„Superman Action Comics: Supergwiazdy” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pokochać bez żadnych zastrzeżeń. I chyba właśnie to najlepiej go opisuje. To nie jest jeden spójny run z jedną wizją i jednym rytmem, tylko zbiór historii od różnych twórców, którzy próbują pokazać Supermana z kilku stron naraz: jako ikonę, jako faceta z sercem, jako bohatera od wielkich kosmicznych akcji i jako człowieka, który wciąż najbardziej działa wtedy, kiedy schodzi bliżej ziemi. I trzeba przyznać, że sporo z tego naprawdę działa. Tylko że nie wszystko równie mocno.
Największa zaleta tego albumu jest taka, że on naprawdę czuje Supermana. Nie w sensie „o, znowu leci i kogoś ratuje”, tylko w sensie samego ducha postaci. Nawet kiedy historie idą w bardziej widowiskowe rejony, cały czas czuć, że to nie jest tylko kolejny muskularny kosmita do przerzucania asteroid. Ten tom całkiem dobrze przypomina, dlaczego Superman działa najlepiej nie wtedy, gdy jest „najsilniejszy”, ale wtedy, gdy jest najbardziej ludzki. I to mi siadło. Jest tu trochę ciepła, trochę serca, trochę klasycznej superbohaterskiej przygodowości, ale bez przesadnego lukru.
Bardzo podoba mi się też sam pomysł na formułę. Zamiast jednej długiej historii dostajemy kilka różnych podejść do tej postaci, więc nie ma nudy. Raz jest bardziej kosmicznie, raz bardziej kameralnie, raz bardziej komiksowy blockbuster, a raz coś bliższego codzienności Clarka i Lois. Dzięki temu album czyta się bardzo płynnie, bo co jakiś czas zmienia się ton, energia i punkt ciężkości. To jest ten rodzaj antologii, który daje poczucie różnorodności, a nie rozstrzelenia. Przynajmniej przez większą część lektury.
To jest tom nierówny. Nie dramatycznie, nie tak, że połowa do kosza, ale jednak wyraźnie. Są historie, które wchodzą bardzo dobrze i zostawiają po sobie fajne wrażenie, a są też takie, które czyta się z przyjemnością, ale bez większego efektu „wow”. I to chyba największy problem „Supergwiazd”: ten album jako całość jest naprawdę dobry, ale poszczególne fragmenty nie zawsze trzymają ten sam poziom. Czasem masz poczucie, że czytasz świetnie złapany ton Supermana, a chwilę później coś, co jest po prostu solidne, poprawne i tyle.
Najmocniej działa na mnie to, kiedy ten tom zwalnia i pozwala Clarkowi po prostu być Clarkiem. Nie tylko symbolem, nie tylko potęgą, ale facetem, który myśli, czuje, reaguje, ma relacje i nie musi udowadniać swojej wielkości samym rozmachem akcji. Te bardziej „przyziemne” albo emocjonalnie lżejsze momenty paradoksalnie robią tu większe wrażenie niż część większych, efektowniejszych numerów. I to jest dla mnie bardzo supermenowe. Bo jasne, można dać mu kolejne zagrożenie z kosmosu, ale tak naprawdę ta postać broni się najmocniej wtedy, kiedy pod tą całą potęgą nadal widać zwyczajną przyzwoitość.
Jeśli chodzi o stronę wizualną, to tutaj znowu — jest bardzo dobrze, ale też nierówno, co akurat przy takim składzie twórców było do przewidzenia. Z jednej strony dostajesz kilka bardzo różnych interpretacji Supermana, co samo w sobie jest fajne. Każdy rysownik podchodzi do tej postaci trochę inaczej. Jedni idą bardziej w klasyczny, czysty superhero look, inni w większą dynamikę i efektowność, jeszcze inni mocniej podkreślają emocje i relacje. Dzięki temu ten tom wizualnie się nie nudzi. Co kilka rozdziałów dostajesz inną energię, inny sposób kadrowania, inny rytm plansz. I to naprawdę działa, bo Superman jako postać dobrze znosi takie zmiany — potrafi wyglądać świetnie zarówno w bardziej „pomnikowym” wydaniu, jak i w lżejszym, bardziej ludzkim.
John Timms bardzo mi tu siadł, bo jego kreska ma w sobie coś, co dobrze pasuje do nowoczesnego Supermana: jest dynamiczna, czytelna, efektowna, ale bez przesadnego przeładowania. Jego plansze mają odpowiednią energię, postacie wyglądają mocno, a akcja ma tempo. To nie jest rysowanie, które chce być bardziej skomplikowane, niż trzeba — raczej takie, które dobrze niesie historię i daje dużo czystej frajdy z oglądania. Superman w jego wykonaniu wygląda dokładnie tak, jak powinien: potężnie, ale nie jak odklejony bóg; bardziej jak ktoś, kto faktycznie może uratować świat, a potem wrócić pogadać z Lois przy kawie.
