niedziela, 19 października 2025

Samotność Janosika. Biografia Marka Perepeczki Szymański Marek

   




Kiedy słyszymy nazwisko Marek Perepeczko, większość z nas od razu widzi w wyobraźni postać legendarnego Janosika – odważnego, silnego i niezłomnego. Jednak książka Marka Szymańskiego Samotność Janosika pokazuje, że życie aktora nie było wcale tak proste i heroiczne, jak rola, która na zawsze zapisała go w historii polskiej kultury popularnej. To pierwsza pełna biografia artysty, która stara się odkryć nie tylko kulisy jego kariery, ale przede wszystkim człowieka kryjącego się za maską gwiazdora.


Na ponad 460 stronach czytelnik otrzymuje bogatą opowieść o losach aktora – od młodości, przez spektakularne sukcesy i okres ogromnej popularności, po trudne chwile zapomnienia, emigracji i samotności. Autor nie boi się sięgać po tematy trudne: opisuje kryzysy zawodowe Perepeczki, jego zmagania z wizerunkiem ekranowego herosa, a także skomplikowane życie osobiste. Jednocześnie biografia nie jest pozbawiona ciepła – wybrzmiewają w niej historie o wielkich pasjach aktora, o jego miłości do teatru, o potrzebie wolności i niezależności. Mocną stroną książki jest rzetelność – Szymański sięga do wielu źródeł, przywołuje wspomnienia osób, które znały Perepeczkę i pokazuje artystę w różnych momentach życia. Nie ma tu sztucznego idealizowania, raczej próba uchwycenia prawdy o człowieku pełnym sprzeczności. Styl narracji jest przystępny, a fragmentaryczna konstrukcja – choć czasem bywa nieco chaotyczna – nadaje opowieści dynamikę i pozwala zobaczyć bohatera w różnych odsłonach.


Tytułowa „samotność” to słowo-klucz, które powraca wielokrotnie. Perepeczko, choć otoczony sławą i podziwem, często zmagał się z poczuciem izolacji. Był aktorem znanym z roli, która go uwięziła w jednej postaci, a jednocześnie artystą poszukującym i człowiekiem pragnącym prywatności. To napięcie pomiędzy legendą a codziennością staje się główną osią całej biografii. Nie jest to jednak książka wyłącznie o upadkach – znajdziemy w niej również wiele pięknych historii o pasji, powrotach do aktorstwa, o sile charakteru i chęci pozostawania wiernym samemu sobie. Dlatego czyta się ją nie tylko jako portret jednego człowieka, ale też jako uniwersalną opowieść o losie artysty w Polsce drugiej połowy XX wieku.


Podsumowując – Samotność Janosika to książka wartościowa i wciągająca. Ma swoje drobne wady, jak brak głębszej analizy psychologicznej czy fragmentaryczność chronologii, ale jej siłą jest autentyczność i szczerość. Pozwala spojrzeć na Marka Perepeczkę z zupełnie innej perspektywy – już nie tylko jako na legendarnego Janosika, ale przede wszystkim jako na człowieka zmagającego się ze sławą, samotnością i własnymi wyborami. Dla fanów polskiego kina i teatru, a także dla wszystkich, którzy lubią biografie z mocnym ładunkiem emocjonalnym, będzie to lektura niezwykle cenna.

niedziela, 12 października 2025

Nowa złowieszczość. Amazing Spider-Man. Tom 2 Wells Zeb McGuinness Ed John Romita Jr.

 


Drugi tom szóstego volume’u „Amazing Spider-Mana” to dalszy ciąg obchodów sześćdziesiątej rocznicy powstania tego bohatera. Z takiej okazji powinniśmy dostać coś wyjątkowego, wybitnego, a jest tom, jak tom. Ale Wells daje się jeszcze na tym etapie poznać z lepszej strony niż jego poprzednik.



Jaki Spider-Man jest, każdy widzi. Od paru lat ta seria lecąca na ogranych schematach, jak samolot na oparach paliwa, liczący, że do lotniska jednak dociągnie. Spencer, poprzednik Wellsa, pisał w sposób żenujący pod względem humoru i nachalnie wtórny odnośnie do fabuł, czego nawet nie ukrywał, a wręcz podkreślał. Wells idzie swoją drogą, nie robi tak eventowych wydarzeń, jak on, ale jednocześnie daje radę coś tam z siebie wykrzesać. Jego pająk, choć dynamiczny, jest pełen wątków przyziemnych i romantycznych i to gra.


Wells tym razem dorzuca tu więcej humoru i żartów i to wypada już nie tak fajnie, ale w połowie album zyskuje fabularnie i coś zaczyna się dziać. Mniej postaci, więcej wnikania w nie, próba zbudowania nowego statusu quo. No jest nieźle, dynamicznie, przyjemnie, prawie bez gadania, za to z fajną dewastacją postaci i drobiazgów otoczenia. A w tej dewastacji wspiera scenarzystę i postacie Romita Jr., który takie rzeczy potrafi, jak mało kto. Jego kreska, prosta, cartoonowa, grubo ciosana i kanciasta, pełna jest dynamiki i wizualnej rozwałki. Wspierany przez dobrych kolorystów fajnie robi naszym oczom, a druga połowa albumu w wykonaniu McGuinnessa też jest niczego sobie, nawet jeśli za ekspresyjna i w ogóle, też wypada nie najgorzej i nie sprawia zawodu. 

Ergo? Kto lubi Spidera, śmiało może. Lekka, prosta, niewymagająca rozrywka, która jednak pewien urok ma. A ze wisi nad tym wciąż wątek tajemnicy tego, co wydarzyło się pomiędzy serią „Beyond”, a poprzednim tomem, chce się dowiedzieć, co będzie dalej.

Pingwin. Batman Arkham Bill Finger, Bob Kane i inni



 „Batman Arkham” debiutuje na polskim rynku i jest się z czego cieszyć. Komiksy z tej serii lubię od lat, na amerykańskim rynku jest ich sporo, jedne lepsze, inne gorsze, ale zawsze warte uwagi. A teraz mamy po polsku, na razie „Pingwina”, ale zawsze coś. A w środku przekrój przez najważniejsze komiksy od nim od samego początku ich wydawania, czyli dla każdego coś miłego, bo i fani klasyki, i nowszych dzieł, znajdą tu coś dla siebie.

„Batman Arkham” to, nie mylić z komiksami związanymi z grami o tym samym tytule, seria tematycznych antologii zbierających komiksy z różnych okresów, poświęcone danemu łotrowi. Wśród nich na rynku amerykańskim wyszły albumy skoncentrowane wokół Poison Ivy, Man-Bata czy Ra’sa al Ghula. I jest tam masa świetnego materiału, czasem bardziej kompleksowego, czasem mniej, wiadomo, dany wróg przewija się przez dekady w różnych historiach, czasami całkiem długich i nie sposób zmieścić wszystkiego, co ważne w jednym tylko albumie, ale te antologie starają się zebrać to, co najważniejsze i najlepsze, a jednocześnie krótkie. I tak mamy debiuty, genezy i kamienie milowe, które wyznaczają kierunki postaci i rozwijają je same.


I dokładnie taki jest „Pingwin”. Jest tu wszystko, czego potrzebujemy, od debiutu Pingwina w 1941 roku, po bardziej współczesne rzeczy. Najwięcej tu klasyki z lat 80 i 90, pisanej i rysowanej przez prawdziwych mistrzów. Jest pomysłowo, klimatycznie i po prostu znakomicie. Historie są zwarte, zamknięte w ramach jednego czy dwóch zeszytów, ale treściwe, choć jednocześnie nieprzeładowane. Do tego mamy prawdziwą magię rysunków, z genialnym Normem Breyfoglem, którego polscy czytelnicy poznali dzięki „Batmanom” od TM-Semic w latach 90 i pokochali, jak mało którego z artystów, na czele.

Spora ilość stron i fajne wydanie dopełniają całości. Dobra, różnorodna rzecz, idealna do poznania Pingwina (i Batmana także), a jeszcze doskonalsza jako dopełnienie batmanowej kolekcji. Oby więcej było takich albumów na polskim rynku.

Batman: Joker: Rok pierwszy Giuseppe Camuncoli, Jorge Jimenez, Chip Zdarsky, Jorge Jimenez i inni

 


Kiedy sięgnąłem po czwarty tom Batmana od Chip Zdarsky’ego, byłem już oswojony z tym, że jego wizja Mrocznego Rycerza nie jest typową, prostą opowieścią o bohaterze w pelerynie. Zdarsky od początku prowadzi Bruce’a Wayne’a w stronę psychologicznego labiryntu – miejsca, w którym walka toczy się nie tylko na ulicach Gotham, ale przede wszystkim wewnątrz niego. „Joker – Rok pierwszy” to kulminacja tej drogi: historia, w której Batman mierzy się nie tyle z arcywrogiem, ile z samym sobą.



Joker w tym tomie nie jest wyłącznie klaunem-mordercą, którego znamy z klasycznych opowieści. To bardziej prowokator, katalizator chaosu, ktoś, kto sprawia, że Batman musi zadać sobie pytania o własne granice. Zdarsky dobrze rozumie, że Joker działa najmocniej wtedy, gdy nie wali pięścią w stół, ale gdy patrzy w oczy i zmusza do myślenia: „a co, jeśli tak naprawdę różnimy się tylko jednym krokiem?”. To napięcie, ta cienka linia między nimi, jest tu wyczuwalna w każdym dialogu i każdej scenie. Ale największe wrażenie zrobił na mnie wątek Zur-En-Arrha – tej alternatywnej, wypaczonej persony Batmana, która przebija się przez pancerz kontroli i sprawia, że Bruce staje się własnym najgorszym przeciwnikiem. To już nie historia o walce ze światem, tylko o walce z własnymi demonami. I powiem szczerze – to uderza bardziej niż najlepsza bójka z gangiem Red Hooda. Bo tu Batman jest po prostu facetem, który powoli traci grunt pod nogami, a jego obsesja, samotność i poczucie winy kładą się na każdej stronie niczym cień.


Komiks jest mocny także graficznie. Jiménez, Camuncoli i Sorrentino tworzą razem wizję Gotham, która potrafi być zarówno neonowa, jak i duszna, piękna i przerażająca. Są kadry, w których niemal czułem zapach mokrego asfaltu i brudnych zaułków, i takie, które bardziej przypominały surrealistyczny koszmar niż realistyczne miasto. To świetne tło dla historii, w której nic nie jest pewne i gdzie Batman sam staje się swoim własnym labiryntem. Czytałem ten tom z poczuciem, że Zdarsky balansuje na cienkiej linii. Z jednej strony mamy tu sporo wątków – Joker, Zur-En-Arrh, Red Hood, tajemnice przeszłości. Chwilami jest tego aż za dużo i fabuła wydaje się pędzić szybciej, niż można ją w pełni przeżyć. Z drugiej jednak strony, ten chaos pasuje do treści: Gotham to miejsce, gdzie wszystko dzieje się naraz, a Batman nigdy nie ma komfortu „czystej” walki. W tym szaleństwie jest metoda.Dla mnie ta historia była przede wszystkim opowieścią o izolacji. Batman, odcięty od swoich bliskich, od rodziny, od zwykłego poczucia bezpieczeństwa, staje twarzą w twarz nie tylko z Jokerem, ale i z tym, czego w sobie najbardziej się boi. I choć wiele razy już w komiksach widzieliśmy Batmana na krawędzi, tutaj naprawdę czułem, że balansuje na granicy – i że wcale nie jest pewne, czy wróci na jasną stronę.


Nie jest to komiks bez wad – czasami ciężar filozoficznego Jokera przytłacza akcję, a mnogość wątków osłabia wymowę niektórych scen. Ale mimo to to tom, który zostaje w głowie. Może nie jako nowe „arcydzieło”, które stanie obok Zabójczego żartu czy Powrotu Mrocznego Rycerza, ale jako opowieść, która zadaje pytania bardziej osobiste i psychologiczne. Zamknąłem go z poczuciem, że Batman to nie tylko bohater, który bije złoczyńców w mrocznym mieście. To człowiek, który codziennie staje do walki ze sobą. A Joker – ten jego wieczny przeciwnik – jest nie tylko klaunem, ale uosobieniem tego, co w nim samym może pęknąć. I to jest właśnie największa siła tego tomu.

piątek, 10 października 2025

Mordercza pani Shim Jiyoung Kang

 



Kiedy sięgnąłem po "Morderczą Panią Shim", spodziewałem się kryminału albo thrillera z wyrazistą akcją. Tytuł brzmiał jak coś z pogranicza sensacji i noir, więc liczyłem na szybkie tempo i mroczną intrygę. Tymczasem dostałem powieść, która zamiast prostego napięcia serwuje opowieść o desperacji, nierównościach i o tym, jak zwykła kobieta może stać się narzędziem przemocy.

Eunok Shim ma 51 lat. To wdowa, matka dwójki dzieci, kobieta, która w oczach społeczeństwa już właściwie się „skończyła” – nie jest młoda, nie ma kariery, nie ma oparcia w partnerze. Kiedy trafia do agencji „Smile”, która specjalizuje się w „rozwiązywaniu problemów” (a w praktyce – w zabójstwach na zlecenie), jej życie wywraca się do góry nogami. Początkowo miałem problem, by uwierzyć w tę przemianę. Ale Kang pokazuje to stopniowo: małe decyzje, ustępstwa, chwile, kiedy łatwiej udawać, że nic się nie stało. I nagle z „zwykłej pani z sąsiedztwa” staje się kimś, kto potrafi zrobić rzeczy, które normalnie budziłyby odrazę.

To, co mnie zaskoczyło, to ton książki. Spodziewałem się ciężkiego thrillera, a dostałem powieść, która chwilami przypomina czarną komedię. Kang miesza dramat z absurdem – scena, która powinna mrozić krew w żyłach, nagle zyskuje groteskowy wydźwięk. I to działa. Nie pozwala oderwać się od historii, bo wciąż zastanawiasz się: „czy ja właśnie się uśmiechnąłem nad czymś tragicznym?”. Pod tym względem przypomina mi to koreańskie kino – choćby Parasite Bonga – gdzie życie zwykłych ludzi, presja ekonomiczna i absurd codzienności prowadzą do katastrofy.

Najmocniej uderzył mnie wątek syna Shim. On – młody, pełen ideałów, zaczyna pracę w konkurencyjnej agencji. Ona – coraz bardziej pogrąża się w półświatku. To nie jest tylko konflikt rodzinny, ale symbol zderzenia dwóch generacji. On jeszcze wierzy, że można coś osiągnąć uczciwie. Ona już wie, że uczciwość to luksus, na który nie każdy może sobie pozwolić. Czytając ich rozmowy, miałem wrażenie, że to trochę metafora współczesnego świata – młodzi chcą grać czysto, starsi wiedzą, że system jest tak skonstruowany, że i tak ich oszuka. Przyznam, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: co bym zrobił na miejscu Shim? Facet w jej wieku w literaturze zwykle ma inne role – bywa jeszcze „silny”, „dominujący”, „aktywny zawodowo”. A Shim nie ma żadnego z tych przywilejów. I może dlatego ta książka tak uderza – pokazuje, że desperacja nie ma płci. Że każdy, zepchnięty do narożnika, może sięgnąć po rozwiązania, których normalnie by nie rozważał.

I to było dla mnie najmocniejsze: nie moralny szok, tylko pytanie, ile we mnie samym jest takiego potencjału do złamania zasad, gdyby sytuacja tego wymagała. Książkę czyta się szybko. Jest w niej energia, humor, ale i momenty duszne, które sprawiają, że odkłada się ją na chwilę, żeby odetchnąć. Kang nie daje odpocząć, bo miesza lekkie sceny z ciężkimi. Jednym to się spodoba, inni uznają, że jest w tym chaos. Ja jednak kupiłem ten miks – dzięki niemu historia Shim jest mniej przewidywalna. Mordercza Pani Shim nie jest klasycznym thrillerem, jakiego można się spodziewać po tytule. To raczej opowieść o społeczeństwie, o walce o przetrwanie i o tym, że moralność bywa luksusem. Dla czytelnika szukającego tylko „krwawej sensacji” może być za dużo obyczajowości i groteski. Ale jeśli ktoś chce książki, która zadaje pytania i zostaje w głowie długo po ostatniej stronie – to jest to strzał w dziesiątkę.

sobota, 27 września 2025

Stowarzyszenie Miłośników Zagadek Samuel Burr





 „Stowarzyszenie Miłośników Zagadek” to książka, w której zakochałem się nie od pierwszej strony, tylko trochę później – kiedy poczułem, że autor bawi się ze mną, a ja naprawdę zaczynam wchodzić w jego grę. Początkowo wydawało mi się, że to po prostu sympatyczna opowieść o ekscentrycznych ludziach zajmujących się krzyżówkami i szyframi. Ale z czasem zaczęło mnie coraz bardziej poruszać to, że za tą całą otoczką ukrywa się bardzo ludzkie pytanie: kim jestem, jeśli nie wiem, skąd pochodzę?


Clayton, główny bohater, bywa trochę irytujący – nieporadny, zamknięty w sobie, a jednocześnie wzruszająco wierny swojej dziwacznej „rodzinie” ze stowarzyszenia. Czytając, miałem momenty śmiechu, ale też takie, że naprawdę czułem jego samotność. To, co mnie kupiło najbardziej, to forma. Każdy rozdział to trochę jak otwieranie nowej szkatułki z zagadką – i nie chodzi tylko o to, że faktycznie są tam szyfry czy krzyżówki. Cała narracja jest jak układanie puzzli: kawałek przeszłości, kawałek teraźniejszości, powoli zaczynają się łączyć. I przyznam, że dawno nie miałem takiej satysfakcji, gdy rozwiązanie zaczęło się wyłaniać.


Czy miała wady? Jasne. Były chwile, kiedy tempo akcji mnie usypiało, a niektóre zagadki bardziej frustrowały niż bawiły. Ale kiedy odkładałem książkę, miałem wrażenie, że uczestniczyłem w czymś trochę innym niż zwykła powieść – jakbym brał udział w literackiej zabawie, która jednocześnie uderza w bardzo czułe nuty. Dla mnie to historia o tym, że rodzina nie zawsze jest tą biologiczną, że można zostać wychowanym przez pasjonatów krzyżówek i nadal odnaleźć sens życia. Ciepła, ekscentryczna i trochę dziwna – w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Cesarzowa Piotra tom 1 Kristina Sabaliauskaite

 


Właśnie zamknąłem „Cesarzową Piotra. Tom 1” i wciąż nie mogę się otrząsnąć. To nie była zwykła lektura – to było doświadczenie. Czułem, jakbym siedział przy łóżku Katarzyny I w jej ostatnich godzinach i słuchał jej szeptu, gdy opowiadała o swoim życiu – pełnym bólu, miłości, zdrad i niewyobrażalnych poświęceń.


Zaskoczyło mnie, że tak szybko zniknął dystans między mną a tą postacią. Historyczne tło? Owszem, imponujące. Ale najważniejsze było to, co kryło się pod koroną – kobieta, która kiedyś była nikim, a stała się cesarzową. I która tuż przed końcem pyta samą siebie: czy warto było?


Kristina Sabaliauskaitė napisała książkę tak sugestywną, że miałem wrażenie, że widzę każdy detal Carskiego Sioła, czuję chłód pałacowych ścian, a nawet słyszę jej ciężki oddech. Narracja godzina po godzinie potęguje napięcie, przypominając, że czas ucieka, a z nim życie. Nie mogę przestać myśleć o jednym – co ja sam wspominałbym, gdyby zostało mi tak niewiele czasu? Jakie decyzje bym żałował, a z jakich byłbym dumny? Książka nie daje łatwych odpowiedzi. Ona zostawia w nas echo, które długo nie cichnie. To jedna z tych powieści, które kończy się z uczuciem, że trzeba chwilę posiedzieć w ciszy. Żeby poukładać w głowie własne myśli. I właśnie za to ją kocham.

niedziela, 7 września 2025

Do piekła i z powrotem. Superman Action Comics. Tom 2 Phillip Kennedy Johnson Watters Dan Eddy Barrows

 



Action Comics to ta z dwóch wydawanych na polskim rynku serii o Supermanie, która bardziej skupia się na rodzinnych losach, niż solowych akcjach. I wychodzi jej to całkiem nieźle, a wprowadzenie sennej tematyki wypada całkiem do rzeczy.




Trochę się w tych nowych komiksach z DC pozmieniało. Kiedy startowało Odrodzenie i wychodziły dwie serie z Supermanem, Action Comics był skupiony na solowych przygodach i potężnych wrogach, podczas gdy Superman jako tytuł serwował nam rodzinne losy Clarka, jego żony i syna. Podobnie było potem, gdy serię przejął Bendis – chociaż za jego dyżuru nad seriami zaczęło się to mieszać ze sobą i zamazywać. A teraz to „Superman” jest tytułem bardziej nastawionym na akcję, a „Action Comics” na wątki rodzinne. Może to takie przetasowanie dla tych, którzy czytają tylko jedną serię i w ten sposób mogą dostać coś świeżego?




Jak jednak by nie podchodzić, fajnie jest. Sporo się dzieje, są tu jakieś pomysły, a i różnorodności też nie brak, bo scenarzystów mamy trzech, a im partnerują różni rysownicy. I jedni z tych twórców szukają czegoś nieco nowego – nieco, bo wszystko już zostało powiedziane – inni starają się grać na sentymentach (i powiem, że fajnie wypadają tu wątki kojarzące się z „Rządami Supermenów”), a rysownicy budują fajny, często mroczny klimat tych opowieści. Komu podobał się poprzedni tom, ten teraz będzie równie zadowolony. Ładnie jest to wszystko wydane, jak zawsze zresztą i trzyma poziom. Do historii komiksu nie przejdzie, przełomowe nie jest, ale jednocześnie to po prostu rzetelna kontynuacja serii, która jest z nami niemal od wieku i wciąż bawi kolejne pokolenia.

Wszystko, co złe. Pingwin. Tom 2 King Tom Rafael De Latorre

 



Tom King pisze i wiadomo, że chce się czytać, bo jednak jego nazwisko od lat stanowi wyznacznik dobrej jakości w komiksach. Nie jest może wielkim artystą, ale też i daleko mu do typowego rzemieślnika, bo jednak potrafi wycisnąć ze swoich opowieści coś zdecydowanie więcej. czy w „Pingwinie” wyciska? Nie, ale nie o to też chodzi – to po prostu jeszcze jedna fajna opowieść ze świata Batmana, który długo i skutecznie rozwijał swego czasu. I chociaż jego Gacek nigdy nie był na poziomie choćby „Miracle Mana”, zawodu nie było. I nie ma też tym razem.


 



Tom King to gość, którego trudno nie docenić. Jego run Batmana nie był równy, miewał wpadki i nie należy do najlepszych prac scenarzysty, ale miewał takie momenty, że do dziś się je wspomina i chętnie do nich wraca. „Pingwin” to z jednej strony jeszcze jedna seria z tego uniwersum, z drugiej ciekawe podejście do tematu jednego z ciekawszych wrogów Batmana, który tak do końca wcale tym wrogiem nie jest i nie raz bywał pomocny. Tu jednak pokazuje się od strony mafijnego bossa, który umie działać z rozmachem, ale i z precyzją.




Ten album to kawał dobrej opowieści sensacyjnej. Przyziemnej, pełnej akcji i klimatu, ale i niezłych pomysłów. Zero nudy, sporo dynamiki, ale też i brak przesady sprawiają, że album czyta się jednym tchem i naprawdę przyjemnie. Do tego dochodzą świetne rysunki i nastrój, jaki budują no i po prostu frajda z lektury. I nieważne czy jesteście fanami serii, czy nie, ten – i poprzedni – tom to rzecz w sam raz też dla nowych. Wiadomo, wszystko osadzone jest w konkretnych wydarzeniach i fani wyłapią tu o wiele więcej, niż inni, jednakże i nowi odbiorcy będą bawić się dobrze i znajdą coś dla siebie.


Przedwieczni Gillen Kieron Esad Ribic Guiu Vilanova

 


Kolejny komiks o Przedwiecznych na polskim rynku. Mieliśmy absolutną klasykę w pięknym tomie „Przedwieczni: Gdy bogowie kroczą po ziemi”, mieliśmy świetny, mimo że to Gaiman odpowiadał za scenariusz, album, nomen omen, „Przedwieczni” (po raz pierwszy wydany w 2008 roku i stanowiący pierwszy solowy komiks z ich przygodami, chociaż wcześniej też się u nas pojawiali, choćby w latach 90. w „Avengers: Ex Post Facto”, gdzie przedstawiona była skrótowo geneza tych postaci). Teraz mamy serię w wykonaniu nieszczęsnego Gillena i z tych wszystkich wymienionych albumów ten jest najsłabszy. Co nie zmienia faktu, że wciąż, o dziwo, to kawał fajnego komiksu, który prowadzi nas do wielkiego eventu, jakim będzie „Sądny dzień”.



Największa zaleta tego tomu? Definitywnie ilustracje, Ribic zawsze dobrze robi oczom, jego szkicowane, charakterystyczne, ale znakomicie podkręcone kolorem prace mają klimat, masę realizmu i świetnie wyglądają – tak po prostu. Guiu Vilanova na tym tle wypada strasznie blado i kiepsko, ale nie dla niego sięga się po ten album. Tak, jak i nie dla scenariusza, chociaż ten, jak na Gillena, jest zadziwiająco przyzwoity.

Pomysł na opowieść jest prosty – ktoś zabija jednego z Przedwiecznych, a śledztwo odkrywa szokująca prawdę. Było już tyle razy, że nie będę próbował liczyć. W „Strażnikach” zginął bohater i śledztwo prowadziło do zaskakujących odkryć, które wywracały wszystkim do góry nogami. W „Kryzysie tożsamości” ktoś zabił żonę jednego z bohaterów, co – uwaga – prowadziło do odkrycia sekretów, które wstrząsnąć miały wszystkim. Itp. itd. Tu nie jest wiele inaczej, za to gorzej, niż w powyższych opowieściach, bo jednak, choć sama akcja jest całkiem fajna, to już to, jak Gillen pisze trąci sztampą i mocno zachowawczym, poprawnym, ale pozbawionym większego wyczucia wykonaniem.


 


Poza tym nie ma tu wielkich zaskoczeń czy rewolucji. Ja wiem, że potencjalnie to wszystko jest, że jest rewolucja i są zwroty akcji, pozorne zaskoczenia, ale jakoś to nie zaskakuje i nie powala na kolana. Całość jest udanym przedsięwzięciem, nie przeczę, ale zarazem bardzo zachowawczym i nie wykraczającym poza inne tego typu historie. Czyta się to szybko, czasem chaotycznie, czasem z przeciągniętą fabułą, a jednak lekko, przyjemnie ale wszystko da się streścić w kilku słowach. Poznać jednak warto, bo i tak to niezły komiks. I stanowi wstęp do największego eventy Marvela od kilku długich lat, a ja jakoś za takimi wielkimi wydarzeniami jednak się stęskniłem.

poniedziałek, 18 sierpnia 2025

Sekrety pralni w Yeonnam-dong Kim Jiyun

 

Czy kiedykolwiek czuliście się tak, jakby świat was nie zauważał? Jakbyście przenikali przez życie jak para w pralni – niewidzialni, cisi, pełni emocji, które nigdy nie znajdują ujścia? Jeśli tak -  „Sekrety pralni w Yeonnam-dong” to książka, która może was ukoić.

 

Nie ma tu wielkich dramatów. Nie ma wybuchów. A jednak czyta się ją jak rodzaj subtelnej terapii.

Z pozoru nic się nie dzieje… a jednak wszystko się zmienia.

 

Pralnia w Yeonnam-dong – dzielnicy Seulu znanej z kawiarni , vintage shopów i młodzieńczej energii – staje się miejscem spotkań zupełnie zwyczajnych ludzi. Wspólny mianownik? Samotność.

Porzucony zielony dziennik staje się przestrzenią, w której nieznajomi zostawiają swoje przemyślenia. Bez imienia, bez kontekstu – tylko szczerość.

 

I wtedy zaczyna się dziać coś pięknego. Ludzie czytają te słowa i… zaczynają reagować. Pomagają sobie, piszą odpowiedzi, szukają się w realnym świecie.

Bohaterowie mijani codziennie – i prawie nikt nie wie co noszą w sercu.

 

Kim Jiyun nie tworzy postaci „literacko spektakularnych”. Przeciwnie – są aż do bólu zwyczajni. I właśnie w tym tkwi ich siła.

 

Jest samotna studentka z zaburzeniami odżywiania. Jest rozwiedziony ojciec, który nie może porozumieć się z synem. Jest starsza pani, która przynosi do pralni więcej wspomnień niż ubrań.

I każda z tych historii zostaje z czytelnikiem na dłużej – właśnie dlatego, że brzmi prawdziwie.

 

Nie spodziewajcie się wielowątkowego thrillera. Tu nawet „akcja” – jak np. policyjne śledztwo w tle - -ma w sobie coś ze snu.

To książka bardziej o emocjach niż wydarzeniach. O tym jak bardzo potrzebujemy być zauważeni. I jak niewiele trzeba by poczuć się mniej samotnym – czasem wystarczy kilka słów napisanych na kartce w pralni.

Styl Kim Jiyun to coś pomiędzy haiku a pamiętnikiem. Krótkie, refleksyjne fragmenty. Z ero nadmiaru. Cisza pomiędzy zdaniami jest tu równie ważna jak same słowa.

 

Tłumaczenie – choć z angielskiego, nie z koreańskiego – zachowuje ten minimalistyczny rytm. Czasami miałem ochotę na więcej głębi językowej, ale może właśnie ta oszczędność była potrzebna? Jak biel wypranych ubrań – bez ozdób, ale czysta.

 

To nie jest książka dla każdego. Jeśli szukasz wyrazistych bohaterów i silnej fabuły – możesz poczuć się rozczarowany. Ale jeśli chcesz czegoś, co delikatnie cię otuli, co da ci przestrzeń na własne refleksje – „Sekrety pralni…” są jak ciepły ręcznik zaraz po suszeniu. Pocieszenie w najprostszej formie.


Ewangelia według Orli Eoghan Walls

 Są książki, które czyta się szybko i zapomina tydzień później. Są też takie, które zostają jak dziwny sen — niby niewyraźny, ale wraca nagl...