W końcu mamy finał. „Gothamski nokturn” wraz z tym tomem (znów całkiem grubiutkim, bo to jednak trzysta stron jest) wreszcie dobiega końca. Całkiem fajna była to opowieść, o wiele lepsza dzięki znakomitym, nastrojowym rysunkom, a teraz wreszcie mamy ją w całości. I można się cieszyć, bo jak na współczesnego Batmana jest naprawdę dobrze, chociaż podobnych opowieści już trochę mieliśmy.
Gothamskiego nokturnu to taka próba opowiedzenia historii w stylu „Trybunału sów”. Takich inspiracji jest tu zresztą więcej, Ram V nie tworzy w zasadzie niczego nowego. A nawet pokusiłbym się o stwierdzenie, że nie tworzy, a odtwarza, ale na szczęście robi to całkiem dobrze. zgrabnie wybiera z uniwersum Batka to, co lubi, co mu pasuje i co układa się w opowieść, w której historia może i jest ważna, ważniejszy jest jednak klimat.
I tu Ram V wchodzi w te klimaty, które z Gackiem nam się kojarzą i stanowią przez niego przekrój. Od początku tej historii idzie w klimat na styku thrillera i horroru, ale w estetyce legendy miejskiej. Dorzuca pewnej detektywistycznej nuty, bez której by nie było Batmana, a i idzie jeszcze w oniryczne klimaty… A to wszystko tak między innymi. Do tego jest akcja, potężny wróg, sporo wydarzeń. Różnorodnie się dzieje i ciekawie.
I różnorodnie i ciekawie jest też od strony graficznej. Kawał dobrej roboty różnych twórców, ze świetnym kolorem. Bywa mrocznie, bywa duszno, bywa jak w noir i kinie Burtona. A jest przede wszystkim dobrze i jest na co popatrzeć. Kto Gacka lubi, nawet jeśli podobne opowieści już czytał, śmiało ten Gothamski Nokturn poznać może, bo całkiem epicka i udana to rzecz.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz