piątek, 8 maja 2026

Ewangelia według Orli Eoghan Walls


 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagle w środku nocy albo podczas patrzenia przez okno autobusu. "Ewangelia według Orli" zdecydowanie należy do tej drugiej kategorii. To jedna z najbardziej osobliwych i jednocześnie najbardziej ludzkich książek, jakie ostatnio trafiły mi w ręce. Dziwna, momentami chaotyczna, czasem wręcz irytująca — ale właśnie przez to prawdziwa.

Historia jest z pozoru prosta. Orla po śmierci matki właściwie rozpada się od środka. Ojciec zamyka się w sobie, codzienność traci jakikolwiek sens, a świat wygląda tak, jakby ktoś spuścił z niego wszystkie kolory. Wtedy pojawia się tajemniczy mężczyzna twierdzący, że jest Jezusem. Orla rusza z nim w podróż przez północną Anglię, trochę uciekając przed rzeczywistością, trochę szukając cudu, a trochę chyba próbując sprawdzić, czy po katastrofie da się jeszcze cokolwiek poczuć. Brzmi absurdalnie — i momentami takie właśnie jest — ale pod tym wszystkim siedzi bardzo szczera opowieść o żałobie, samotności i desperackiej potrzebie nadziei.

Największą siłą tej książki jest klimat. Tego nie czyta się jak zwykłej powieści drogi. To bardziej przypomina błąkanie się po świecie we mgle, kiedy człowiek sam nie wie, czy jeszcze czegoś szuka, czy już tylko idzie przed siebie z rozpędu. Deszcz, stacje benzynowe, puste drogi, tanie jedzenie i zmęczeni ludzie — wszystko jest tu takie szare, przygaszone i jednocześnie dziwnie piękne. Autor świetnie pokazuje ten moment w życiu, kiedy emocje są tak poplątane, że człowiek raz chce płakać, a chwilę później śmieje się z kompletnych głupot.

Bardzo podobało mi się też to, że książka nie próbuje udawać „mądrej literatury”. Nie moralizuje, nie tłumaczy świata, nie daje gotowych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie — często zostawia czytelnika w kompletnej niepewności. Czy ten człowiek naprawdę jest Jezusem? Czy Orla po prostu rozpaczliwie potrzebuje w coś uwierzyć? A może to wszystko nie ma znaczenia? I właśnie to jest najlepsze. Ta historia działa bardziej emocjonalnie niż logicznie. Nie chodzi o rozwiązanie zagadki, tylko o to uczucie pustki i zagubienia, które ciągnie się za bohaterką przez całą książkę.

Orla sama w sobie też jest świetnie napisana. Nie jest „sympatyczna” w typowo książkowy sposób. Potrafi być złośliwa, zamknięta, egoistyczna, czasem wręcz odpychająca. Ale dokładnie tak wygląda prawdziwy ból. Ludzie po stracie nie stają się poetami patrzącymi melancholijnie w deszcz. Częściej są po prostu zmęczeni, rozbici i źli na cały świat. I autor miał odwagę to pokazać bez upiększania.

Po skończeniu tej książki zostało mi bardzo dziwne uczucie. Nie smutek nawet, bardziej coś w rodzaju cichego zawieszenia. Jakby ktoś przez chwilę uchylił drzwi do czyjejś samotności i zaraz znowu je zamknął. Ewangelia według Orli nie daje wielkiego finału ani pięknego pocieszenia. Ale może właśnie dlatego działa tak mocno. Bo czasem człowiek nie potrzebuje odpowiedzi. Czasem wystarczy świadomość, że ktoś umiał nazwać ten chaos, który siedzi ludziom w głowie po stracie.

Avengers. Zmierzch Chip Zdarsky Daniel Acuña

 


Chip Zdarsky zrobił coś, czego po komiksach superbohaterskich zawsze trochę szukam, a rzadko dostaję naprawdę dobrze podane. Wziął całą tę błyszczącą, kolorową mitologię Avengersów i wrzucił ją w świat, który wygląda jak kac po długiej imprezie. Nie ma tu triumfalnych póz, wielkich przemówień o nadziei ani poczucia, że za chwilę ktoś uratuje dzień i jeszcze rzuci błyskotliwym żartem. Jest za to zmęczenie, rozczarowanie i ten dziwny smutek, kiedy patrzysz na bohaterów, którzy kiedyś byli symbolem czegoś większego, a teraz bardziej przypominają ludzi, którym świat po prostu uciekł między palcami.



Największa siła tego komiksu leży właśnie w atmosferze. Twórca świetnie buduje wizję przyszłości, która nie jest efektowną apokalipsą pełną wybuchów, tylko czymś znacznie bardziej niepokojącym. To świat, który niby nadal działa, ludzie chodzą, żyją, system istnieje, ale wszystko jest lekko przegniłe. Jakby ktoś zgasił światło i nikt nie miał ochoty go z powrotem zapalić. Ten klimat naprawdę robi robotę, bo zamiast kolejnej historii o ratowaniu wszechświata dostajemy opowieść o tym, co zostaje, kiedy bohaterowie przegrywają nie tylko bitwę, ale też ideę, którą mieli reprezentować.

Steve Rogers jest tutaj absolutnym sercem tej historii. Nie jako niezniszczalna legenda w idealnie wyprasowanym kostiumie, tylko człowiek, który musi skonfrontować się z rzeczywistością, gdzie jego wartości brzmią niemal staroświecko. I właśnie dlatego działa to tak dobrze. Kapitan Ameryka w rękach gorszego scenarzysty bardzo łatwo zamienia się w pomnik albo mem, a tutaj jest po prostu boleśnie ludzki. Uparty, trochę naiwny, ale przez to autentyczny.


Podoba mi się też, że ten komiks nie sili się na przesadną filozofię. Jasne, są tu pytania o władzę, odpowiedzialność, społeczeństwo i cenę bezpieczeństwa, ale wszystko jest podane naturalnie, bez wrażenia, że ktoś wali cię po głowie manifestem politycznym. Historia płynie i sama daje przestrzeń do tych przemyśleń. Graficznie też jest bardzo dobrze. Kadry są ciężkie, momentami wręcz duszne, co idealnie współgra z całością. Nie ma tu przesadnego przepychu, który odwraca uwagę od historii. Wszystko służy klimatowi schyłku, zmęczenia i powolnego rozpadania się legendy.

"Avengers. Zmierzch" to komiks dla ludzi, którzy lubią superbohaterów, ale czasem mają już serdecznie dość klasycznego marvelowego hałasu. Mniej tu fajerwerków, więcej melancholii i refleksji nad tym, co dzieje się z ideałami, kiedy świat przestaje ich potrzebować albo tylko udaje, że przestał. Bardzo dobra rzecz. Trochę gorzka, trochę przygnębiająca, ale właśnie dzięki temu zostaje w głowie dłużej niż kolejna historia, w której pół miasta wybucha po raz czterdziesty trzeci.


Władza absolutna. Tom 2 - Ruch oporu Mark Waid Dan Mora



Nie da się nie porównać „Władzy absolutnej” do „Siły wyższej”: może nieco zapomnianego, nieszczególnie popularnego, ale wydanego także po polsku komiksu, w którym superbohaterowie tracą moce i muszą poradzić sobie w nowej nieoczekiwanej dla nich rzeczywistości. Tam czynnikiem całego zajścia, spiritus movens wydarzeń, było coś niewiadomego pochodzenia, tutaj mamy konkretne działanie wrogów, którzy chcą wyeliminować herosów. No a ten temat wyeliminowania herosów z przestrzeni publicznej i pozostawieniach jedynie ekip podporządkowanych rządowi to też stały motyw komiksów superbohaterskich, przynajmniej tych po 86 roku. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo scenarzysta tego komiksu to człowiek, który potrafi ze zgranych motywów zrobić coś fajnego, coś lekkiego, sympatycznego, nieskomplikowanego, a zarazem dramatycznego. Coś, co bawi. I dokładnie to robi ten komiks.


Jedna z podstawowych różnic pomiędzy „Siłą wyższą” a „Władzą absolutną” jest taka, że tamten komiks był jednorazowym krótkim albumem, zamkniętą historią, która nie miała wpływu na samo uniwersum DC, bo przedstawiało alternatywną wersję wydarzeń, dziejącą się gdzieś tam. Tu nie dość, że mamy wydarzenia kanoniczne, które wpłyną na owo uniwersum i będą jego częścią pewnie przez długi czas, to jeszcze całość ma epicki rozmach. Rozpisana na trzy o wiele grubsze niż tamto dzieło tomy, oferuje o wiele więcej wydarzeń, więcej postaci, bardziej rozbudowaną akcją i treść oraz różne podejścia. Mamy tu w końcu różnych scenarzystów, różne serie, różnych rysowników i różne podejście do materii opowieści, a każda z nich coś wnosi, każda z nich wygląda nieco inaczej, a jednocześnie składają się w jedną fajną całość. Fajną, bo naprawdę dzieje się tu dużo, czyta się to z przyjemnością i po prostu zabawa jest dobra jak na superbohaterską rozrywkę środka przystało, niczym fajny kinowe hity, wypełnione po brzegi efektami specjalnymi i gwiazdorską obsadą.


Graficznie jest to różnorodne. Jedni artyści są lepsi, inni nieco słabsi, każdy jednak znajdzie tu coś dla siebie. Nie ma bowiem kiepskich rysunków. Całość jest widowiskowa, świetnie dopełniona złożonym kolorem, pełna efektów komputerowych i po prostu rozmachu. Są realistyczne, pełne detali ilustracje, są te prostsze i lżejsze, a wszystko ta składa się na różnorodną ale kompatybilną, tak samo jak w warstwie scenariuszowej, historią, którą fani uniwersum poznać powinni. Czy będzie to przełom na miarę największych „Kryzysów”, jakie serwowało nam DC? Nie wiem. Czy reperkusje tej opowieści na długie lata będą pobrzmiewać w seriach? Nie mam pojęcia. Wiem jednak, że bawiłem się dobrze i chętnie poczytałbym jeszcze więcej. No i poczytam, bo przed nami jeszcze trzeci, ostatni tom, który, jak wierzą fajnie to wszystko dopełni i zamknie.



Przeznaczenie X. Grzechy Sinistera Al Ewing Kieron Gillen Andrea Di Vito i inni

 



To jest ten moment, kiedy ktoś bierze cały mutantowy kocioł z Sinisterem na czele, dokręca śrubę do oporu i mówi sprawdzam. I nagle okazuje się, że zamiast kolejnego sprytnego planu złoczyńcy dostajemy wizję świata, w której jeden facet z obsesją na punkcie genów i własnej wielkości robi z rzeczywistością dokładnie to, co chce. Kieron Gillen z ekipą idzie tu w pełną przesadę, ale kontrolowaną, i to jest najlepsze. To nie jest chaos dla samego chaosu, tylko bardzo świadomie rozpisana katastrofa, która momentami ociera się o groteskę, a chwilę później robi się zaskakująco ponura.



Treściowo to jazda bez trzymanki. Punkt wyjścia jest prosty, aż do bólu komiksowy, bo Sinister manipuluje systemem Krakoa i w końcu przejmuje kontrolę w sposób, który wydaje się jednocześnie absurdalny i niepokojąco logiczny. Potem historia przeskakuje w przyszłość i zaczyna się pokaz konsekwencji. Świat pod jego panowaniem to nie tylko dystopia, ale wręcz karykatura idei mutantów jako następnego etapu ewolucji. Każda kolejna dekada dokłada nową warstwę zepsucia, a bohaterowie, których znamy, zaczynają przypominać krzywe odbicia samych siebie. Jest tu i czarny humor, i całkiem szczere pytanie o to, czy system, który miał być utopią, od początku nie był proszeniem się o katastrofę.




Najlepsze w tym wszystkim jest to, jak twórcy bawią się tonem. Z jednej strony mamy niemal campową energię Mistera, jego teatralność, ego rozlane na pół galaktyki, a z drugiej strony konsekwencje jego działań są momentami naprawdę ciężkie. Ten kontrast działa zaskakująco dobrze, bo zamiast się gryźć, oba elementy się napędzają. Śmiejesz się z absurdu, a chwilę później orientujesz się, że ten absurd właśnie połknął cały świat. Bohaterowie drugiego planu też dostają swoje momenty, chociaż to zdecydowanie historia zdominowana przez jedną osobowość. I to może być dla niektórych minus, bo jeśli nie kupujesz opowieści w tej wersji, to całość może ci się wydać zbyt przegięta. Ale jeśli kupujesz, to wchodzisz w to po uszy.




Od strony wizualnej to dokładnie to, czego taka historia potrzebuje. Jest dziwnie, momentami wręcz niepokojąco, kolory potrafią być agresywne, projekty postaci odjeżdżają w stronę czegoś między operą kosmiczną a koszmarem sennym. Wszystko podkręca wrażenie, że oglądasz świat, który dawno przestał być normalny. „Grzechy Sinistera” to komiks, który nie udaje, że jest subtelny. On chce być przesadzony, momentami wręcz bezczelny, i dokładnie dzięki temu działa. To opowieść o ego bez hamulców, o systemie, który można złamać od środka, i o tym, jak cienka jest granica między utopią a totalną katastrofą. Dla mnie bardzo satysfakcjonujące, trochę chore w najlepszym sensie i zdecydowanie zostające w głowie na dłużej.

środa, 6 maja 2026

DC kontra Wampiry James Tynion IV Matthew Rosenberg Otto Schmidt

 


DC kontra wampiry” to jest dokładnie ten moment, kiedy ktoś w redakcji najwyraźniej powiedział: „A gdyby tak wziąć całe to nasze poważne uniwersum, pełne bogów, herosów i dramatów… i wrzucić w to wampiry?”. I zamiast wyjść z tego coś, co się rozpadnie po trzech zeszytach, dostajemy historię, która bawi się konwencją jak kot laserkiem – czasem trochę za bardzo, ale jednak trudno oderwać wzrok.

Na początku jest nawet niewinnie. Ot, dziwne rzeczy zaczynają się dziać, bohaterowie zachowują się podejrzanie, atmosfera robi się gęstsza niż barszcz na święta. I nagle orientujesz się, że to nie jest kolejna historia o tym, jak Batman coś przewidział pięć ruchów do przodu (chociaż spokojnie, Batman dalej jest Batmanem, nie oszukujmy się). Tu stawka jest zupełnie inna, bo zagrożenie nie polega na wielkim wybuchu czy kosmicznym złoczyńcy, tylko na tym, że ktoś obok ciebie… może już nie być do końca sobą. I to działa zaskakująco dobrze.



Największa frajda z tego komiksu to obserwowanie, jak znane postacie są wywracane do góry nogami. Sojusze się sypią, zaufanie znika szybciej niż dobra wola w internecie, a decyzje, które normalnie byłyby oczywiste, tutaj nagle zaczynają ciążyć. I jest w tym coś przewrotnie przyjemnego – takie „a co jeśli”, ale bez hamulców. Czasem aż za bardzo, bo momentami miałem wrażenie, że scenarzyści losują ofiary z kapelusza, żeby tylko podkręcić napięcie. Ale z drugiej strony… chyba właśnie o to chodziło. To nie miało być bezpieczne.

Humor też się pojawia, choć to raczej ten typ, który wyskakuje znienacka, trochę czarny, trochę złośliwy. Nie jest to komiks, który próbuje być śmieszny na siłę, ale co jakiś czas rzuci czymś, co wywołuje taki półuśmiech w stylu „no dobra, tego się nie spodziewałem”. I dobrze, bo przy całym tym mroku i paranoi przyda się chwila oddechu.




Graficznie jest solidnie, momentami bardzo klimatycznie. Cienie, kontrasty, te wszystkie nocne sceny – czuć, że ktoś wiedział, co robi z tym motywem. Wampiry nie są tu błyszczącymi romantykami, tylko raczej czymś, co faktycznie nie chciałbyś spotkać w ciemnej uliczce. I za to duży plus.

Czy wszystko działa idealnie? No nie. Bywają momenty, gdzie tempo siada albo fabuła robi skrót myślowy większy niż powinno się wybaczyć. Czasem też miałem wrażenie, że niektóre postacie dostają mniej uwagi, niż by zasługiwały, bo historia pędzi dalej, jakby ktoś ją poganiał kijem. Ale mimo tego trudno się od niej oderwać, bo cały czas chcesz wiedzieć, kto jeszcze okaże się… no, kim się okaże.




Podsumowując – „DC kontra wampiry” to nie jest komiks, który bierze jeńców. Trochę szalony, momentami brutalny dla bohaterów (i dla czytelnika też), ale jednocześnie cholernie wciągający. Taka historia, przy której myślisz: „to nie powinno działać”… a potem łapiesz się na tym, że przewracasz kolejną stronę i już cię to wciągnęło na dobre. I chyba właśnie za to lubię takie rzeczy najbardziej.

Pierwszy rycerz. Bat-Man Perkins Mike Jurgens Dan

 




Batman powstał pod koniec lat 30 jako bohater opowieści detektywistycznych: superbohaterska odpowiedź na Sherlocka Holmesa, łącząca w sobie kilka postaci, estetyk itp. Z tym, że w tych latach 30 estetyka i realia owych czasów były po prostu realiami, które znali czytelnicy z dnia codziennego. Upiększonymi na potrzeby komiksu, ujętymi w bardziej łagodny sposób, ale jednak realiami i nie było potrzeby ich eksponowania czy szczególnego wykorzystywania, bo nie stanowiły dodatkowego atutu. Teraz jednak mamy inne czasy i ten retroklimat to spory plus, a Dan Jurgens, legendarny scenarzysta, który dał nam między innymi „Śmierć Supermana”, wziął na warsztat nie tylko początki kariery Batmana, ale też te realia czasu, w których przyszło mu karierę zaczynać. W efekcie dostajemy bardzo ciekawy kryminał noire z odrobiną superbohaterszczyzny, który znakomicie wykorzystuje zarówno samą postać, czasy, historię i to czego oczekujemy najbardziej czyli dobrą zagadkę, niosącą całość.




Tyle było już komiksów o początkach Batmana i nie ma chyba sensu wymieniać ich wszystkich. Mieliśmy sporo po polsku, jeszcze więcej w naszym kraju się zapewne nie ukazało, rzecz w tym, że różni twórcy przez wiele długich lat dokładali swoje trzy grosze, próbując nam pokazać jak wyglądały te wczesne lata działalności herosa. Czasem przenoszono go do innych realiów, osadzano akcją na przykład w wiktoriańskich klimatach czy skupiano się na tym, by dopowiedzieć, jak na początku wyglądały pewne aspekty jego działalności. Tutaj Jurgens idzie w zupełnie innym kierunku: on wykorzystuje nie tylko początki działalności Batmana ,ale też realia w jakich te się zaczynały/ Mając jednak dystans do tamtych czasów i szerszą perspektywę, temat zgłębia z różnych stron. Jego opowieść jest brudna bliska ulicy, ciemnym brudnym, szemranym zaułkom i ludziom. Tu nie ma upiększania. Gotham końca lat 30 to miejsce niebezpieczne, brudne, pełne przestępstw, ale też i paniki. Co prawda wojna w Europie nawet jeszcze się nie zaczęła, ale naziści już teraz wywołują strach także w Ameryce. Na tle tego wszystkiego dzieje się zaś seria morderstw polityków dokonywana… właśnie przez kogo? dlaczego? Tego musi się dowiedzieć zarówno Gordon jak i Batman. No i czytelnicy.




I cała akcja komiksu to właśnie taka detektywistyczna opowieść, wypełniona jednak ciągłymi tej akcji zwrotami, szybkim tempem i solidną dawką wydarzeń. Bywa krwawo, bywa brutalnie, twórcy nie unikają ukazywania nam detali chociażby odciętych głów ofiar, a całość choć ma wymiar rozrywkowy jednocześnie stara się pozostać jak najbardziej wierna historycznie i realistyczna, a co za tym idzie jest też w pewnym sensie ciężka i mroczna, depresyjna, można rzec. Świetnie narysowana pozostaje opowieścią w której cienie czerń i cała mnóstwo detali budują niesamowity klimat. Klimat tamtych czasów, klimat opowieści noir, klimat dobrych kryminalnych historii o Batmanie, który porusza się w mroku, który straszy, który ma w sobie coś z horroru, coś z miejskiej legendy (to ostatnie jest zresztą bardzo wyraźnie podkreślone), ale przede wszystkim pozostaje detektywem.




Świetnie wszystko to podkreślają nam rysunki. Mroczne, realistyczne, pełne detali, cieni, czerni i znakomitego uchwycenia realiów historycznych, jak i po prostu gatunkowych. Pięknie to wygląda, jest mocne, trafiające do czytelnika i robiące wrażenie. Tak samo zresztą jak wydanie w twardej oprawie, w powiększonym formacie, który pozwala nam się cieszyć tą historią i przepięknie wygląda na półce. Dużo było po polsku komiksów o Batmanie, dużo ich mamy w ostatnich latach: klasyki w grubych tomach, współczesnych serii kontynuowanych przez kolejnych artystów, pojedynczych albumów, mniej lub bardziej kultowych, a jednak historii takiej jak „Pierwszy rycerz” - tak dobrej tak świetnie poprowadzonej i mającej na siebie własny pomysł  - od lat nie było.


sobota, 2 maja 2026

Opowieści o pilocie Pirxie Stanisław Lem

 




Są takie książki, do których się wraca nie dlatego, że się zapomniało fabułę, tylko dlatego, że chce się jeszcze raz poczuć ten specyficzny rodzaj niepokoju, który zostaje gdzieś pod skórą. Dla mnie Opowieści o pilocie Pirxie to właśnie taki przypadek. Niby zbiór opowiadań o kosmicznym pilocie, niby trochę przygoda, trochę science fiction w klasycznym wydaniu, a jednak po kilku stronach człowiek orientuje się, że to nie jest żadna lekka wycieczka w gwiazdy, tylko raczej bardzo przyziemna – i momentami niewygodna – podróż w głąb ludzkiej natury.

Pirx nie jest żadnym bohaterem z plakatu. To chyba najbardziej „ludzki” astronauta, jakiego można sobie wyobrazić: popełnia błędy, waha się, czasem czegoś nie rozumie, czasem podejmuje decyzje bardziej intuicyjnie niż rozsądnie. I właśnie przez to działa. Lem nie robi z niego herosa, tylko faceta, który znalazł się w sytuacjach przerastających podręczniki i procedury. A w kosmosie, jak się okazuje, największym problemem wcale nie jest próżnia czy awaria sprzętu, tylko to, co siedzi w głowie człowieka.

Najbardziej uderza mnie w tych opowiadaniach to, jak bardzo są „ciche”. Nie ma tu fajerwerków, wielkich bitew, efektownych katastrof co kilka stron. Zamiast tego jest napięcie budowane powoli, trochę jakby ktoś dokręcał śrubę, ale bez hałasu. Lem – czyli Stanisław Lem – ma niesamowitą zdolność sprawiania, że zaczynasz się zastanawiać nad rzeczami, które teoretycznie są oczywiste. Czym jest decyzja? Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna maszyna? I czy naprawdę jesteśmy tacy racjonalni, jak lubimy o sobie myśleć? Jest w tym też coś przewrotnie ironicznego. Pirx często wychodzi z opresji nie dlatego, że jest najlepszy, tylko dlatego, że… jest niedoskonały. W świecie, gdzie maszyny dążą do perfekcji, jego ludzkie „usterki” okazują się zaletą. To jest jeden z tych pomysłów Lema, które brzmią prosto, ale im dłużej o nich myślisz, tym bardziej zaczynają uwierać.

Czyta się to z przyjemnością, ale to nie jest przyjemność lekka i bez zobowiązań. Raczej taka, po której odkładasz książkę i przez chwilę patrzysz w ścianę, bo coś ci się w głowie jeszcze układa. I to chyba największa siła tej książki – ona nie kończy się razem z ostatnim zdaniem. Jeśli lubisz Lema, to wiadomo – tu nie ma zaskoczenia, to po prostu kolejny dowód, że potrafił pisać rzeczy jednocześnie przystępne i cholernie mądre. A jeśli ktoś jeszcze Pirxa nie zna, to trochę zazdroszczę, bo to jedna z tych przygód, które najlepiej przeżyć pierwszy raz bez żadnych oczekiwań.

Głos Pana Stanisław Lem

 



Historia projektu badawczego, który z pozoru ma konkretne podstawy i opiera się na twardych zasadach naukowych, nabiera  wysoce filozoficznego wymiaru, im dalej zagłębiamy się w opowieść. W miarę rozwoju projektu to, w jaki sposób członkowie zespołu badawczego i populacja wykorzystują dane badawcze, staje się ważniejsze niż sam sygnał. Istotne jest również to, przez co jednostki przechodzą, próbując zrozumieć sygnał. Lem przedstawia świetny obraz tego, jak bardzo jesteśmy zamknięci w naszym własnym schemacie. Nawet jeśli ktoś (lub coś) do nas "mówi", będziemy w stanie usłyszeć tylko to, co jesteśmy w stanie pomyśleć.

I myślenie o tym nie sprawia, że czujesz się dobrze. W rzeczywistości zdajesz sobie teraz sprawę, że cały rozwój, badania, postęp i nowa technologia polegają jedynie na tworzeniu jeszcze bardziej wyrafinowanych narzędzi do wyrażania tego, co już rozumiemy w naszym języku, w przeciwieństwie do prawdziwego zrozumienia samej koncepcji. Był czas, kiedy wierzyłem nawet, że sygnał nie był tak naprawdę żadną przyczyną. Było to w zasadzie lustro odbijające zdolność ludzkości do tworzenia znaczenia dla każdej koncepcji, niezależnie od tego, czy istniało znaczenie, czy nie (lub jeśli istniało, ludzkość nie była w stanie go osiągnąć).

Fascynujące w Lemie jest to, że nigdy nie przynosi nam ulgi. W żadnym momencie nie nastąpi "moment aha", w którym w pełni zrozumiemy coś, czego się o nim dowiedzieliśmy. W rzeczywistości rośnie świadomość, że taki "moment aha" jest mało prawdopodobny. Niekoniecznie wynika to z ograniczeń technologii lub danych, ale raczej z ograniczeń naszych mózgów. Jest to niepokojące, ponieważ większość historii rozwiązuje zagadkę na końcu. W tej historii pozostajemy z czystym opisem tego, jak zawiodła nas percepcja.

Pisanie tutaj robi to, co powinno, ale nie jest to łatwa lektura. To nie jest książka do przełknięcia. Zamiast tego należy ją przeżuć; a czasami, gdy coś przeżuwasz, stajesz się trochę sfrustrowany. Jest wiele dyskusji, dygresji, naukowych rzeczy, ale to działa, aby stworzyć rodzaj świata, w którym znajdują się wszystkie te postacie; intelektualne zamieszanie książki. Czytelnik może poczuć zmęczenie bohaterów, ich wątpliwości, ich wątpliwości, czy to, co odkrywają, jest nowym odkryciem, czy tylko poruszaniem się po starym gruncie

Moim zdaniem ta książka pozostaje w pamięci, w przeciwieństwie do jej narracji czy fabuły. Szczerze mówiąc, nie nazwałbym fabuły pierwszorzędną. Ważne jest to, co się po niej czuje - jest to coś niemal kojącego, ale też lekko denerwującego, w tym sensie, że uświadamiamy sobie, że we wszechświecie mogą istnieć rzeczy, których mimo naszych starań nigdy nie pojmiemy. I nie jest to w żaden sposób związane z czasem. Wielu osobom nie przypadnie do gustu, ponieważ uważam, że negatywnie wpłynie na tych, którzy będą oczekiwać, że znajdą w niej gdzieś "akcję", "ekscytację" lub "kontakt". Dla tych czytelników, którzy uwielbiają książki, które wstrząsają ich próbami ponownej oceny własnych możliwości, Głos Pana robi rzeczy, które sprawiają, że chcesz ponownie przemyśleć oszacowanie swoich maksymalnych możliwości.


środa, 29 kwietnia 2026

Kantyczka dla Leibowitza Walter M. Miller Jr

 



„Kantyczka dla Leibowitza” to taka książka, która najpierw wydaje się spokojna, wręcz surowa, a potem nagle orientujesz się, że coś w tobie przestawiła. Nie robi tego krzykiem ani tanimi sztuczkami. Raczej powoli, cierpliwie, jakby z dystansem. I to chyba jej największa siła.

Na pierwszy rzut oka to historia o zakonnikach, którzy żyją gdzieś na pustkowiu i zajmują się kopiowaniem starych tekstów. Niby nic wielkiego. Ale im dalej w to wchodzisz, tym bardziej czujesz, że to nie jest tylko opowieść o przeszłości po katastrofie, tylko o tym, jak uparcie człowiek próbuje ocalić sens, nawet kiedy wszystko wokół mówi, że to bez sensu. Ten świat po upadku cywilizacji nie jest efekciarski. Nie ma tu fajerwerków ani widowiskowych ruin. Jest kurz, monotonia, rytuał i dziwna, cicha nadzieja.

Najbardziej uderzyło mnie to, jak książka traktuje wiedzę. Nie jako coś oczywistego i dostępnego, tylko jako coś kruchego, co można bardzo łatwo stracić. I wtedy zaczyna się robić niewygodnie, bo nagle pojawia się myśl, że to wcale nie jest tak odległe od naszej rzeczywistości, jak by się chciało. Te wszystkie fragmenty o przepisywaniu, o niezrozumiałych schematach, o czczeniu czegoś, czego już nikt do końca nie rozumie — to trochę jak patrzenie na świat, w którym forma przetrwała, ale sens się gdzieś rozmył.

Jest w tej książce też coś dziwnie ironicznego. Autor potrafi pokazać tragedię w sposób, który momentami aż ociera się o absurd. Nie taki śmieszny, tylko raczej gorzki. Jakby mówił: zobacz, do czego dochodzimy jako gatunek, i zobacz, jak niewiele się uczymy. Historia zatacza koło, ludzie popełniają te same błędy, tylko w innych dekoracjach. I to boli, bo brzmi znajomo.

Podobało mi się też, że to nie jest książka, która się spieszy. Ona daje czas na myślenie. Czasem aż za bardzo, bo bywają momenty cięższe, bardziej statyczne, gdzie można się lekko odbić. Ale jeśli się przez to przejdzie, to dostaje się coś więcej niż zwykłą fabułę. Dostaje się klimat, refleksję i taki cichy niepokój, który zostaje po zamknięciu książki.

No i ten podział na części — każda z nich trochę inna, trochę o czym innym, a jednak wszystko się łączy. To daje poczucie, że patrzysz na coś większego niż jedna historia. Jakbyś oglądał cykl, a nie pojedynczy moment. I wtedy dopiero widać, o co tu naprawdę chodzi — o powtarzalność, o pamięć, o to, czy człowiek jest w stanie wyrwać się z własnych schematów.

To nie jest książka dla każdego, bo nie próbuje się przypodobać. Jest spokojna, momentami chłodna, chwilami wręcz niewygodna. Ale jeśli trafisz na nią w odpowiednim momencie, to potrafi wejść głęboko. Zostawia z pytaniami, na które nie ma prostych odpowiedzi. I chyba właśnie dlatego warto ją przeczytać.

środa, 22 kwietnia 2026

Wschód - Zachód. Opowieści z meekhańskiego pogranicza (nowe wydanie) Robert M. Wegner

 



Drugi tom „Mekhanskiego pogranicza” to rzecz równie doskonała, co tom pierwszy. Pierwsza cześć zachwyciła nas i przeciągnęła przez niegościnne, ale zachwycające obszary. Poznaliśmy dwie z czterech stron świata, a teraz pora na kolejne. A na tym, jak wspominałem przy okazji recenzji części poprzedniej, nie koniec (o tym jednak przy innej okazji). I dobrze, bo to świetna zachwycająca rzecz, którą czyta się z fascynacją i wciąż chce więcej i więcej. 


Drugi tom doskonale wykorzystuje to co wprowadził pierwszy: świetnie skonstruowany, różnorodny świat, którego poszczególne strony różnią się od siebie, ale jednocześnie pozostają spójne w ramach jednej wizji; bohaterów, którzy są znakomicie napisani i przedstawiani w sposób realistyczny i przekonujący; i wreszcie ogólnie całą wizję. która łączy w sobie to wszystko, dając ten posmak naprawdę dobry dojrzałej literatury. Literatury, która korzystając ze wzorców klasyki fantastyki i powieści przygodowej, gdzie mamy właśnie te przygody, niebezpieczeństwa, zagrożenia i niezwykłe krajobrazy do podziwiania, przenosi je na bardzo dojrzały grunt, którego zwyczajnie brakuje w podobnej literaturze znad Wisły. Są książki dla dorosłych podejmujące podobne tematy, jest dużo kultowych i dobitych dzieł, ale tak, jak swoje wykreował i przemyślał Wegner, nie ma sobie w tym kraju równych.


Sama wizja to jednak nie wszystko. Można mieć świetny pomysł, świetnie skonstruować swoją książkę – i to wszystko, oczywiście, tutaj mamy – ale może zawieźć wykonanie, pisanie, łączenie słów i przedstawienie całego świata. Alei na tym polu autor nie zawodzi. Ten facet nawet proste rzeczy przedstawia w sposób tak fascynujący, że trudno im się oprzeć, wszystko tu ze sobą współgra i wzajemnie dopełnia się z tym, co oferował poprzedni tom, wszystko też robi na czytelniku duże wrażenie i pozostawia nie zatarty ślad na długie lata. To taka fantastyka, której nie pochłania się jednym tchem: raczej smakuje, wędruje przez świat z bohaterami powoli, krok za krokiem, zachwyca się, smakuje, a po latach chce się wracać by docenić raz jeszcze, może nawet bardziej, to wszystko co już nas wcześniej zachwyciło


Do tego mamy tradycyjnie świetne wydanie, bo jednak Powergraph przyzwyczaił nas do dobrze wydawanych książek, które ładnie prezentują się na półce, tak od strony edytorskiej jak i po prostu technicznej. I chociaż na rynku nie brakuje fantastyki wszelkiej maści, różnych gatunków, podgatunków, typów, podtypów, Wegner swoje dzieło stworzył tak że deklasyfikuje większość tej konkurencji i chociaż nie zyskał takiej popularności, jak „Wiedźmin”, nie zdobył swoich filmów, seriali ani gier czy też komiksów, miejmy nadzieję, jedynie na razie i że się w końcu ich doczeka. Bo to seria, która zasługuje na szczególne miejsce w sercach polskiej fantastycznej braci i mam nadzieję. że całe to uniwersum wkrótce rozrośnie się do rozmiarów, na jakie zasługuje, przenosząc się na różne media, a póki co cieszmy się książkami: wyśmienite są. I łapmy za kolejne.

Północ - Południe. Opowieści z meekhańskiego pogranicza (nowe wydanie) Robert M. Wegner




„Mekhańskie pogranicze” to jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy rodzimy cykl fantasy. Tu nawet dyskutować nie ma o czym. Wegner stworzył dojrzałą, poważną, odpowiednio ciężką i cholernie nastrojową lekturę, w której coś dla siebie znajdą i miłośnicy fantastyki, i historycznych powieści, i po prostu dobrej, świetnie pisanej literatury. W skrócie: fantastyka światowej klasy, ale z własnego podwórka.


Wegner i jego „Mekhańskie pogranicze” może i nie zdobyło sławy, jak „Wiedźmin” czy jemu podobne dzieła, ale wcale nie musi mieć z tego powodu kompleksów. Zresztą dla mnie osobiście – chociaż to dwa zupełnie inne światy i dwie odmiany fantasy od siebie się różniące – dzieło Wegnera bije pod względem jakości „Wieśka”. Tam mieliśmy proste historyjki, do przeczytania i tyle w temacie. Tu mamy prawdziwą magię fantastyki.


Więc tak, co jest dobrego w tej serii? Na początek świat. Dobrze skrojony, przekonujący, realistyczny. Świat przemyślany i może i oparty na naszym, może widać tu pewne znajome elementy, ale jednocześnie to świat fantastyczny. To, co realne i znajome, przekonuje nas do uwierzenia w niego, cała reszta daje naszej wyobraźni i tej części nas samych, która marzy o przygodach, dramatach i ciężkich próbach, ale przeżywanych w bezpiecznym, ciepłym miejscu, frajdy i niezapomnianych wrażeń.


Poza tym bohaterowie. U Wegnera to ludzie twardzi silnie doświadczeni przez los i wpasowani w swój nieprzyjazny świat, ale świetnie skrojeni, ukazani i poprowadzeni. Ich przygody też nie należą do łagodnych. Tu dzieje się dużo mrocznej krwawo bezlitośnie. Świat i życie nie oszczędzają postaci, a autor umiejętnie to wszystko wykorzystuje tak, że nie ma w tekstach ani przesady, ani niedomówień.  Wszystko jest realne przekonujące i ma w sobie zarówno brud, jak i pewną magię.


No i jeszcze samo wykonanie. Od strony pisarskiej Wegner operuje stylem złożonym, unikającym prostych zdań i prostych rozwiązań. To pisarstwo treściwe, krwiste i naprawdę znakomite. Czuć jest tutaj rękę człowieka, który pisać potrafi. Czuć też, że wie, co chce nam opowiedzieć i w jaki to zrobić sposób, dlatego jednocześnie słowami buduje znakomity klimat i tworzy fabuły, które satysfakcjonują na każdym kroku, pozostawiając też poczucie niedosytu i chęci by sięgnąć po więcej. A przecież to dopiero dwie strony świata, a tych jest przecież więcej i na nich zresztą autor nie kończy. Będzie jeszcze zatem co czytać. 

czwartek, 2 kwietnia 2026

Superman Action Comics: Supergwiazdy różni autorzy

 



Superman Action Comics: Supergwiazdy” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pokochać bez żadnych zastrzeżeń. I chyba właśnie to najlepiej go opisuje. To nie jest jeden spójny run z jedną wizją i jednym rytmem, tylko zbiór historii od różnych twórców, którzy próbują pokazać Supermana z kilku stron naraz: jako ikonę, jako faceta z sercem, jako bohatera od wielkich kosmicznych akcji i jako człowieka, który wciąż najbardziej działa wtedy, kiedy schodzi bliżej ziemi. I trzeba przyznać, że sporo z tego naprawdę działa. Tylko że nie wszystko równie mocno.

