czwartek, 2 kwietnia 2026

Władza absolutna. Pozbawieni mocy Mark Waid Dan Mora




 „Władza absolutna. Pozbawieni mocy” to dla mnie bardzo udany początek dużego eventu DC, a przy takich komiksach wcale nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony mamy tu wszystko, czego można się spodziewać po historii tego typu: wielką skalę, sporo bohaterów, wysoki poziom zagrożenia i świat, który znowu stoi na krawędzi. Z drugiej jednak ten album nie sprawia wrażenia typowego, zmęczonego crossovera, którego czyta się tylko po to, żeby „być na bieżąco”. Wręcz przeciwnie — od początku czuć, że ta historia ma energię, pomysł i naprawdę potrafi wciągnąć.

Sam punkt wyjścia jest bardzo mocny. Amanda Waller przejmuje kontrolę nad sytuacją i doprowadza do tego, że ogromna część bohaterów oraz złoczyńców zostaje pozbawiona mocy. To od razu ustawia całą opowieść w ciekawszy sposób niż standardowe „kolejny kosmiczny złol chce rozwalić rzeczywistość”. Tutaj stawka jest nie tylko globalna, ale też bardzo konkretna: co zostaje z herosów, kiedy zabierze się im ich największą przewagę? I właśnie to kupiło mnie chyba najbardziej. Ten komiks nie opiera się wyłącznie na widowiskowych starciach, tylko daje też poczucie, że bohaterowie naprawdę zostali zepchnięci do narożnika.




Bardzo dobrze wypada tempo. Ten album praktycznie od pierwszych stron rusza z miejsca i nie ma większych przestojów. Dużo się dzieje, ale całość nie zamienia się w chaotyczny bałagan, co przy eventach jest przecież dość częstą przypadłością. Tutaj widać, że scenariusz został poprowadzony tak, żeby czytelnik miał poczucie skali, ale jednocześnie nie gubił się co kilka stron. To duży plus, bo często przy takich historiach można odnieść wrażenie, że twórcy wrzucają wszystko naraz, a potem człowiek czyta bardziej z obowiązku niż z przyjemności. W tej historii tego nie czułem. Wręcz przeciwnie — miałem wrażenie, że ten komiks naprawdę chce mnie wciągnąć i utrzymać uwagę, a nie tylko zaliczyć kolejne obowiązkowe punkty eventowej rozpiski.

Ale jeśli mam być szczery, to dla mnie prawdziwą gwiazdą tego tomu są rysunki Dana Mory. I to nie jest ten przypadek, że ilustracje są po prostu „ładne”. One tutaj robią ogromną część roboty. Mora ma niesamowitą umiejętność łączenia widowiskowości z czytelnością. Przy tak dużej liczbie postaci, takiej skali wydarzeń i tak intensywnej akcji bardzo łatwo byłoby popaść w przesadę albo wizualny chaos. A tutaj praktycznie każda plansza wygląda dynamicznie, efektownie i jednocześnie wszystko da się śledzić bez problemu. To jest naprawdę sztuka. 




Najbardziej podobało mi się to, że jego rysunki mają energię, ale nie są przeładowane. Kadry są mocne, pełne ruchu i emocji, ale nie ma wrażenia, że artysta za wszelką cenę chce popisać się detalem kosztem płynności czytania. Wręcz przeciwnie — te plansze po prostu się pochłania. Sceny akcji mają odpowiedni ciężar, postacie wyglądają świetnie, a każda większa konfrontacja ma to „coś”, co sprawia, że człowiek zatrzymuje wzrok na dłużej. I właśnie dlatego ten komiks tak dobrze działa jako widowisko. Mora nie rysuje tylko poprawnie. On rysuje tak, że naprawdę czuć skalę zagrożenia, tempo wydarzeń i napięcie.