Eddy Barrows z kolei daje trochę cięższy, bardziej klasycznie superbohaterski klimat. U niego bardzo dobrze wypada skala i fizyczność scen. Kiedy dzieje się coś dużego, to naprawdę to czuć. Postacie mają wagę, kadry mają rozmach, a całość wygląda jak porządny blockbuster DC. To jest ten rodzaj rysunku, który dobrze sprzedaje wielką akcję i wysoką stawkę. Może nie zawsze jest to najbardziej subtelna kreska świata, ale do Supermana w trybie „duże rzeczy się sypią” pasuje naprawdę dobrze.
Bardzo przyjemnie wypada też Cian Tormey, zwłaszcza w bardziej relacyjnych fragmentach. I właśnie tutaj ten album pokazuje, że nie potrzebuje cały czas petard i eksplozji, żeby wyglądać dobrze. Czasem wystarczy dobra mimika, naturalna chemia między postaciami i kadry, które umieją sprzedać zwykłą rozmowę albo drobne napięcie emocjonalne. To może nie brzmi widowiskowo, ale właśnie takie rzeczy sprawiają, że ten tom ma serce, a nie jest tylko paradą efektownych póz.
Natomiast moje większe ale wobec rysunków jest takie, że przez tę różnorodność album momentami traci wizualną spójność. Jasne, to antologia, więc to normalne. Ale niektóre przejścia między historiami są na tyle wyraźne, że zamiast odczuwać przyjemną zmianę tonu, człowiek ma przez chwilę wrażenie, jakby przeskakiwał między kilkoma różnymi seriami wrzuconymi do jednego tomu. I to nie zawsze działa na korzyść całości. Są fragmenty, które wizualnie robią większe wrażenie, są takie, które są po prostu solidne, i przez to po skończeniu nie zapamiętuję tego albumu jako jednego mocnego, spójnego doświadczenia graficznego, tylko raczej jako zbiór kilku naprawdę fajnych momentów i paru po prostu dobrych.
Druga rzecz: nie każda historia dostaje tyle miejsca, ile bym chciał. I to odbija się też na rysunkach. Czasem widać, że artysta ledwo zaczyna budować klimat albo fajnie rozkręca swój fragment, a już trzeba przejść dalej. Przez to niektóre rozdziały zostawiają lekki niedosyt — nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że chciałoby się w nich pobyć dłużej. To trochę problem formuły: daje różnorodność, ale odbiera szansę na pełniejsze rozwinięcie najlepszych rzeczy.
Scenariuszowo mam podobnie. Podoba mi się, że twórcy nie próbują za wszelką cenę robić z Supermana „mroczniejszego niż zwykle”, bo to najczęściej kończy się średnio. Tutaj czuć szacunek do postaci i chęć pokazania jej z różnych stron, bez rozwalania fundamentów. To duży plus. Ale jednocześnie nie wszystkie historie zostają w głowie na dłużej. Niektóre są po prostu bardzo sprawne, dobrze napisane, sympatyczne, ale jednak po kilku dniach bardziej pamięta się nastrój tomu niż konkretne sceny. A to dla mnie znak, że album działa bardziej jako całościowe przypomnienie „dlaczego Superman jest fajny”, niż jako zbiór naprawdę wybitnych opowieści. I to nie jest zarzut zabójczy — bo taki tom też jest potrzebny. Tylko po tytule „Supergwiazdy” człowiek trochę podświadomie liczy na same petardy. A dostaje raczej bardzo solidny zestaw, w którym kilka rzeczy błyszczy mocniej, a kilka po prostu trzyma dobry poziom. Czyli super, ale nie wszystko. Mimo tych zastrzeżeń bawiłem się przy lekturze naprawdę dobrze. To jest album, który ma w sobie dużo uroku, sporo serca i bardzo przyjemne podejście do postaci. Nie próbuje udowadniać, że Superman musi być na siłę bardziej , żeby był ciekawy. I za to ogromny plus. To taki tom, który dobrze przypomina, że Clark Kent wciąż działa najlepiej wtedy, kiedy twórcy pamiętają, że pod peleryną siedzi nie tylko symbol, ale po prostu dobry człowiek.
Dobry album i naprawdę przyjemna lektura, ale dla mnie bardziej zbiór kilku mocnych historii i paru po prostu solidnych niż absolutny sztos od początku do końca. Największa siła to sam klimat Supermana i różnorodność podejść do postaci. Największa słabość — nierówny poziom i brak pełnej spójności, także wizualnej.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz