, gościa od tak nijakich postaci, że nie potrafię się nimi zainteresować, mam Johnsona, którego „Superman” to jeden z największych zawodów i paru innych, jak choćby Williamsona, który rozczarowywał mnie „Flashem” (krótko, bo po paru zeszytach rzuciłem czytanie tej serii) i eventami powierzonymi mu… no właśnie nie wiem dlaczego, bo wtórne, nic nie wnoszące i nie potrafiące zaciekawić. No a twórcy wielkich wydarzeń to powinni być ludzie co naprawdę coś potrafią i mają do powiedzenia. Więc szkoda, że za ten „Kryzys” to właśnie on odpowiada (wspomniany Tom King na okładce to tylko pobocznie coś tam zrobił i to wypada najlepiej z tego tomu), bo chociaż tragedii nie ma, całość czyta się dość przeciętnie, a fabularnie wraca do tego, co już było po raz kolejny, ale gorzej niż wracano do tej pory i tak naprawdę nie czuć tu ani tej wielkości wydarzeń, tego rozmachu, ani że cokolwiek to wszystko zmieni.


Międzywymiarowa Liga Sprawiedliwości podczas poszukiwań Barry’ego Allena w nieskończonych światach odkryła, że siły Wielkiej Ciemności, prowadzone przez przerażającego Pariasa, przygotowują się do inwazji na multiwersum i unicestwienia Ziemi-0. Członkowie Międzywymiarowej Ligi wzywają Ligę Sprawiedliwości, by powstrzymać intruzów. Nie wiedzą, że nadchodzące starcie nie skończy się wygraną ziemskich herosów. Czy multiwersum zdoła się obronić bez swoich największych bohaterów?


Może i Williamson ustawił status quo współczesnego uniwersum DC – i nadal tu to robi – ale… No właśnie. Pamiętacie pierwszy „Kryzys na nieskończonych Ziemiach”? Nie za dobrą, ale ważną opowieść, gdzie zebrano wątki i postacie z pięćdziesięciu lat istnienia wydawnictwa (niby wszystkie, ale np. Lobo zabrakło, ale nie czepiajmy się), żeby posprzątać kontinuum, wymazać to, co zbędne i ujednolicić wszystko. dać nowy start i nowe życie. I to się super udało, czego dowodem są uwielbiane do dziś restarty serii, wielkie historie i wielkie zmiany, które pozwoliły komiksowi wejść na bardziej dojrzałą ścieżkę. a potem przez długie lata żadnego takiego eventu, żadnego zmieniania wszystkiego. Aż do czasu, bo DC postanowiło zrobić, jak Marvel, i z eventów uczyniło parę lat temu siłę napędową uniwersum. Żeby sprzedać więcej, żeby wcisnąć czytelnikom tylko jednych serii kolejne, łączące się poprzez wydarzenie. I było ok dopóki trzymało to poziom, jak „Ostatni kryzys” Morrisona (który miał być ostatni i na długie lata był), jak „Flashpoint” Johnsa czy „Zegar zagłady”, który już nie wiadomo czy jest kanoniczny, czy nie. niestety ten poziom to już przeszłość.



No i tak to się toczy też  w „Mrocznym kryzysie”, który bardziej tak po prostu jest, jak każdy inny komiks, niż jest czymś. Szybka, lekka, bezmyślna rozrywka, w której dzieje się dużo i niby na sporą skalę, z masą bohaterów, ale jakoś brakuje w tym emocji. Zagrożenie gigantyczne, a ja jakoś go nie czuję. Nie wczuwam się w postacie, bo za dużo ich i za mało tu miejsca na dobre rozrysowanie wszystkiego, więc te dramaty, które dotykają bohaterów nie dotykają serca czytelnika. Ot jak kinowy hit, gdzie dzieje się dużo, ale w zasadzie wszystko to już znamy. Nieźle jest to narysowane, są momenty, które naprawdę dobrze wypadają, ale ogół to po prostu rzecz stricte dla fanów, którzy czytają wszystkie eventy i historie w ten czy inny sposób ważne dla uniwersum. Reszta może odpuścić, bo miał być kryzys mroczny i ponury, a jest co najwyżej ciemny, choć też nie aż tak, jakby mógł.

środa, 24 kwietnia 2024

UnOrdinary. Tom 1 Uru-chan



 "Un Ordinary". Powieść graficzna. Taka kolejna próba przeniesienia mangowych schematów na grunt komiksów z innych krajów. Francuzi robią to od lat, z całkiem fajnym skutkiem w postaci french mang, Amerykanom lepiej zawsze wychodziło inspirowanie się elementami, a nie kopiowanie na całego. A ten komiks to takie kopiowanie właśnie. Dōjinshi właściwie, bo jak inaczej to nazwać? Chyba, że komiksowym odpowiednikiem Animesque. Więc taka kopia, takie udawanie, całkiem znośne dla czytelników w wieku kilkunastu lat, do których jest kierowane, ale nic to odkrywczego czy wartego polecenia szerszemu gronu czytelników.



Jak widać po opisie – a widzą to ci, którzy choć trochę komiksem się interesują – wszystko tu jest skądś czerpane. Schemat szkoły i tajemnic to po prostu typowa manga szkolnego życia, okruchów życia – w Japonii znajdziemy tam wszystko, od komedii romantycznych i dramatów, przez historie o dziewczynach w świecie postapo, które zmagając się z zombie próbują wieść normalne życie, po cykle poświęcone dzieciakom spotykającym szkolnego ducha albo wmieszanych w mordercze walki czy rozgrywki. W amerykańskim komiksie dobrze udało się to raz – w „Deadly Class”. Tu jest jak w typowym dziele zrobionym przez fana – odtworzone to, co fan lubi, ale jakoś tak bez inwencji własnej.


No ale fanką właśnie jest Uru-chan, czyli Chelsey Han, która ten komiks od lat wrzuca w sieci na Webtoon. No i tu przeniesiono to na papier i tak sobie leci. Teen drama pełną gębą, podlana fantastyką, która jakoś tak ze „Zmierzchem” i tym podobnymi się kojarzy, z szatą graficzną, gdzie wszystko jest piękne i kolorowe, ale w większości dość płaskie (takie w pełni kolorowe wydanie, mało mangowe, kojarzy mi się nieco z „ReLIFE”, ale to jednak w ogóle nie ten poziom, nawet nie zbliżony). Ot komiks dla młodzieży, lekki, prosty, niewymagający. Ale nikt poza grupą docelową nie znajdzie tu wiele dla siebie. Nie mówię nie, ale nie wiem czy sięgnę po kolejną część. Choć samo wydanie należy pochwalić, bo wydawca się postarał. Grafiki, torba na książki i inne prezenty czynią ten komiks atrakcyjniejszym.

czwartek, 28 marca 2024

Avengers. Wejście feniksa. Tom 8 Jason Aaron Dale Keown


 I znowu Aaron pokazał, że nie ma pomysłów, że nie potrafi i że wciąż się  powtarza. Wziął fabułę, która była już tyle razy, że aż nie chce się do niej wracać, splótł z innymi, które tez odtwarzano masę razy i wcisnął nam jeszcze raz. Tylko, że w wersji nudnej, chaotycznej i pozbawionej większej logiki.


Ten tom mógł być sporym eventem, ale wiadomo, tak wtórny pomysł nie mógł znów być wykorzystany. Ten tom powinien zwiastować coś wielkiego i w wielki sposób się skończyć. A jest fabuła na poziomie kiepskiej gry komputerowej, z płaskimi postaciami, kiepską, chaotyczną akcją i nic poza tym. Wieje tu nudą, czytania nie ma dużo, a jednak nuży, a całość jest po prostu tak nijaka, że nawet kiedy wprowadza jakieś rewolucje, nic z nich nie wynika.


Rysunkowo też prosto jest i kiepsko. Nie wygląda to ładnie, wrażenia nie robi, a i nie ma dostatecznej dawki mocy. W skrócie: to mógł być dobry komiks, ale Aaron zepsuł go straszliwie. 

Superman Action Comics – Arena. Tom 2 Phillip Kennedy Johnson Miguel Mendonça

 


No to tak – jestem na nie. mówi się do trzech razy sztuka, więc zacząłem  sięgając po „Ten, który spadł”, druga sztuka była gdy czytałem pierwszy tom „Supermana” no i nic z tego mi nie podeszło. Dałem trzecią szansę i chyba koniec, bo to, jak Johnson pisze scenariusze jakoś mi nie podchodzi. Ten tom nosi tytuł „Arena” i rzeczywiście musiałem się sporo nagimnastykować, żeby dotrzeć do napisów końcowych.


Superman i grupa bohaterów znana jako Authority opuścili Ziemię ze specjalną misją uwolnienia uciemiężonych mieszkańców Świata Wojny. Aby to zrobić, muszą pokonać Mongula, potężnego władcę sztucznej planety. Nie mają pojęcia, że tyran doskonale zna ich plany i chce je wykorzystać jako pretekst do przejęcia władzy nad Organizacją Planet Zjednoczonych. Jednak zanim herosi dotrą do Mongula, muszą przetrwać starcie na arenie! 


Fabuła tego komiksu jest wtórna. To raz. Dwa, że po prostu mimo potencjalnie interesujących elementów, nic nie było w stanie mnie zainteresować. Tu przynajmniej do końca dobiega opowieść o Świecie Wojny. No i szybko się to czyta. Ale niestety niewiele poza tym. Fabuła typowa, narracja miałka, wydarzenia nijakie. Niby jest co być powinno, a jakoś tak nie ma nic. Pustką wieje. Tylko rysunki są naprawdę fajne – plus wydanie –ale to za mało bym naprawdę dobrze się bawił.

Amazing Spider-Man. Zielony Goblin powraca. Tom 10 Nick Spencer



Kolejny tom Spencera-  i wszystko jasne. Co jasne? A to, że znów dostajemy to, co już było, bo powroty Goblina to stały punkt programu, czasem to Osborn, czasem nie, ale wraca zawsze. To, że Peter i Goblin ze sobą współpracują to też nic nowego. Acz akurat czyta się to nieźle, choć mogło być zdecydowanie lepiej.

Jaki jest to tom, poza tym, że wtórny? A no szybko poprowadzony, z nieprzekonującą fabułą. Treść zapowiada sporo, zapowiada konkretną akcję, masę bohaterów i wydarzeń, a wszystko ograniczone zostaje do chaotycznej akcji, w której większość wprowadzonych postaci nic nie robi, prawie się nie pojawia i marnuje związany z nimi potencjał. Podobnie niewiele więcej oferują krótkie historie – fajna Davida, słabe pozostałych, z kiepścizną  Ahmeda na czele.


Za to rysunkowo jest bardzo fajnie. Konkretnie narysowany, przyjemny tom, w którym spotykają się różni rysownicy – klasyczni i współcześni – z Pająkiem związani w ten czy inny sposób. Efekt finalny jest jednak taki, że to kolejny album tylko dla fanów.

niedziela, 10 marca 2024

Universum DC według Neila Gaimana


Gaiman i superhero. Wydaje się, że nie po drodze, ale czasem coś tam w główny nurcie zrobi. A to, co zrobił, przynajmniej dla DC, zebrano w tym tomie. I spoko, może 90 procent to materiały znane z tomu „Co się stało z zamaskowanym krzyżowcem” (mówię o wersji Hachette, nie dawnej od Egmontu), a tam mieliśmy to o wiele taniej, ale świetne wydanie i dodatkowe rzeczy sprawiają, że po tom „Universum DC według Neila Gaimana” warto  sięgnąć.

Co tu robi Gaiman? A głównie Batmana robi w tym tę jedną historię, o której wspomniałem – czyli taka ostateczna fabuła z Batkiem – to jedno z najlepszych z tego tomu. Reszta też jest fajna, choć w większości znana, a nowe materiały to już może nic takiego, ale nadal dobrze się to czyta. Bo Gaiman ma pomysły, fajnie pisze i ogólnie daje rade nawet jak coś nie jest jego mocną stroną.

Do tego mamy świetne rysunki – Kubert czy Bisley są w szczytowej niemalże formie i to wpada w oko, a paru klasyków też nie zawodzi, wręcz przeciwnie – i super wydanie. Więc warto, szczególnie jeśli nie znacie. A jeśli znacie i macie poprzednie zbiorcze wydania, cóż, warto sobie uzupełnić kolekcję. Bo ani tam nie ma wszystkiego, ani tu chyba też nie na wszystko znalazło się miejsce.

Marvel Fresh Król Deadpool Kelly Thompson



 Kolejna postać która powstała w wyniku pisanej wojny między Marvelem a DC. Można by rzec że wojna rysowana. Ilekroć jedno z wydawnictw odniesie - albo odniosło sukces - stwarzając jakąś postać – uruchamiało to burzę mózgów w konkurencyjnym wydawnictwie. Efektem tej walki na ołówki jest na ten przykład sam Deadpool. Jako, że tylko krowa nie zmienia poglądów, nawet ja zacząłem, może nie lubić, ale czasami sięgnę po kolejny tom przygód tego wariata, żeby się przekonać co nowego słychać u Wade’a. A kolejny tom nosi tytuł „Król Deadpool”.



Coś temu najemnikowi nie wyszło. Serio. Nie tym razem. Nowa scenarzystka nie czuje postaci, jej humor jest blady bardziej niż tyłek Morbiusa a największym plusem tej serii jest to, że mieści się w jednym tomie i ma fajne rysunki – przynajmniej do czasu. Niestety fabularnie to spory zawód.



Fabuła –  nic tu nie ma ciekawego. Umarł król, niech żyje król. Owszem, zdarza się - Deadpool zabił króla, to teraz niech żyje, jako król, ale nie jest to życie, jak król. Więc się nudzi. Albo musi przetrwać, bo są tacy, jak Kraven chociażby, którzy chcą go zabić. I tak to się kręci. Ale za dużo tu gadania, z którego nic nie wynika, a za mało humoru, a ten, kiedy się pojawia, zabawny nie jest. ani inteligentny. Ba, nie jest nawet tak głupkowaty, by bawił. Jest nijaki. Ale fajnie rysuje tu Bachalo, bo jego kreska ma klimat, ma cartoonowość i w ogóle dobrze robi. Gorzej wypada reszta. A sam tom… Dla zagorzałych fanów postaci, reszta się zawiedzie.

Nieśmiertelny hulk tom 5 Al Ewing Joe Bennett

  



Nowa linia, zwana dalej Marvel Fresh to  dobra okazja dla czytelników, którzy dopiero teraz chcieliby rozpocząć przygodę z komiksowym uniwersum Marvela. Wszystkie serie (z wyjątkiem Thora) podejmują bowiem zupełnie nowe wątki, co oznacza, że można się nimi cieszyć w pełni od pierwszy tomów. Wielbicieli klasycznych herosów Marvela usatysfakcjonuje zaś powrót ikonicznych postaci, takich jak między innymi Steve Rogers, Tony Stark, Thor czy Bruce Banner, do swoich najbardziej znanych superbohaterskich tożsamości. I właśnie Banner wiedzie pierwsze skrzypce w tym komiksie, a raczej jego zielona osobowość. A jest to czwarty już tom serii „Nieśmiertelny Hulk”.



Ostatni tom Nieśmiertelnego Hulka do końca doprowadza bardzo fajną opowieść, która była z nami dłuższy czas. Finał to może i oczywisty, ale satysfakcjonujący, całkiem fajnie napisany i jeszcze przyjemniej zilustrowany. 