Największa zaleta tego albumu jest taka, że on naprawdę czuje Supermana. Nie w sensie „o, znowu leci i kogoś ratuje”, tylko w sensie samego ducha postaci. Nawet kiedy historie idą w bardziej widowiskowe rejony, cały czas czuć, że to nie jest tylko kolejny muskularny kosmita do przerzucania asteroid. Ten tom całkiem dobrze przypomina, dlaczego Superman działa najlepiej nie wtedy, gdy jest „najsilniejszy”, ale wtedy, gdy jest najbardziej ludzki. I to mi siadło. Jest tu trochę ciepła, trochę serca, trochę klasycznej superbohaterskiej przygodowości, ale bez przesadnego lukru.




Bardzo podoba mi się też sam pomysł na formułę. Zamiast jednej długiej historii dostajemy kilka różnych podejść do tej postaci, więc nie ma nudy. Raz jest bardziej kosmicznie, raz bardziej kameralnie, raz bardziej komiksowy blockbuster, a raz coś bliższego codzienności Clarka i Lois. Dzięki temu album czyta się bardzo płynnie, bo co jakiś czas zmienia się ton, energia i punkt ciężkości. To jest ten rodzaj antologii, który daje poczucie różnorodności, a nie rozstrzelenia. Przynajmniej przez większą część lektury.

To jest tom nierówny. Nie dramatycznie, nie tak, że połowa do kosza, ale jednak wyraźnie. Są historie, które wchodzą bardzo dobrze i zostawiają po sobie fajne wrażenie, a są też takie, które czyta się z przyjemnością, ale bez większego efektu „wow”. I to chyba największy problem „Supergwiazd”: ten album jako całość jest naprawdę dobry, ale poszczególne fragmenty nie zawsze trzymają ten sam poziom. Czasem masz poczucie, że czytasz świetnie złapany ton Supermana, a chwilę później coś, co jest po prostu solidne, poprawne i tyle.




Najmocniej działa na mnie to, kiedy ten tom zwalnia i pozwala Clarkowi po prostu być Clarkiem. Nie tylko symbolem, nie tylko potęgą, ale facetem, który myśli, czuje, reaguje, ma relacje i nie musi udowadniać swojej wielkości samym rozmachem akcji. Te bardziej „przyziemne” albo emocjonalnie lżejsze momenty paradoksalnie robią tu większe wrażenie niż część większych, efektowniejszych numerów. I to jest dla mnie bardzo supermenowe. Bo jasne, można dać mu kolejne zagrożenie z kosmosu, ale tak naprawdę ta postać broni się najmocniej wtedy, kiedy pod tą całą potęgą nadal widać zwyczajną przyzwoitość.

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to tutaj znowu — jest bardzo dobrze, ale też nierówno, co akurat przy takim składzie twórców było do przewidzenia. Z jednej strony dostajesz kilka bardzo różnych interpretacji Supermana, co samo w sobie jest fajne. Każdy rysownik podchodzi do tej postaci trochę inaczej. Jedni idą bardziej w klasyczny, czysty superhero look, inni w większą dynamikę i efektowność, jeszcze inni mocniej podkreślają emocje i relacje. Dzięki temu ten tom wizualnie się nie nudzi. Co kilka rozdziałów dostajesz inną energię, inny sposób kadrowania, inny rytm plansz. I to naprawdę działa, bo Superman jako postać dobrze znosi takie zmiany — potrafi wyglądać świetnie zarówno w bardziej „pomnikowym” wydaniu, jak i w lżejszym, bardziej ludzkim.

John Timms bardzo mi tu siadł, bo jego kreska ma w sobie coś, co dobrze pasuje do nowoczesnego Supermana: jest dynamiczna, czytelna, efektowna, ale bez przesadnego przeładowania. Jego plansze mają odpowiednią energię, postacie wyglądają mocno, a akcja ma tempo. To nie jest rysowanie, które chce być bardziej skomplikowane, niż trzeba — raczej takie, które dobrze niesie historię i daje dużo czystej frajdy z oglądania. Superman w jego wykonaniu wygląda dokładnie tak, jak powinien: potężnie, ale nie jak odklejony bóg; bardziej jak ktoś, kto faktycznie może uratować świat, a potem wrócić pogadać z Lois przy kawie.




Eddy Barrows z kolei daje trochę cięższy, bardziej klasycznie superbohaterski klimat. U niego bardzo dobrze wypada skala i fizyczność scen. Kiedy dzieje się coś dużego, to naprawdę to czuć. Postacie mają wagę, kadry mają rozmach, a całość wygląda jak porządny blockbuster DC. To jest ten rodzaj rysunku, który dobrze sprzedaje wielką akcję i wysoką stawkę. Może nie zawsze jest to najbardziej subtelna kreska świata, ale do Supermana w trybie „duże rzeczy się sypią” pasuje naprawdę dobrze.

Bardzo przyjemnie wypada też Cian Tormey, zwłaszcza w bardziej relacyjnych fragmentach. I właśnie tutaj ten album pokazuje, że nie potrzebuje cały czas petard i eksplozji, żeby wyglądać dobrze. Czasem wystarczy dobra mimika, naturalna chemia między postaciami i kadry, które umieją sprzedać zwykłą rozmowę albo drobne napięcie emocjonalne. To może nie brzmi widowiskowo, ale właśnie takie rzeczy sprawiają, że ten tom ma serce, a nie jest tylko paradą efektownych póz.

Natomiast moje większe ale wobec rysunków jest takie, że przez tę różnorodność album momentami traci wizualną spójność. Jasne, to antologia, więc to normalne. Ale niektóre przejścia między historiami są na tyle wyraźne, że zamiast odczuwać przyjemną zmianę tonu, człowiek ma przez chwilę wrażenie, jakby przeskakiwał między kilkoma różnymi seriami wrzuconymi do jednego tomu. I to nie zawsze działa na korzyść całości. Są fragmenty, które wizualnie robią większe wrażenie, są takie, które są po prostu solidne, i przez to po skończeniu nie zapamiętuję tego albumu jako jednego mocnego, spójnego doświadczenia graficznego, tylko raczej jako zbiór kilku naprawdę fajnych momentów i paru po prostu dobrych.

Druga rzecz: nie każda historia dostaje tyle miejsca, ile bym chciał. I to odbija się też na rysunkach. Czasem widać, że artysta ledwo zaczyna budować klimat albo fajnie rozkręca swój fragment, a już trzeba przejść dalej. Przez to niektóre rozdziały zostawiają lekki niedosyt — nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że chciałoby się w nich pobyć dłużej. To trochę problem formuły: daje różnorodność, ale odbiera szansę na pełniejsze rozwinięcie najlepszych rzeczy.

Scenariuszowo mam podobnie. Podoba mi się, że twórcy nie próbują za wszelką cenę robić z Supermana „mroczniejszego niż zwykle”, bo to najczęściej kończy się średnio. Tutaj czuć szacunek do postaci i chęć pokazania jej z różnych stron, bez rozwalania fundamentów. To duży plus. Ale jednocześnie nie wszystkie historie zostają w głowie na dłużej. Niektóre są po prostu bardzo sprawne, dobrze napisane, sympatyczne, ale jednak po kilku dniach bardziej pamięta się nastrój tomu niż konkretne sceny. A to dla mnie znak, że album działa bardziej jako całościowe przypomnienie „dlaczego Superman jest fajny”, niż jako zbiór naprawdę wybitnych opowieści. I to nie jest zarzut zabójczy — bo taki tom też jest potrzebny. Tylko po tytule „Supergwiazdy” człowiek trochę podświadomie liczy na same petardy. A dostaje raczej bardzo solidny zestaw, w którym kilka rzeczy błyszczy mocniej, a kilka po prostu trzyma dobry poziom. Czyli super, ale nie wszystko. Mimo tych zastrzeżeń bawiłem się przy lekturze naprawdę dobrze. To jest album, który ma w sobie dużo uroku, sporo serca i bardzo przyjemne podejście do postaci. Nie próbuje udowadniać, że Superman musi być na siłę bardziej , żeby był ciekawy. I za to ogromny plus. To taki tom, który dobrze przypomina, że Clark Kent wciąż działa najlepiej wtedy, kiedy twórcy pamiętają, że pod peleryną siedzi nie tylko symbol, ale po prostu dobry człowiek.

Dobry album i naprawdę przyjemna lektura, ale dla mnie bardziej zbiór kilku mocnych historii i paru po prostu solidnych niż absolutny sztos od początku do końca. Największa siła to sam klimat Supermana i różnorodność podejść do postaci. Największa słabość — nierówny poziom i brak pełnej spójności, także wizualnej.

Batman. Mroczne więzienia Zdarsky Chip Jimenez Jorge

 



Batman. Mroczne więzienia” to dla mnie jeden z tych tomów, które najlepiej działają wtedy, kiedy wiesz już, że Batman Zdarsky’ego potrafi być momentami mocno przegięty, ale jednocześnie umie to sprzedać z takim rozmachem, że po prostu chce się czytać dalej. To nie jest klasyczna, „detektywistyczna” historia o Brucie, tylko raczej bardzo intensywny, chwilami wręcz szalony zjazd w głąb jego paranoi, lęków i obsesji. I właśnie dlatego ten album albo kupuje od razu, albo trochę odrzuca. Mnie kupił — może nie bez zastrzeżeń, ale zdecydowanie bardziej tak niż nie.

Największa siła tego tomu to klimat. Od pierwszych stron czuć, że Bruce nie jest tu w swojej zwykłej formie. To nie jest Batman, który spokojnie analizuje tropy i trzy ruchy do przodu rozpisuje plan awaryjny. To jest Batman wrzucony w sytuację, w której wszystko zaczyna się sypać — psychicznie, fizycznie i fabularnie. Zur-En-Arrh nie jest tu tylko ciekawostką dla fanów continuity, ale realnym zagrożeniem, które rozsadza tę historię od środka. I właśnie to mi siadło najbardziej: ten komiks ma w sobie poczucie narastającego chaosu, ale nie takiego bezsensownego. To chaos wynikający z tego, że Batman w pewnym sensie sam staje się swoim najgorszym więzieniem.

Sam scenariusz jest bardzo w stylu Zdarsky'ego — szybki, momentami mocno komiksowy, trochę przesadzony, ale z wyraźnym pomysłem. To nie jest tom, który próbuje być subtelnym dramatem psychologicznym. On raczej wali w czytelnika obrazami, napięciem i kolejnymi zwrotami, momentami niemal bez chwili oddechu. Jednym to może przeszkadzać, bo bywa tu naprawdę gęsto od wydarzeń, ale ja akurat lubię, kiedy Batman dostaje historię z odpowiednim ciężarem i poczuciem stawki. A tutaj stawka jest konkretna: nie tylko Gotham, nie tylko Damian, ale też sama tożsamość Bruce’a. To brzmi górnolotnie, ale w tym przypadku naprawdę czuć, że nie chodzi wyłącznie o kolejną naparzankę z kolejnym przeciwnikiem.


I właśnie — naparzanka jest, ale zaskakująco dobrze uzasadniona. Ten tom nie daje czytelnikowi zbyt wiele luzu. Sporo tu napięcia, sporo brutalniejszej energii, sporo momentów, w których Bruce bardziej walczy o przetrwanie niż o stylowe zwycięstwo. I to działa, bo całość ma dzięki temu taki lekko klaustrofobiczny, duszny charakter. Tytuł „Mroczne więzienia” naprawdę nie brzmi tu przypadkowo — to nie jest tylko miejsce czy fabularny chwyt, ale też stan psychiczny bohatera. Ale jeśli mam być szczery, to znowu — podobnie jak przy „Pozbawionych mocy” — największą robotę robią tu rysunki. Jorge Jiménez to dla mnie obecnie jeden z tych artystów, którzy potrafią narysować Batmana tak, że od razu czujesz, iż obcujesz z czymś dużym, nowoczesnym i cholernie efektownym. Jego Bruce jest dynamiczny, agresywny, niemal sprężynujący napięciem. To nie jest „cichy cień w zaułku” w starym stylu. To jest Batman, który wygląda jak żywa broń, a jednocześnie nie traci swojej charakterystycznej sylwetki i mroku.


Najbardziej podoba mi się u niego to, że on umie połączyć superbohaterski rozmach z bardzo dobrą czytelnością. W tym tomie dużo się dzieje. Są pościgi, konfrontacje, sceny bardziej psychodeliczne, momenty, w których rzeczywistość niemal pęka pod naporem tego, co siedzi w głowie Bruce’a. Przy gorszym rysowniku mogłoby się to zamienić w wizualny chaos. A tutaj nie. Kadry są żywe, dynamiczne, pełne ruchu, ale jednocześnie oko cały czas wie, gdzie patrzeć. To jest ogromna zaleta, bo dzięki temu nawet najbardziej odjechane fragmenty czyta się płynnie.

Bardzo dobrze wypada też praca światłem i cieniem. To może nie jest najbardziej „brudny” czy gotycki Batman, jakiego można sobie wyobrazić, ale wizualnie ten album świetnie balansuje między nowoczesną, ostrą estetyką a mrokiem, który powinien tej postaci towarzyszyć. Gotham nie zawsze musi tonąć w czerni, żeby wyglądało niepokojąco. Tutaj często niepokój buduje sam układ plansz, perspektywa, deformacja ruchu i napięcie w sylwetkach postaci. Ten twórca ma niesamowitą umiejętność rysowania scen tak, żeby czuć było pęd, ciężar i emocję, a nie tylko „ładny obrazek”.

Świetnie wypadają też twarze i emocje. I to jest coś, co bardzo lubię, bo w Batmanie łatwo przesadzić z „kamienną maską”. A tutaj naprawdę widać zmęczenie, wściekłość, determinację, narastającą frustrację. Bruce nie jest tu tylko figurą w pelerynie — momentami wręcz czuć, jak bardzo jest już na granicy. To dodaje tej historii sporo charakteru, bo dzięki temu psychiczny rozjazd bohatera nie istnieje tylko w dialogach, ale też w samym obrazie.

Do tego dochodzą kolory Tomeu Moreya, które świetnie podbijają całość. One robią dokładnie to, co powinny: nadają scenom głębi, wzmacniają napięcie i potrafią w jednej chwili przejść od klasycznego batmanowego mroku do niemal neonowego, niepokojącego szaleństwa. . Nie są tylko tłem dla kreski — one aktywnie budują klimat. Dzięki temu ten tom ma bardzo wyraźną tożsamość wizualną.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba do tego, że ten album chwilami jest aż za bardzo nakręcony. Zdarsky lubi podkręcać stawkę i czasem mam wrażenie, że nie każda scena potrzebuje aż takiego poziomu intensywności. Bywają momenty, gdzie człowiek myśli: dobra, trochę mniej turbo też by wystarczyło. Przez to nie wszystko wybrzmiewa równie mocno, bo kiedy niemal cały czas jedziesz na wysokich obrotach, to trudniej zbudować naprawdę potężny finał pojedynczej sceny. To nie psuje całości, ale czuć, że ten run lubi przesadę.

Druga rzecz jest taka, że to jednak mocny prolog pod większe wydarzenia. Da się to czytać i dobrze się bawić, ale wyraźnie widać, że ten tom nie zamyka się w sobie tak dobrze, jak najlepsze samodzielne historie z Batmanem. On ma rozpędzić machinę, ustawić Bruce’a w fatalnym położeniu i doprowadzić do tego, co potem eksploduje we „Władzy absolutnej”. Jeśli ktoś lubi takie łączenie tomów i poczucie większej układanki — super. Jeśli ktoś szuka zamkniętej, kompletnej historii, może czuć lekki niedosyt.

Mimo tego bawiłem się przy tym naprawdę dobrze. To nie jest Batman, którego poleciłbym komuś na start, bo tu już trzeba wejść w ten bardziej współczesny, eventowy, mocno napędzony styl opowiadania. Ale jeśli ktoś lubi, kiedy Batman jest przyciśnięty do ściany, kiedy jego własny umysł staje się problemem, a do tego wszystko jest podane w bardzo efektownej, nowoczesnej oprawie, to „Mroczne więzienia” są tego przykładem.

Dla mnie to tom, który może nie jest najmocniejszą „bat-opowieścią ever”, ale ma w sobie coś bardzo wciągającego. Czuć tu napięcie, czuć obsesję, czuć rozpad kontroli — a wizualnie momentami to po prostu czysta frajda z oglądania plansz. I chyba właśnie to zapamiętam najmocniej: nie tyle pojedyncze zwroty akcji, ile to, jak Jiménez i Morey potrafią zamienić psychiczny rozjazd Batmana w bardzo konkretne, mocne i widowiskowe obrazy. Solidny, intensywny i świetnie narysowany tom, który najmocniej działa klimatem narastającego chaosu i stroną wizualną. Scenariusz momentami trochę za bardzo ciśnie gaz do dechy, ale rysunki wynagradzają naprawdę sporo.

Władza absolutna. Pozbawieni mocy Mark Waid Dan Mora




 „Władza absolutna. Pozbawieni mocy” to dla mnie bardzo udany początek dużego eventu DC, a przy takich komiksach wcale nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony mamy tu wszystko, czego można się spodziewać po historii tego typu: wielką skalę, sporo bohaterów, wysoki poziom zagrożenia i świat, który znowu stoi na krawędzi. Z drugiej jednak ten album nie sprawia wrażenia typowego, zmęczonego crossovera, którego czyta się tylko po to, żeby „być na bieżąco”. Wręcz przeciwnie — od początku czuć, że ta historia ma energię, pomysł i naprawdę potrafi wciągnąć.

Sam punkt wyjścia jest bardzo mocny. Amanda Waller przejmuje kontrolę nad sytuacją i doprowadza do tego, że ogromna część bohaterów oraz złoczyńców zostaje pozbawiona mocy. To od razu ustawia całą opowieść w ciekawszy sposób niż standardowe „kolejny kosmiczny złol chce rozwalić rzeczywistość”. Tutaj stawka jest nie tylko globalna, ale też bardzo konkretna: co zostaje z herosów, kiedy zabierze się im ich największą przewagę? I właśnie to kupiło mnie chyba najbardziej. Ten komiks nie opiera się wyłącznie na widowiskowych starciach, tylko daje też poczucie, że bohaterowie naprawdę zostali zepchnięci do narożnika.




Bardzo dobrze wypada tempo. Ten album praktycznie od pierwszych stron rusza z miejsca i nie ma większych przestojów. Dużo się dzieje, ale całość nie zamienia się w chaotyczny bałagan, co przy eventach jest przecież dość częstą przypadłością. Tutaj widać, że scenariusz został poprowadzony tak, żeby czytelnik miał poczucie skali, ale jednocześnie nie gubił się co kilka stron. To duży plus, bo często przy takich historiach można odnieść wrażenie, że twórcy wrzucają wszystko naraz, a potem człowiek czyta bardziej z obowiązku niż z przyjemności. W tej historii tego nie czułem. Wręcz przeciwnie — miałem wrażenie, że ten komiks naprawdę chce mnie wciągnąć i utrzymać uwagę, a nie tylko zaliczyć kolejne obowiązkowe punkty eventowej rozpiski.

Ale jeśli mam być szczery, to dla mnie prawdziwą gwiazdą tego tomu są rysunki Dana Mory. I to nie jest ten przypadek, że ilustracje są po prostu „ładne”. One tutaj robią ogromną część roboty. Mora ma niesamowitą umiejętność łączenia widowiskowości z czytelnością. Przy tak dużej liczbie postaci, takiej skali wydarzeń i tak intensywnej akcji bardzo łatwo byłoby popaść w przesadę albo wizualny chaos. A tutaj praktycznie każda plansza wygląda dynamicznie, efektownie i jednocześnie wszystko da się śledzić bez problemu. To jest naprawdę sztuka. 




Najbardziej podobało mi się to, że jego rysunki mają energię, ale nie są przeładowane. Kadry są mocne, pełne ruchu i emocji, ale nie ma wrażenia, że artysta za wszelką cenę chce popisać się detalem kosztem płynności czytania. Wręcz przeciwnie — te plansze po prostu się pochłania. Sceny akcji mają odpowiedni ciężar, postacie wyglądają świetnie, a każda większa konfrontacja ma to „coś”, co sprawia, że człowiek zatrzymuje wzrok na dłużej. I właśnie dlatego ten komiks tak dobrze działa jako widowisko. Mora nie rysuje tylko poprawnie. On rysuje tak, że naprawdę czuć skalę zagrożenia, tempo wydarzeń i napięcie.


Świetnie wypadają też same projekty postaci. Każdy bohater wygląda dokładnie tak, jak powinien — charakterystycznie, wyraziście, z odpowiednią dawką „komiksowej epickości”, ale bez przesady. Nie ma tu efektu, że wszyscy zlewają się w jedną masę kolorowych kostiumów. Nawet w scenach zbiorowych zachowana jest czytelność i indywidualność postaci, a to przy takiej obsadzie naprawdę robi wrażenie. Widać też, że Mora doskonale czuje superbohaterską estetykę DC: potrafi narysować coś wielkiego, bombastycznego i bardzo komiksowego, ale bez popadania w kicz.

Bardzo dobrze gra tu też mimika i praca twarzami. To może nie jest rzecz, na którą każdy od razu zwróci uwagę, ale właśnie takie detale sprawiają, że historia nabiera charakteru. Kiedy sytuacja się sypie, to widać to nie tylko po eksplozjach i efektach specjalnych, ale też po emocjach bohaterów. Strach, frustracja, wściekłość, determinacja — to wszystko jest dobrze pokazane. Dzięki temu nawet sceny bardziej „przegadane” nie tracą tempa, bo wizualnie nadal dużo się w nich dzieje.




Nie można też pominąć kolorów, bo one tutaj naprawdę świetnie współgrają z kreską. Całość jest bardzo żywa, soczysta, momentami wręcz błyszcząca, ale nie w męczący sposób. To nie jest mroczne, przygaszone DC, które tonie w szarościach. To raczej nowoczesny blockbuster w najlepszym sensie tego słowa — jasny, efektowny, dynamiczny, z mocnymi kontrastami i dużą dawką wizualnej atrakcyjności. I szczerze mówiąc, bardzo mi to pasuje do takiej historii. Dzięki temu komiks wygląda jak duże wydarzenie, a nie jak kolejna ponura opowieść o końcu świata.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba głównie do tego, że mimo wszystko widać, iż to dopiero pierwszy tom większej całości. Niektóre wątki są tu bardziej rozstawianiem pionków pod dalszy ciąg niż pełnoprawnym, samodzielnym uderzeniem. To nie jest jeszcze ten etap, w którym wszystko wybrzmiewa najmocniej. Czuć, że wiele rzeczy dopiero się rozkręca. Do tego przez obecność materiałów pobocznych momentami da się zauważyć lekką nierówność rytmu — raz fabuła pędzi jak szalona, a raz trzeba na chwilę zwolnić, bo akurat wchodzimy w fragment bardziej „uzupełniający”. 


Mimo tego bawiłem się przy lekturze naprawdę bardzo dobrze. To jest dokładnie taki komiks, jaki powinien otwierać duże wydarzenie: ma zrobić wrażenie, dać poczucie stawki, wrzucić bohaterów w beznadziejną sytuację i sprawić, że od razu chce się sięgnąć po dalszy ciąg. I „Pozbawieni mocy” to robią. Nie jest to może historia, która od razu ląduje wśród moich absolutnych faworytów z DC, ale jako rozrywkowy, widowiskowy i świetnie narysowany event sprawdza się znakomicie.

Najmocniej zapamiętam właśnie stronę wizualną, bo rysownik momentami dosłownie niesie ten album na plecach. Nawet gdy scenariusz bardziej ustawia elementy pod kolejne odsłony, rysunki cały czas trzymają poziom i sprawiają, że czyta się to z ogromną przyjemnością. To jeden z tych komiksów, które warto mieć choćby dla samej oprawy, bo naprawdę jest na czym zawiesić oko.

Bardzo dobry początek eventu, który ma rozmach, tempo i świetny pomysł wyjściowy, ale przede wszystkim fenomenalną oprawę graficzną. Jeśli ktoś lubi DC w dużym, efektownym wydaniu, to powinien być zadowolony. A jeśli dodatkowo ceni prace Dana Mory, to tym bardziej — bo tutaj naprawdę pokazuje klasę. Według mnie - oczywiście...

sobota, 28 marca 2026

Morderstwa w Marble Hall Anthony Horowitz





„Morderstwa w Marble Hall” Anthony’ego Horowitza to dokładnie ten typ kryminału, który pokazuje, że autor nie tylko świetnie zna gatunek, ale po prostu bawi się nim lepiej niż większość. Jeśli ktoś zna już wcześniejsze książki z Susan Ryeland i Atticusem Pündem, to od razu poczuje się jak u siebie, ale nawet bez tego da się wejść w tę historię i szybko złapać, o co chodzi. Horowitz znowu serwuje swoją ulubioną zabawę formą, czyli książkę w książce, fikcję mieszającą się z rzeczywistością i zagadkę, która z każdą stroną robi się coraz bardziej podejrzana. I właśnie to działa tutaj najlepiej. To nie jest zwykły kryminał, w którym po prostu szuka się mordercy. To bardziej łamigłówka, w której czytelnik co chwilę ma wrażenie, że już coś rozumie, a zaraz potem okazuje się, że autor znów wyciągnął mu dywan spod nóg.

Największą siłą tej książki jest klimat i konstrukcja. Już sam punkt wyjścia jest świetny: Susan Ryeland wraca do świata, od którego teoretycznie miała już dość, trafia na kolejny tekst związany z Atticusem Pündem, a przy okazji wchodzi w historię rodzinnych sekretów, dawnych urazów i śmierci, która najwyraźniej nie była przypadkiem. Bardzo lubię w tej serii to, że czyta się ją na dwóch poziomach. Z jednej strony mamy klasyczną, elegancko poprowadzoną zagadkę w stylu oldschoolowego kryminału, a z drugiej coś bardziej współczesnego, trochę bardziej meta, trochę bardziej złośliwego wobec samego gatunku. Horowitz doskonale wie, kiedy zagrać klasyką, a kiedy lekko ją podkręcić, żeby nie było zbyt przewidywalnie.

Sama intryga wypada naprawdę bardzo dobrze. Jest gęsto od tropów, niedopowiedzeń, podejrzanych zachowań i rodzinnych napięć, ale to nie jest chaos. Autor bardzo sprytnie to wszystko układa i nawet jeśli momentami można się pogubić, to raczej w tym dobrym sensie — takim, kiedy człowiek chce czytać dalej, bo czuje, że wszystko ma znaczenie. To nie jest kryminał oparty na tanim szoku czy brutalności, tylko na inteligentnym prowadzeniu czytelnika. I właśnie za to Horowitza cenię najbardziej. On nie próbuje wygrać samą akcją, tylko pomysłem. Tu naprawdę trzeba uważać na szczegóły, wyłapywać niuanse i dać się wciągnąć w tę grę. Dla jednych to będzie ogromny plus, dla innych może lekka wada, bo jeśli ktoś szuka prostego, szybkiego thrillera, to może poczuć, że ta książka jest trochę zbyt „literacko-kryminalna” i zbyt świadoma własnej konstrukcji.

Bardzo dobrze działa też sama Susan Ryeland. To jedna z tych bohaterek, które nie muszą być efektowne, żeby działały. Jest inteligentna, konkretna, momentami zmęczona tym całym bałaganem, ale właśnie przez to wypada wiarygodnie. Nie jest superbohaterką, tylko osobą, która znowu pakuje się w sprawę, w którą wcale nie powinna się pakować. Lubię takie postacie, bo dzięki nim cała historia ma bardziej ludzki wymiar. Do tego dochodzi Atticus Pünd i ten cały charakterystyczny dla serii kontrast między klasycznym detektywistycznym sznytem a współczesnym niepokojem. To nadal działa bardzo dobrze i wciąż ma swój urok.

Jeśli miałbym się czegoś czepić, to momentami można odczuć, że Horowitz już doskonale wie, co w tej formule działa, i świadomie jedzie po swoich mocnych stronach. Dla fanów to raczej zaleta, ale jeśli ktoś oczekuje wielkiego odświeżenia, to może mieć wrażenie, że autor bardziej dopieszcza znany schemat, niż naprawdę go rozwala i składa od nowa. Chwilami też ta zabawa formą potrafi być tak precyzyjna, że aż trochę chłodna — bardziej podziwia się kunszt niż przeżywa emocjonalnie samą historię. Ale uczciwie mówiąc, w takim kryminale wcale mi to nie przeszkadzało, bo dostajemy dokładnie to, po co sięga się po Horowitza: inteligentną zagadkę, świetną konstrukcję i satysfakcję z odkrywania, jak sprytnie to wszystko zostało wymyślone.

Dla mnie „Morderstwa w Marble Hall” to bardzo solidny, bardzo dobrze napisany kryminał z klasą. Nie jest to książka, która wali po głowie brutalnością czy tempem, tylko taka, która wciąga pomysłem, strukturą i tym charakterystycznym horowitzowym mrugnięciem do czytelnika. Jeśli ktoś lubi klasyczne zagadki w nowoczesnym wydaniu, książki w książce i kryminały, które traktują czytelnika jak partnera w rozgrywce, to będzie zadowolony. Może nie jest to rewolucja, ale jest dokładnie tym, czym dobry Horowitz powinien być: inteligentną, dopracowaną i bardzo satysfakcjonującą rozrywką.

Fantastyczna podróż Isaac Asimov

 




„Fantastyczna podróż” Isaaca Asimova to książka, która wciąga od pierwszych stron, ale w sposób spokojny i przemyślany – nie wali po głowie akcją co chwilę, tylko pozwala powoli wchłonąć cały pomysł. Fabuła jest świetna sama w sobie: grupa ludzi zostaje zmniejszona do miniaturowych rozmiarów i musi przebyć podróż w obrębie ludzkiego ciała. Już samo to robi wrażenie i od razu wprowadza napięcie, bo świat, który normalnie wydaje się oczywisty, nagle staje się ogromny i pełen niebezpieczeństw. I tu Asimov pokazuje, jak świetnie potrafi połączyć naukę z przygodą – wszystko, co robią bohaterowie, ma sens, wszystko działa logicznie, a jednocześnie jest ekscytujące. Nie ma tu przypadkowych zdarzeń czy efektownych scen tylko po to, żeby było ciekawie – każdy szczegół ma znaczenie, każdy ruch jest przemyślany.

Bohaterowie wypadają bardzo naturalnie. Nie są przesadnie „literaccy”, nie mają dramatycznych monologów, ale jednocześnie naprawdę się ich kibicuje. Widać, że popełniają błędy, mylą się, kłócą się ze sobą i reagują jak normalni ludzie w ekstremalnych sytuacjach. To sprawia, że historia działa podwójnie – wciąga w przygodę, a jednocześnie pozwala trochę „wejść w skórę” postaci i poczuć ich strach, ekscytację i zdziwienie światem, który nagle stał się olbrzymi.

Najciekawsze w tej książce jest to, że Asimov potrafi naukę wplatać w historię w sposób całkowicie naturalny. Nie ma wrażenia wykładu czy nudnego tłumaczenia – wszystko wynika z fabuły i działa jak integralna część przygody. Dzięki temu świat jest wiarygodny, a jednocześnie fascynujący. Mikroskopijne części ciała człowieka stają się pełne dramatyzmu i przygód, które normalnie byśmy przeoczyli. To połączenie nauki i przygody jest mistrzowskie i wciąż działa, choć książka powstała dawno temu.

Tempo momentami spada, zwłaszcza w momentach, gdy Asimov dokładnie tłumaczy naukowe detale, ale wcale nie przeszkadza to w lekturze – wręcz przeciwnie, dodaje powieści solidności. Człowiek czuje, że wszystko tu działa jak w zegarku, a świat jest logiczny i spójny. To nie jest po prostu „przygoda w ciele człowieka”, to podróż pełna napięcia, nauki i pomysłowości, w której każdy drobny szczegół ma znaczenie.

Dla mnie „Fantastyczna podróż” to świetna, ponadczasowa powieść. Nie jest spektakularna w sensie hollywoodzkich efektów, ale wciąga pomysłem, konsekwencją i inteligencją autora. To książka, która nie musi krzyczeć akcją, żeby wciągnąć – robi to powoli, sprytnie i z wyczuciem, a w dodatku zostaje w głowie na długo. Przygoda, nauka, napięcie i świetnie zbudowany świat w jednym. Asimov znowu pokazał klasę.

Isola Allegra Goodman





 „Isola” Allegri Goodman to bardzo dobra powieść historyczna, która nie próbuje zdobyć czytelnika tanimi chwytami ani wielką akcją od pierwszych stron. To książka, która rozwija się spokojnie, wręcz cierpliwie, ale z każdą kolejną stroną coraz mocniej wciąga w historię i emocje bohaterki. Na początku można odnieść wrażenie, że będzie to przede wszystkim opowieść o przetrwaniu, walce z naturą i samotności, ale z czasem okazuje się, że to tylko jedna warstwa tej historii. Tak naprawdę „Isola” jest przede wszystkim opowieścią o kobiecie, której przez całe życie odbierano wpływ na własny los, a która dopiero w skrajnych warunkach zaczyna odkrywać, kim naprawdę jest. I właśnie ten motyw zrobił na mnie największe wrażenie.


Marguerite to bohaterka, której naprawdę się kibicuje. Nie dlatego, że autorka na siłę robi z niej postać idealną, ale dlatego, że jej los jest zwyczajnie przejmujący. To jedna z tych historii, które budzą nie tylko współczucie, ale też złość i frustrację, bo momentami skala niesprawiedliwości, z jaką musi się mierzyć, jest wręcz przytłaczająca. W świecie, w którym o kobiecie decydują cudze ambicje, majątek, pozycja i kaprysy mężczyzn, Bohaterka długo nie ma właściwie żadnej przestrzeni, żeby naprawdę być sobą. I właśnie dlatego jej przemiana wypada tak mocno. Opowieść nie jest więc tylko historią o tym, czy ktoś przeżyje, ale o tym, co zostaje w człowieku, kiedy zabierze mu się wszystko, do czego był przywiązany.


Bardzo dobrze wypadł tu styl samej autorki. To nie jest pisanie efekciarskie ani przesadnie „literackie” w złym sensie tego słowa. Pisarka nie zalewa czytelnika ozdobnikami, nie próbuje na siłę wyciskać łez i nie robi z tej historii melodramatu. Pisze spokojnie, z wyczuciem, ale jednocześnie bardzo sugestywnie. Dzięki temu emocje wybrzmiewają naturalnie, a nie jak coś sztucznie podkręconego. Klimat tej książki jest naprawdę mocny — czuć chłód, izolację, strach, bezradność, ale też tę dziwną, cichą przemianę, która zachodzi w bohaterce. Im bardziej świat odbiera jej bezpieczeństwo, tym bardziej ona zaczyna odnajdywać własną siłę. To bardzo dobrze poprowadzony motyw i właśnie przez niego ta powieść zostaje w głowie dłużej niż wiele innych historycznych tytułów.


Dużym plusem jest też to, że warstwa historyczna nie sprawia wrażenia dekoracji. Czuć realia epoki, czuć zależności społeczne, ograniczenia, jakie narzucano kobietom, i to, jak łatwo można było człowieka zamknąć w roli, z której nie miał prawa się wyrwać. To nie jest tylko tło, ale ważna część całej opowieści. Dzięki temu „Isola” nie działa wyłącznie emocjonalnie, ale też daje sporo do myślenia. Pokazuje, jak często przetrwanie nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek walczy z naturą, ale dużo wcześniej — wtedy, gdy musi codziennie znosić upokorzenie, zależność i brak głosu.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to momentami tempo jest odrobinę zbyt spokojne. To nie jest książka, która pędzi, więc ktoś nastawiony na intensywny survival albo mocno przygodową historię może poczuć lekki niedosyt. Sama część związana z walką o przetrwanie mogłaby miejscami uderzyć jeszcze mocniej. Ale z drugiej strony mam wrażenie, że autorka świadomie poszła bardziej w emocje, psychikę i przemianę niż w czystą akcję. I chyba właśnie dlatego ta książka działa tak dobrze.

Dla mnie „Isola” to bardzo solidna, poruszająca i mądrze napisana powieść historyczna, która nie wbija w fotel od pierwszej strony, ale z czasem wchodzi coraz głębiej. To historia o samotności, niesprawiedliwości, przetrwaniu i odzyskiwaniu siebie, ale opowiedziana bez przesady i bez taniego dramatyzmu. Im dłużej o niej myślę, tym bardziej ją doceniam. To nie jest książka, która krzyczy, tylko taka, która powoli zostaje pod skórą. I chyba właśnie za to cenię ją najbardziej.

poniedziałek, 9 marca 2026

Gothamski Nokturn Akt III, TOM 5 różni autorzy





 W końcu mamy finał. „Gothamski nokturn” wraz z tym tomem (znów całkiem grubiutkim, bo to jednak trzysta stron jest) wreszcie dobiega końca. Całkiem fajna była to opowieść, o wiele lepsza dzięki znakomitym, nastrojowym rysunkom, a teraz wreszcie mamy ją w całości. I można się cieszyć, bo jak na współczesnego Batmana jest naprawdę dobrze, chociaż podobnych opowieści już trochę mieliśmy.


Gothamskiego nokturnu to taka próba opowiedzenia historii w stylu „Trybunału sów”. Takich inspiracji jest tu zresztą więcej, Ram V nie tworzy w zasadzie niczego nowego. A nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie tworzy, a odtwarza, ale na szczęście robi to całkiem dobrze. zgrabnie wybiera z uniwersum Batka to, co lubi, co mu pasuje i co układa się w opowieść, w której historia może i jest ważna, ważniejszy jest jednak klimat.


I tu Ram V wchodzi w te klimaty, które z Gackiem nam się kojarzą i stanowią przez niego przekrój. Od początku tej historii idzie w klimat na styku thrillera i horroru, ale w estetyce legendy miejskiej. Dorzuca pewnej detektywistycznej nuty, bez której by nie było Batmana, a i idzie jeszcze w oniryczne klimaty… A to wszystko tak między innymi. Do tego jest akcja, potężny wróg, sporo wydarzeń. Różnorodnie się dzieje i ciekawie.


I różnorodnie i ciekawie jest też od strony graficznej. Kawał dobrej roboty różnych twórców, ze świetnym kolorem. Bywa mrocznie, bywa duszno, bywa jak w noir i kinie Burtona. A jest przede wszystkim dobrze i jest na co popatrzeć. Kto Gacka lubi, nawet jeśli podobne opowieści już czytał, śmiało ten Gothamski Nokturn poznać może, bo całkiem epicka i udana to rzecz.

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...