Świetnie wypadają też same projekty postaci. Każdy bohater wygląda dokładnie tak, jak powinien — charakterystycznie, wyraziście, z odpowiednią dawką „komiksowej epickości”, ale bez przesady. Nie ma tu efektu, że wszyscy zlewają się w jedną masę kolorowych kostiumów. Nawet w scenach zbiorowych zachowana jest czytelność i indywidualność postaci, a to przy takiej obsadzie naprawdę robi wrażenie. Widać też, że Mora doskonale czuje superbohaterską estetykę DC: potrafi narysować coś wielkiego, bombastycznego i bardzo komiksowego, ale bez popadania w kicz.

Bardzo dobrze gra tu też mimika i praca twarzami. To może nie jest rzecz, na którą każdy od razu zwróci uwagę, ale właśnie takie detale sprawiają, że historia nabiera charakteru. Kiedy sytuacja się sypie, to widać to nie tylko po eksplozjach i efektach specjalnych, ale też po emocjach bohaterów. Strach, frustracja, wściekłość, determinacja — to wszystko jest dobrze pokazane. Dzięki temu nawet sceny bardziej „przegadane” nie tracą tempa, bo wizualnie nadal dużo się w nich dzieje.




Nie można też pominąć kolorów, bo one tutaj naprawdę świetnie współgrają z kreską. Całość jest bardzo żywa, soczysta, momentami wręcz błyszcząca, ale nie w męczący sposób. To nie jest mroczne, przygaszone DC, które tonie w szarościach. To raczej nowoczesny blockbuster w najlepszym sensie tego słowa — jasny, efektowny, dynamiczny, z mocnymi kontrastami i dużą dawką wizualnej atrakcyjności. I szczerze mówiąc, bardzo mi to pasuje do takiej historii. Dzięki temu komiks wygląda jak duże wydarzenie, a nie jak kolejna ponura opowieść o końcu świata.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba głównie do tego, że mimo wszystko widać, iż to dopiero pierwszy tom większej całości. Niektóre wątki są tu bardziej rozstawianiem pionków pod dalszy ciąg niż pełnoprawnym, samodzielnym uderzeniem. To nie jest jeszcze ten etap, w którym wszystko wybrzmiewa najmocniej. Czuć, że wiele rzeczy dopiero się rozkręca. Do tego przez obecność materiałów pobocznych momentami da się zauważyć lekką nierówność rytmu — raz fabuła pędzi jak szalona, a raz trzeba na chwilę zwolnić, bo akurat wchodzimy w fragment bardziej „uzupełniający”. 


Mimo tego bawiłem się przy lekturze naprawdę bardzo dobrze. To jest dokładnie taki komiks, jaki powinien otwierać duże wydarzenie: ma zrobić wrażenie, dać poczucie stawki, wrzucić bohaterów w beznadziejną sytuację i sprawić, że od razu chce się sięgnąć po dalszy ciąg. I „Pozbawieni mocy” to robią. Nie jest to może historia, która od razu ląduje wśród moich absolutnych faworytów z DC, ale jako rozrywkowy, widowiskowy i świetnie narysowany event sprawdza się znakomicie.

Najmocniej zapamiętam właśnie stronę wizualną, bo rysownik momentami dosłownie niesie ten album na plecach. Nawet gdy scenariusz bardziej ustawia elementy pod kolejne odsłony, rysunki cały czas trzymają poziom i sprawiają, że czyta się to z ogromną przyjemnością. To jeden z tych komiksów, które warto mieć choćby dla samej oprawy, bo naprawdę jest na czym zawiesić oko.

Bardzo dobry początek eventu, który ma rozmach, tempo i świetny pomysł wyjściowy, ale przede wszystkim fenomenalną oprawę graficzną. Jeśli ktoś lubi DC w dużym, efektownym wydaniu, to powinien być zadowolony. A jeśli dodatkowo ceni prace Dana Mory, to tym bardziej — bo tutaj naprawdę pokazuje klasę. Według mnie - oczywiście...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Superman Action Comics: Supergwiazdy różni autorzy

  „ Superman Action Comics: Supergwiazdy ” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pok...