Co tu dużo mówić, Ewing dał radę. Nie jest wielkim scenarzystą, często chce maskować brać głębi wielkimi i ciężkimi słowami czy plątaniną akcji, mającą ukryć prostotę całości, jeszcze częściej idzie w pseudofilozofowanie, ale jednak mimo wszystko Hulkiem dał radę i stworzył po prostu świetny komiks. Siłą tej opowieści jest powrót do horrorowych korzeni i klimat. Dobra akcja plus widowiskowa szata graficzna składają się na coś, co bardzo szybko i przyjemnie się czyta. Wiadomo, mogło być lepiej, mogło być więcej i z prawdziwą głębią, ale jak na współczesny komiks środka było bardzo dobrze. No i fajnie.

Jenny Finn Mike Mignola i inni


 Mignola – z pomocą kolegów – stworzył tu kolejny w swej karierze komiks lovecraftowy. Stare to już dzieło, sprzed ćwierć wieku, ale nadal atrakcyjne. Może nie jakoś genialnie spełnione, ale naprawdę dające radę. Komiks nosi tytuł „Jenny Finn”.

Na londyńskie doki pada blady strach, kiedy pojawiają się dziwaczne potwory i znajdowane są zwłoki ze śladami macek. Śmierć zbiera coraz większe żniwo i rodzi się pytanie: jaki związek z groźnymi i zagadkowymi zjawiskami ma tajemnicza dziewczynka, która pojawiła się znikąd? Gdy o morderstwa oskarżony zostaje niewinny człowiek, grupa Londyńczyków postanawia zorganizować seans spirytystyczny, lecz czy pozwoli on zidentyfikować zabójcę i znaleźć odpowiedzi na liczne pytania? 

Fabuła prosta, choć czasem chaotyczna, bo sprawiająca wrażenie, jakby nie wszystkie motywy mogły tu dobrze wybrzmieć, to klasyczny lovecrafatowski horror. Są morskie stworzenia, są religijnie wierzenia, jest zło albo dobro, albo coś ponad tym, co schodzi między nas i… No i tak to się kręci. Wszystko to złożone jest ze znanych i typowych zagrań i motywów. Nic odkrywczego tu nie ma, komiks czyta się w kwadrans właściwie, ale przyjemnie, nastrojowo, a fajnie wiktoriańskim klimatem i brudem. Przyjemna szata graficzna może nie jest tak super, jakby była, gdyby to Mignola ją zrobił, ale daje radę, a świetne wydanie dopełnia całości. Więc kto Mignolę lubi, może a nawet powinien. Fajny horror. Lekki, prosty, ale trafiony.


piątek, 1 marca 2024

Piaski Diuny Brian Herbert, Kevin J. Anderson


 Diuna w kinach, Diuna w książkach, w komiksach też jest. Co chwila mówi się o arcydziele tu i tam, szczególnie w odniesieniu do filmów, ale arcydzieło jest tylko jedno – pierwowzór Franka Herberta. Reszta to już nie to, ale nie znaczy to, że zawodzi. Bo np. ta książka, kolejna współtworzona przez syna zmarłego autora, całkiem fajna jest i dobrze dopełnia wizji klasycznej sagi.


Diuna. Piasek, kosmos, niezwykłości, zagrożenia, przygody. Science fantasy pełną gębą, przebogate połączenie wszystkiego, co niezwykłe, z baśniowością włącznie, z tym, co przyziemne – jak choćby wielka polityka. Masa jest w tym wszystkim rzeczy, elementów, gatunków. Herbert po mistrzowsku tym władał, jego syn z kolegą po fachu już mniej, ale jednak godnie podejmuje rękawicę. Więc może nie jest tak imponująco i stylistycznie też tak pięknie nie jest, ale nadal dobrze się to czyta, nadal jest w tym to coś i przede wszystkim doskonale dopełnia to wizji ojca. Może nie doskonale, ale bardzo dobrze już tak. Satysfakcjonuje to wszystko, choć przede wszystkim fanów, a przy okazji cieszy, bo jednak saga sprzed wielu lat nadal ma się świetnie, nadal jest co do niej dopisać i nadal można to zrobić na poziomie.

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...