niedziela, 8 grudnia 2024

Kraina koszmarów. Sandman. Tom 1 Tynion IV James Lisandro Estherren Patricio Delpeche


 Tynion i Sandman, Tynion i „Kraina koszmarów”. A raczej Tynion i sandmanowe uniwersum. Nie spodziewałem się po tym za wiele, a na pewno nic naprawdę dobrego i… nie zawiodłem się. Seria typowa, niezła, ale nic, co by zachwycało.


 


O komiksie możemy przeczytać, że:

Początek kolejnej opowieści grozy osadzonej w obrębie wymyślonego przez słynnego Neila Gaimana świata Sandmana. Sen z Nieskończonych stworzył Koryntczyka, koszmar, który stał się patronem seryjnych morderców. Potem musiał unicestwić swoje straszliwe dzieło, ale odtworzył je w postaci bardziej posłusznej. Teraz inny koszmar uciekł ze świata snu do naszej rzeczywistości, więc Koryntczyk rusza jego śladem i natrafia na wielki nadnaturalny spisek prowadzony przez pewnego bardzo znanego w Ameryce anioła...


 


Tynion, co tu dużo mówić, już tak ma, że nieważne o kim pisze, czy robi superhero czy autorskie projekty, choć zawiera w postaciach wszystkie cechy, które być powinny, robi z nich jakieś takie nijakie jednostki bez wyrazu, bez charakteru. Jakby opisywał kogoś nie mając o nim pojęcia i nie czując ani nie rozumiejąc kim i jaki jest. Wszyscy są więc do siebie bardzo podobni, a ja nie potrafię się zaangażować w ich losy ani utożsamić z nimi choćby częściowo. I tak właśnie jest też tutaj. I szkoda, bo Tynion pisze o jednej z najlepszych postaci „Sandmana”, a w jego rękach staje się ona mocno nijaka. Poza tym jednak to przyzwoity, dość typowy komiks. trochę horror, trochę dark fantasy, trochę thriller. Szybko się to czyta, choć mamy sporo zbędnych dialogów, a sama akcja jest niezła, mimo iż jednocześnie niezbyt angażująca. To po prostu kolejny komiks z uniwersum, który znać można, jeśli absolutnie chcecie czytać wszystko, co w serii wychodzi, ale nie musicie, bo i tak nie doda nic konkretnego do wizji Gaimana. Wiele już takich było, wiele będzie, jeśli już więc sięgać po jakieś poboczne rzeczy, to po „Śmierć”, „Księgi Magii” czy cokolwiek w ten deseń zrobione przez samego Gaimana, nich przez innych autorów.

Za to całkiem dobrze jest tu rysunkowo i tu muszę docenić całość. Ładnie to wygląda, w tych rysunkach jest magia, klimat i ten sandmanowy look, który się ceni. Więc kto bardziej w komiksach ceni ilustracje, niż scenariusze, śmiało może. Przede wszystkim jednak to rzecz dla wiernych fanów serii i tyle.


Diabeł Nezha. World's Finest. Batman/Superman. Tom 1 Waid Mark Dan Mora

 



Batman i Superman. Znów. Było nie raz i nie dwa, nowa seria trafiła w ręce Waida i mam wrażenie, że ten idzie podobną ścieżką co przed laty Loeb – stawia nie na ambitny i dobry komiks, a szaloną zabawę z eventowym zacięciem, wrzucając do historii wszystko to do jednego wora i starając się zapewnić rozrywkę. Z całkiem dobrym skutkiem...




O komiksie możemy przeczytać, że:

Nie tak dawno temu w wyniku ataku Metallo moce Supermana zaczęły się raptownie zmieniać... Człowiekowi ze Stali pomóc może jedynie mroczny obrońca Gotham! A właściwie dynamiczny duet: Batman i Robin! Bruce Wayne, zmuszony sięgnąć po ekstremalne rozwiązania, by uratować przyjaciela, werbuje do pomocy Doom Patrol!


Spotkanie Batmana i Supermana… Takimi rzeczami w czasach mojego dzieciństwa jarał się każdy czytelnik komiksów. w Marvelu każdy co chwila spotykał każdego, w DC nie, więc takie wspólne przygody to było coś niezwykłego. Potem to spowszedniało, powstało sporo różnych serii o ich wspólnych akcjach, po polsku mieliśmy nawet całkiem fajne „Batman / Superman” Loeba (a potem innych autorów) i właśnie do tej serii ta jest najbardziej podobna. Tam też masa postaci, masa akcji, szalone przygody, dużo cartoonowości… Sens, głębia? Nic z tych rzeczy, liczyła się zabawa, mnogość na stronach, widowiskowość  lekkość, połączone z podkreślaniem różnic i podobieństw między oboma herosami. I tak to sobie leci, nieźle rysowane, z pewnym urokiem. Ot całkiem niezła seria rozrywkowa dla fanów. Dopełnienie tego, co dzieje się w seriach o obu herosach, ale i bardziej niezależna rzecz. a przy okazji pena forma wytchnienia od tego, co się dzieje na co dzień w ich solowych, mroczniejszych i poważniejszych tytułach. Waid może nie w szczytowej formie, ale jak zawsze daje radę.

Gothamski Nokturn: Akt I. Batman Detective Comics. Tom 2 Ram V Spurrier Simon Reis Ivan



 Nokturn trwa. Ten tom kontynuuje swoją opowieść o Batmanie i chociaż ta część jest słabsza od poprzedniej – głównie za sprawą tego, że nie ma już tak znakomitych ilustracji, rzecz nadal warta jest uwagi. Kto lubi gacka, śmiało może zajrzeć a nawet powinien.


 



O komiksie możemy przeczytać, że:

Mroczna opera o Gotham staje się coraz bardziej niebezpieczna dla Batmana, gdy Two-Face i Mister Freeze zbierają przeciwko niemu siły. Ale gdy złoczyńcy zaciskają wokół niego pętlę, największym zagrożeniem dla Mrocznego Detektywa mogą być kłębiące się w nim demony, te metaforyczne i te dosłowne.



Ram V w Batmanie lubi to, co  zawsze lubiłem w dawnych, mniej oczywistych mniej typowych historiach – idzie w oniryczne, horrorowe klimaty. Ja wiem, że Gacek wyrósł na gruncie opowieści detektywistycznych, że to taki Sherlock i w ogóle, ale jednocześnie blisko mu zawsze było do takich, a nie innych klimatów rodem z horrorów. Ile to świetnych, do dziś wielkich opowieści mocno z nich czerpie? No i Ram V wraca do tych, mam wrażenie zaniedbanych w ostatnich latach rzeczy. I fajnie to robi. Oczywiście jest też akcja, jest superhero i  są też wrogowie. Jest klimat, jest dobre tempo i próba zrobienia czegoś po swojemu. Nie jest to może wielki komiks, nie stanie w jednym rzędzie obok dzieł Millera, Morrisona, Moore’a czy Loeba, ale daje radę. Do tego okazuje się być przyjemnie narysowany. Niestety to, co najbardziej urzekało poprzednio, te świetnie, różnorodne ilustracje, tu już takie dobre nie są, ale nadal przyjemnie się je ogląda

Czyli w skrócie przyjemny komiks. dla fanów, ale w końcu każda dana seria jest dla jej miłośników. A ci będą zadowoleni.

czwartek, 7 listopada 2024

All Eight Eyes. Tom 1 Foxe Steve Kowalski Piotr

 


Niezły, doceniony scenarzysta plus polski rysownik, razem w horrorze. Czyli coś, co rodzimych miłośników grozy na pewno zaciekawi. Czy jest to jakaś super seria? Nie, ale dostarcza niezłej rozrywki. Choć inni nasi rodacy za wielką wodą, jak Kudrański w „Spawnie” czy Pawlak w „Toshiro” poradzili sobie lepiej i zaserwowali lepsze rzeczy, niż Kowalski. Ale to już inna bajka.


 



Ten horror sprawi, że będziecie się bali chodzić po zmroku! W zapomnianych zaułkach Nowego Jorku stwory ciemności polują na ludzi, których społeczeństwo zostawiło własnemu losowi. Vin Spencer wyleciał ze studiów i teraz kroczy przez życie w otępieniu wywołanym przez imprezy i narkotyki. Pewnej strasznej nocy spotyka włóczęgę toczącego brawurową wojnę z ośmionogimi monstrami czającymi się w mrokach wielkiego miasta. Czy teraz także dla Vina rozpoczną się łowy na potwory? Fabularnie rzecz, jak to horror, jak to taka tematyka, prezentuje prostą, niewymagającą opowieść. Czerpie w tym coś z miejskiej legendy, nie stawia jednak na mrok, klimat i niepokój, nastrój grozy nie interesuje tu twórców tak bardzo, jak iście filmowa akcja. Ale nie zmienia to faktu, że album czyta się całkiem przyjemnie. Właściwie to płynie się przez niego, bo dialogów jest tu w zasadzie niewiele, a wszystko starają się opowiadać obrazy.


 


No i te obrazy też są niezłe, ale… Ja z Kowalskim mam taki problem, że nieważne co robi w Stanach, ma to momenty, ale nie kupuje mnie jako całość. Uwielbiałem go, jak w prostszy, ale skuteczniejszy sposób rysował swoje rzeczy pokroju serii „Gail” (taki stary jestem, że pamiętam jak debiutował…), ale kiedy zaczął dla amerykańskich wydawców, jakby stracił część swojego charakteru, uroku i talentu, więc nie ważne, czy robi „Batmana”, „Hulka” czy takie rzeczy, jak tutaj, czegoś mi brakuje. Może za dużo tu typowo amerykańskiego, komputerowego koloru? Może za wiele uproszczeń i pośpiechu? Nie jest źle, ale mogłoby być o wiele lepiej.


 

Ogień olimpijski i inne historie z roku 1964. Kaczogród Barks Carl

 Już coraz bliżej końca wydawania „Kaczogrodu” jesteśmy. No i chociaż już tyle za nami, nadal jest to świetne, znakomite i w ogóle. Dla dużych, dla małych, no dla każdego i dla wszystkich. I wiadomo, co mówią, że jak coś jest dla wszystkich to dla nikogo, ale w tym wypadku tak nie jest i każdy będzie z tego dzieła zadowolony.


 




Niniejszy album zawiera komiksy Carla Barksa z roku 1964. Tytułowy komiks ma dziesięć stron, czyli objętość najczęściej spotykaną w dorobku Barksa. Niemniej do tego zbioru trafiło aż siedem dłuższych opowieści. We wszystkich główną rolę odgrywa Sknerus, który musi wyjść zwycięsko ze zmagań z rozmaitymi przeciwnikami, a czasem także z własną niefrasobliwością. Najbogatszy kaczor świata mierzy się nie tylko ze swoimi największymi przeciwnikami: Braćmi Be („Zielona sałata"") oraz Magiką de Czar („Różne oblicza magii""), ale też z mniej znanymi, choć równie bezwzględnymi antagonistami. Źródłem jego kłopotów bywa także rodzina – Sknerus jest o małe piórko od utraty znacznej części swojego majątku za sprawą nieziemskiego szczęścia Gogusia („Królestwo za słonia"") i niecnego pomysłu Donalda („Oszczędny rozrzutnik""). W komiksie „Poczta międzyplanetarna"" kaczy miliarder występuje z kolei w nietypowej dla siebie roli doręczyciela przesyłek. W tomie nie zabrakło również krótszych historii rozgrywających się w Kaczogrodzie, w których oprócz Donalda i siostrzeńców pojawiają się między innymi Daisy, Diodak oraz sąsiad Jones.


 


Tom to naprawdę udany. Tak w skrócie. Ani lepszy od poprzedniego, ani gorszy, po prostu znakomity, jak cała seria. Jeśli chodzi o środek to z jednej strony jest ten „Kaczogród” albumem zróżnicowanym, z drugiej bardzo spójnym i interesującym. Zabawa jest udana, historyjki wciągają – mniej lub bardziej, ale nie schodzą poniżej bardzo satysfakcjonującego poziomu – i śmieszą, a całość bywa pouczająca i dostarcza konkretnej rozrywki zarówno na krótką chwilę, gdy mamy czas pochłonąć jedne lub dwa komiksy, jak i dłuższy czas, kiedy połykamy tomik od deski do deski. Czyli, jak zawsze, cóż tu innego można rzec?


 


Ilustracje tradycyjnie są mega miłe dla oka. Prosta, cartoonowa kreska, barwna prosta, ale skuteczna kolorystyka. Do tego mamy też dobre wydanie. 250 stron komiksu w kolorze, w twardej oprawie, na papierze kredowym w cenie okładkowej niespełna 90 zł może nie jest niczym najtańszym, ale z drugiej strony album wat jest każdej złotówki. A ważniejsze jest to, ze dostajemy tu rzecz naprawdę dobrą. Polecam więc, jak zawsze. Uwielbiałem kaczki i myszy, jako dziecko, uwielbiałem jako nastolatek, uwielbiam też nadal i to się nie zmieni. A ta seria to najlepsze, co mają do zaoferowania.


Powrót Kal-Ela. Superman Taylor Tom Williamson Joshua Perkins Mike

 



Więc tak: Superman wraca. Zaskoczenie?Rzecz wiadoma od samego początku, a im usilniej Johnson starał się nas przekonać, że jednak Superek polegnie i tym razem na dobre, tym mocniej wiedziało się, że nic z tego. Nie tacy, jak on już próbowali i nawet Alan Moore nie był w stanie sprawić, bym uwierzył, że uśmierci Człowieka ze Stali. No a teraz dostajemy crossover superowych serii ukazujących jego powrót. I jest nieźle. Nic to szczególnego, ale Taylor podnosi poziom całości.


 



Po heroicznej rewolucji, której przewodził na Świecie Wojny, Człowiek ze Stali powraca na Ziemię silniejszy niż kiedykolwiek! Kiedy on i Steel łączą siły, by uczynić Metropolis prawdziwym Miastem Jutra, na horyzoncie pojawiają się dwaj dobrze znani Supermanowi łotrzy... i mają własne plany. Ponadto Kal-El spotyka się z Mrocznym Rycerzem, Jimmym Olsenem oraz Ligą Sprawiedliwości. Jon Kent cieszy się z powrotu ojca, jednak jego radość nie trwa zbyt długo, ponieważ chłopak staje się celem tajemniczego Red Sina, zdolnego do niemożliwego: zranienia obu Supermanów! Wszystkie te wydarzenia prowadzą do tajemniczego Projektu „Zamroczenie"", który odmieni życie Supermana na zawsze!


 



Dwóch przeciętnych mocno scenarzystów i jeden niezły, serwuje nam tom, który wypada całkiem do rzeczy. To zwieńczenie tego, co w obu supermanowych seriach dostępnych na polskim rynku działo się od kilku tomów, a jednocześnie nowy początek. Kolejny w ostatnim czasie, ale całkiem udany. To raczej taka rzecz stricte dla fanów, prosta, szybka, niewymagająca, oparta na wszystkim znanych schematach, ale kto lubi, może sięgnąć.


 



Graficznie nie jest źle. Całkiem niezła, typowa robota. Ot taki typowy właśnie, współczesny komiks, jakich wiele. Miał być trochę eventowy, ważny i w ogóle, ale wyszedł crossover, jak każdy poprzedni numer, odkąd skończył się run Bendisa. Rzecz skierowana właściwie dla zagorzałych fanów albo nowych czytelników, którzy nie są zbytnio z serią obeznani i te wszystkie schematy tak mocno nie rzucają się im w oczy, jak starym wyjadaczom komiksowego chleba.


Człowiek Nietoperz z Gotham. Batman. Tom 2 Zdarsky Chip Hawthorne Mike Mendonca Miguel

 


Każdy twórca biorący się za jakąś kultową, ciągnącą się latami serię, zawsze stara się zrobić dwie rzeczy: zabawić się konwencją i motywami kultowych historii oraz wprowadzić coś swojego, co pozwoliłoby mu zostać zapamiętanym na dłużej. Zdarsky te dwie pieczenie stara się upiec na jednym ogniu niniejszej opowieści i nieźle mu to wychodzi.


 Batman budzi się w nieznanym Gotham. Przemierza ulice świata, w którym nie istnieje ani Mroczny Rycerz, mogący go uratować, ani Joker, mogący mu zagrozić... A przynajmniej tak mu się wydaje. Tajemnicza postać znana jako Red Mask rządzi tym miastem i chce śmierci Bruce’a Wayne’a! Gdy Tim Drake szuka Batmana w multiwersum, szaleństwo człowieka w czerwonej masce zaczyna zagrażać nie tylko Zamaskowanemu Krzyżowcowi, ale także celowi jego życia!


 



Batman budzący się w Gotham, które nie jest Gotham, jakie znał? Nic z tego, co go definiowało, nigdy się nie wydarzyło? Nie ma wrogów, których znał, brakuje tylu elementów, które do tworzyły? Standard. Właściwie ile to już było razy, kto to wie. Nie tylko w Batmanie, bo to stały motyw superhero, ale w samym Gacku w ostatnich latach pojawił się parę razy (nie będę mówił gdzie, bo niekiedy to ważny element historii i tego, co z niej wynika, ale chociażby taki „Ostatni rycerz na Ziemi” jest na to doskonałym przykładem, a nie jedynym). Teraz, ten motyw znany głównie z elseworld, wraca w głównej serii i nieźle jest, acz nie jest to coś, co by powaliło na kolana.


 



Fabularnie jest dobrze wykonana, ale typowa robota, z nowym wrogiem na czele. Kreacja postaci, jak i cała reszta, jest rzetelna, ale znajoma: ot posklejano tu kilka batkowych motywów, ale sami musicie to odkryć. Akcja dobra, dialogi przyjemne, tempo dobre. Czyta się to szybko i przyjemnie, większych zaskoczeń nie ma, ale zawodu też. Bardzo ładna szata graficzna dopełnia całości, podkręcając klimat i wrażenia. A wydanie, jak zwykle staranne i bez zarzutów, stanowi kropkę nad „i”.


      W skrócie: fani będą zadowoleni.


Batman: Nawiedzony Rycerz Tim Sale Jeph Loeb, Tim Sale


Ta historia na polskim rynku debiutowała dokładnie ćwierć wieku temu, w czasie trudnym dla Batmana i amerykańskiego komiksu w naszym kraju w ogóle. TM-Semic rok wcześniej zlikwidowało większość regularnych serii, w tym przygody Człowieka Nietoperza, nowe komiksy nie ukazywały się w terminie, a losy wydawcy były coraz bardziej niepewne. I wtedy nagle pod koniec 1999 roku do kiosków trafił ten tom. Bez większego szumu, bez wielkich słów, a te mu się należały, bo to jeden z najlepszych Batmanów nie tylko jakie wypuściło TM-Semic, ale i jeden z najlepszych w ogóle i nawet w tak okrojonej formie, w jakiej zagościł na rynku po raz pierwszy. A teraz powraca, po raz kolejny i po raz kolejny w pełnym wydaniu – TM-Semic wycięło dobre jedną trzecią materiału… - i w pięknej edycji.


 


Tuż przed Halloween dochodzi do serii porwań dzieci, które uciekły z domu. Jednym z nich jest adoptowana córka Gordona, Barbara. Batman wyśledza sprawcę, Szalonego Kapelusznika, ale postrzelony przez niego w głowę, zaczyna przeżywać koszmar. Walcząc ze wspomnieniami śmierci rodziców i fizyczną słabością, podejmuje się powstrzymania szaleńca. Ale to nie koniec jego problemów. Nie dość, że na jego drodze pojawi się też i Pingwin, to jeszcze nocą czeka go wizyta duchów, które na zawsze mogą odmienić jego krucjatę i jego samego.


 



„Batman: Halloween” znany jako „Batman. Nawiedzony Rycerz”, to wielkie dzieło, bez dwóch zdań. Inspirowane „Alicją w krainie czarów”, „Opowieścią Wigilijną” i opowieściami Franka Millera o Mrocznym Rycerzu , zachwyca właściwie na każdym kroku. Szczególnie tych, którzy kochają Batmana jako mrocznego, opętanego rządzą zemsty człowieka balansującego na granicy szaleństwa. Rewelacyjny scenariusz, który kontynuuje zaczęta przez Millera w „Roku pierwszym” dzieło przybliżenia nam demonów Bruce'a Wayne'a (dlaczego matka Bruce'a założyła do kina słynne korale, czemu Batman tak nienawidzi Kapelusznika...), stanowi kawał klimatycznego horroru / thrillera / kryminału, gdzie zgrane motywy zyskują nowe życie. Odpowiednie tempo akcji i znakomite uchwycenie charakterów postaci dopełnia całości w rewelacyjny sposób.


 


Do tego mroczne ilustracje Tima Sale'a, które po prostu genialnie oddają klimat Gotham. Ale Gotham mrocznego, niczym z kina noir, zasnutego dymami i mgłą, rozświetlonego blaskiem ognia i błyskawic. Nic dziwnego, że komiks pokochali czytelnicy (i to tak, ze stał się wstępem do kariery Jepha Loeba i Tima Sale’a, pozwalając im zrealizować jeszcze lepszą dylogię „Długie Halloween” / „Mroczne zwycięstwo”) ale też i krytycy, którzy umieścili go na liście 100 najlepszych komiksów w historii. Cudo. Kto jeszcze nie czytał, a komiks ceni sobie jako medium, niezależnie od występujących w nim postaci, niech jak najszybciej nadrobi ten błąd. Świetna rzecz, jeszcze lepsza w tym pełnym wydaniu. Idealna do czytania w Halloween, akurat na ćwierćwiecze premiery pierwszego rodzimego, niepełnego wydania.


piątek, 4 października 2024

Hill House Comics. Lodówka pełna głów Rio Youers Tom Fowler



Był „Kosz pełen głów”, jest „Lodówka”. Też pełna czerepów. Świetny komiks Joe Hilla sprzed kilku lat doczekał się właśnie kontynuacji, co prawda już bez udziału tego pisarza, który swoim nazwiskiem sygnuje całą linię wydawniczą, ale nadal w bardzo przyjemny sposób podaną.


 


Mordercza kontynuacja przeboju Hill House Comics – „Kosz pełen głów”! Tajemniczy topór, który podczas huraganu z 1983 roku rozpętał pandemonium na Brody Island, od roku spoczywa na dnie zatoki, ale nic o takiej mocy nie może pozostać ukryte na zawsze. Calvin Beringer i Arlene Fields, para spędzająca wakacje na wyspie, poznaje mroczną stronę Brody Island, kiedy ich plażowanie kończy się odkryciem czegoś o wiele ostrzejszego niż morskie szkło.




 Stephen King. Znacie go, prawda? Z komiksem może jakoś się nie kojarzy, ale jednak – poza kilkoma adaptacjami jego powieści, na rynku opowieści graficznych pojawił się też z albumami do których pisał scenariusze. Tak samo jego syn, Joe Hill, też pisarz, też autor operujący podobnym stylem i tematyką, który komiksową serią „Locke & Key” dał prawdziwy popis, a potem stworzył własną linię wydawniczą z komiksowymi horrorami, do której stworzył dwie opowieści. Każda samodzielna, zamknięta… Aż do teraz, bo pierwsza z nich doczekała się właśnie kontumacji i…


 




No i mamy tu świetną rozrywkę, wartą polecenia wszystkim miłośnikom opowieści z dreszczykiem. Tak, jak Hill mocno czerpał z grozy typowej dla lat 80., podlanej współczesnymi motywami i nawiązaniami do prozy ojca, tak jego kontynuatorzy też pozostają w klimatach przedostatniej dekady XX wieku, tak dobrej dla horrorów. I fajnie im to wychodzi. Wiadomo, Hill zrobił to lepiej, nie przeczę, ale Rio Youers godnie podejmuje rękawicę i robi coś, co daje radę. Może to wszystko nie straszy, bo i poprzednie komiksy też nie straszyły – nie miały czym, akurat opowieści obrazkowe nie są w stanie tego robić, bo ani nie mają elementu zaskoczenia znanego z filmów, ani nie działają tak na wyobraźnię, jak powieści. Ale zadowalają atmosferą, akcją i puszczeniem oka do miłośników grozy. Po prostu dobra, bardzo fajnie zilustrowana w swej oszczędności i prostocie rzecz, którą warto poznać, jeśli czytaliście poprzedni tom. Dwa lata czekaliśmy na nowe horrory z tej linii wydawniczej, ale warto było.


 

Joker. Świat METIN AKDÜLGER, Brad Anderson i inni

 


Był „Batman: Świat” (jakieś trzy lata temu), czyli zbiór krótkich historii z Batmanem zrobionych przez twórców z całego świata i w realiach ich rodzimych stron, teraz jest „Joker: Świat”, czyli to samo, ale z uśmiechniętym bandziorem w roli głównej. I podobnie jest pod względem poziomu, czyli nieźle, czasem fajnie, acz nie zawsze w do końca spełniony sposób.


 


Co robi Joker podczas wakacji w Hiszpanii? W jaki sposób inspiruje naśladowców, tworząc swoje duplikaty w Czechach i Meksyku? Dzięki czemu kameruński Joker znajduje inspirację? Tylko najlepsi scenarzyści i rysownicy z rozmaitych krajów mogą udzielić odpowiedzi na te pytania. Przedstawiamy wyjątkowe historie obracające się wokół jednej z najbardziej fascynujących postaci w popkulturze.



 


Zasada jest taka sama: różni autorzy z różnych stron świata prezentują swoje wizje. Polskę znów reprezentuje Kołodziejczak i znów mam wrażenie, że jego historia jest mocno pretekstowa i wymyślona jakby na szybko. Reszta? Cóż, najlepiej wypadają tu dwa komiksy – Johnsa i Rubina, reszta jest raczej przeciętnymi ciekawostkami. Poza tym w odróżnieniu od poprzedniego tomu, tego z Batkiem, „Joker” nie ma artystów, których można by nazwać mistrzami. Ba, niewielu z nich jest znanych, poza wspomnianymi można jeszcze wymienić Faboka (no tego każdy fan DC kojarzy), Peraltę i… No właśnie, poza Miyagawa (ten od mangi o Supermanie) czy Gotou (manga „Joker”) są jakoś na naszym rynku kojarzeni, ale ledwie co i raczej przez fanatyków, niż fanów komiksów. I tyle. W skrócie: komiks ciekawostka. Rzecz dla wiernych fanów. Przyjemnie, różnorodnie zilustrowana, ale jako ogół raczej pretekstowa i pozbawiona prawdziwych perełek, chociaż nadal niezła.


Armada. Philippe Buchet, Jean David Morvan

 


Szósty tom „Armady” jest trochę okrojony, bo tym razem dostajemy tylko trzy albumy, ale niewiele to zmienia, bo sam komiks fabularnie i graficznie jak zawsze jest świetny. No i w końcu dogoniliśmy oryginalne wydanie. Navis zawsze staje po stronie słabych i prześladowanych, dlatego zajmie się rozwikłaniem sprawy lukratywnego przemytu istot ze świata dotkniętego katastrofą. Potem pozna ponurą tajemnicę swojej mocy natychmiastowego przechodzenia przez teleportale. A w końcu stanie przed szansą odnalezienia innych ludzi!

 


Armada” w tym tomie w zasadzie się domyka, ale też nie do końca. Wciąż zostaje nam tu parę pytań i kwestii, oraz zapowiedzi sporych wydarzeń na przyszłość. Co nie zmienia faktu, że dobrze jest, fajnie, że… No nie chcę tu za wiele zdradzać, ale Navis, jak zawsze pokazuje na co ją stać oraz, że niezmiennie pozostaje fajnie skrojoną bohaterką. Więc działa i robi to, co właściwe. A my z czytania o tym mamy kupę frajdy, bo jest i sensacyjnie, i przygodowo, i kosmicznie, i w stylu fantasy, to znów bardziej zaawansowanym technologicznie. Rozrywka jest udana, widowiskowa, dynamiczna, a jednocześnie ekipa sięga po elementy zaangażowane, jak tematyka migracji, wojna, wielka polityka, i równie wielkie korporacje, przez które cierpią ci mali. Czasem sztampowo, czasem typowo, ale jednak bardzo, bardzo fajnie.


 


Także graficznie. Bo ta kreska, te detale, całe to wykonanie robią wrażenie, wpadają w oko, zachwycają. Rysunki są wyraziste, dopracowane, mimika postaci doskonała, różnorodność, barwne bogactwo ras, technik, światów… No super jest to wszystko na każdym poziomie i w każdym calu. I do tego ładnie wydane. Szkoda tylko, że Egmont nie zaczekał i nie wrzucił do albumu kolejnej części przygód Navis, ale cóż, jest, jak jest, a jest bardzo fajnie i chciałoby się więcej. W skrócie: „Armada” to wciąż jedna z najlepszych serii SF i mimo upływu czasu nadal nie traci na jakości.

Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...