czwartek, 2 kwietnia 2026

Superman Action Comics: Supergwiazdy różni autorzy

 



Superman Action Comics: Supergwiazdy” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pokochać bez żadnych zastrzeżeń. I chyba właśnie to najlepiej go opisuje. To nie jest jeden spójny run z jedną wizją i jednym rytmem, tylko zbiór historii od różnych twórców, którzy próbują pokazać Supermana z kilku stron naraz: jako ikonę, jako faceta z sercem, jako bohatera od wielkich kosmicznych akcji i jako człowieka, który wciąż najbardziej działa wtedy, kiedy schodzi bliżej ziemi. I trzeba przyznać, że sporo z tego naprawdę działa. Tylko że nie wszystko równie mocno.

Największa zaleta tego albumu jest taka, że on naprawdę czuje Supermana. Nie w sensie „o, znowu leci i kogoś ratuje”, tylko w sensie samego ducha postaci. Nawet kiedy historie idą w bardziej widowiskowe rejony, cały czas czuć, że to nie jest tylko kolejny muskularny kosmita do przerzucania asteroid. Ten tom całkiem dobrze przypomina, dlaczego Superman działa najlepiej nie wtedy, gdy jest „najsilniejszy”, ale wtedy, gdy jest najbardziej ludzki. I to mi siadło. Jest tu trochę ciepła, trochę serca, trochę klasycznej superbohaterskiej przygodowości, ale bez przesadnego lukru.




Bardzo podoba mi się też sam pomysł na formułę. Zamiast jednej długiej historii dostajemy kilka różnych podejść do tej postaci, więc nie ma nudy. Raz jest bardziej kosmicznie, raz bardziej kameralnie, raz bardziej komiksowy blockbuster, a raz coś bliższego codzienności Clarka i Lois. Dzięki temu album czyta się bardzo płynnie, bo co jakiś czas zmienia się ton, energia i punkt ciężkości. To jest ten rodzaj antologii, który daje poczucie różnorodności, a nie rozstrzelenia. Przynajmniej przez większą część lektury.

To jest tom nierówny. Nie dramatycznie, nie tak, że połowa do kosza, ale jednak wyraźnie. Są historie, które wchodzą bardzo dobrze i zostawiają po sobie fajne wrażenie, a są też takie, które czyta się z przyjemnością, ale bez większego efektu „wow”. I to chyba największy problem „Supergwiazd”: ten album jako całość jest naprawdę dobry, ale poszczególne fragmenty nie zawsze trzymają ten sam poziom. Czasem masz poczucie, że czytasz świetnie złapany ton Supermana, a chwilę później coś, co jest po prostu solidne, poprawne i tyle.




Najmocniej działa na mnie to, kiedy ten tom zwalnia i pozwala Clarkowi po prostu być Clarkiem. Nie tylko symbolem, nie tylko potęgą, ale facetem, który myśli, czuje, reaguje, ma relacje i nie musi udowadniać swojej wielkości samym rozmachem akcji. Te bardziej „przyziemne” albo emocjonalnie lżejsze momenty paradoksalnie robią tu większe wrażenie niż część większych, efektowniejszych numerów. I to jest dla mnie bardzo supermenowe. Bo jasne, można dać mu kolejne zagrożenie z kosmosu, ale tak naprawdę ta postać broni się najmocniej wtedy, kiedy pod tą całą potęgą nadal widać zwyczajną przyzwoitość.

Jeśli chodzi o stronę wizualną, to tutaj znowu — jest bardzo dobrze, ale też nierówno, co akurat przy takim składzie twórców było do przewidzenia. Z jednej strony dostajesz kilka bardzo różnych interpretacji Supermana, co samo w sobie jest fajne. Każdy rysownik podchodzi do tej postaci trochę inaczej. Jedni idą bardziej w klasyczny, czysty superhero look, inni w większą dynamikę i efektowność, jeszcze inni mocniej podkreślają emocje i relacje. Dzięki temu ten tom wizualnie się nie nudzi. Co kilka rozdziałów dostajesz inną energię, inny sposób kadrowania, inny rytm plansz. I to naprawdę działa, bo Superman jako postać dobrze znosi takie zmiany — potrafi wyglądać świetnie zarówno w bardziej „pomnikowym” wydaniu, jak i w lżejszym, bardziej ludzkim.

John Timms bardzo mi tu siadł, bo jego kreska ma w sobie coś, co dobrze pasuje do nowoczesnego Supermana: jest dynamiczna, czytelna, efektowna, ale bez przesadnego przeładowania. Jego plansze mają odpowiednią energię, postacie wyglądają mocno, a akcja ma tempo. To nie jest rysowanie, które chce być bardziej skomplikowane, niż trzeba — raczej takie, które dobrze niesie historię i daje dużo czystej frajdy z oglądania. Superman w jego wykonaniu wygląda dokładnie tak, jak powinien: potężnie, ale nie jak odklejony bóg; bardziej jak ktoś, kto faktycznie może uratować świat, a potem wrócić pogadać z Lois przy kawie.




Eddy Barrows z kolei daje trochę cięższy, bardziej klasycznie superbohaterski klimat. U niego bardzo dobrze wypada skala i fizyczność scen. Kiedy dzieje się coś dużego, to naprawdę to czuć. Postacie mają wagę, kadry mają rozmach, a całość wygląda jak porządny blockbuster DC. To jest ten rodzaj rysunku, który dobrze sprzedaje wielką akcję i wysoką stawkę. Może nie zawsze jest to najbardziej subtelna kreska świata, ale do Supermana w trybie „duże rzeczy się sypią” pasuje naprawdę dobrze.

Bardzo przyjemnie wypada też Cian Tormey, zwłaszcza w bardziej relacyjnych fragmentach. I właśnie tutaj ten album pokazuje, że nie potrzebuje cały czas petard i eksplozji, żeby wyglądać dobrze. Czasem wystarczy dobra mimika, naturalna chemia między postaciami i kadry, które umieją sprzedać zwykłą rozmowę albo drobne napięcie emocjonalne. To może nie brzmi widowiskowo, ale właśnie takie rzeczy sprawiają, że ten tom ma serce, a nie jest tylko paradą efektownych póz.

Natomiast moje większe ale wobec rysunków jest takie, że przez tę różnorodność album momentami traci wizualną spójność. Jasne, to antologia, więc to normalne. Ale niektóre przejścia między historiami są na tyle wyraźne, że zamiast odczuwać przyjemną zmianę tonu, człowiek ma przez chwilę wrażenie, jakby przeskakiwał między kilkoma różnymi seriami wrzuconymi do jednego tomu. I to nie zawsze działa na korzyść całości. Są fragmenty, które wizualnie robią większe wrażenie, są takie, które są po prostu solidne, i przez to po skończeniu nie zapamiętuję tego albumu jako jednego mocnego, spójnego doświadczenia graficznego, tylko raczej jako zbiór kilku naprawdę fajnych momentów i paru po prostu dobrych.

Druga rzecz: nie każda historia dostaje tyle miejsca, ile bym chciał. I to odbija się też na rysunkach. Czasem widać, że artysta ledwo zaczyna budować klimat albo fajnie rozkręca swój fragment, a już trzeba przejść dalej. Przez to niektóre rozdziały zostawiają lekki niedosyt — nie dlatego, że są słabe, tylko dlatego, że chciałoby się w nich pobyć dłużej. To trochę problem formuły: daje różnorodność, ale odbiera szansę na pełniejsze rozwinięcie najlepszych rzeczy.

Scenariuszowo mam podobnie. Podoba mi się, że twórcy nie próbują za wszelką cenę robić z Supermana „mroczniejszego niż zwykle”, bo to najczęściej kończy się średnio. Tutaj czuć szacunek do postaci i chęć pokazania jej z różnych stron, bez rozwalania fundamentów. To duży plus. Ale jednocześnie nie wszystkie historie zostają w głowie na dłużej. Niektóre są po prostu bardzo sprawne, dobrze napisane, sympatyczne, ale jednak po kilku dniach bardziej pamięta się nastrój tomu niż konkretne sceny. A to dla mnie znak, że album działa bardziej jako całościowe przypomnienie „dlaczego Superman jest fajny”, niż jako zbiór naprawdę wybitnych opowieści. I to nie jest zarzut zabójczy — bo taki tom też jest potrzebny. Tylko po tytule „Supergwiazdy” człowiek trochę podświadomie liczy na same petardy. A dostaje raczej bardzo solidny zestaw, w którym kilka rzeczy błyszczy mocniej, a kilka po prostu trzyma dobry poziom. Czyli super, ale nie wszystko. Mimo tych zastrzeżeń bawiłem się przy lekturze naprawdę dobrze. To jest album, który ma w sobie dużo uroku, sporo serca i bardzo przyjemne podejście do postaci. Nie próbuje udowadniać, że Superman musi być na siłę bardziej , żeby był ciekawy. I za to ogromny plus. To taki tom, który dobrze przypomina, że Clark Kent wciąż działa najlepiej wtedy, kiedy twórcy pamiętają, że pod peleryną siedzi nie tylko symbol, ale po prostu dobry człowiek.

Dobry album i naprawdę przyjemna lektura, ale dla mnie bardziej zbiór kilku mocnych historii i paru po prostu solidnych niż absolutny sztos od początku do końca. Największa siła to sam klimat Supermana i różnorodność podejść do postaci. Największa słabość — nierówny poziom i brak pełnej spójności, także wizualnej.

Batman. Mroczne więzienia Zdarsky Chip Jimenez Jorge

 



Batman. Mroczne więzienia” to dla mnie jeden z tych tomów, które najlepiej działają wtedy, kiedy wiesz już, że Batman Zdarsky’ego potrafi być momentami mocno przegięty, ale jednocześnie umie to sprzedać z takim rozmachem, że po prostu chce się czytać dalej. To nie jest klasyczna, „detektywistyczna” historia o Brucie, tylko raczej bardzo intensywny, chwilami wręcz szalony zjazd w głąb jego paranoi, lęków i obsesji. I właśnie dlatego ten album albo kupuje od razu, albo trochę odrzuca. Mnie kupił — może nie bez zastrzeżeń, ale zdecydowanie bardziej tak niż nie.

Największa siła tego tomu to klimat. Od pierwszych stron czuć, że Bruce nie jest tu w swojej zwykłej formie. To nie jest Batman, który spokojnie analizuje tropy i trzy ruchy do przodu rozpisuje plan awaryjny. To jest Batman wrzucony w sytuację, w której wszystko zaczyna się sypać — psychicznie, fizycznie i fabularnie. Zur-En-Arrh nie jest tu tylko ciekawostką dla fanów continuity, ale realnym zagrożeniem, które rozsadza tę historię od środka. I właśnie to mi siadło najbardziej: ten komiks ma w sobie poczucie narastającego chaosu, ale nie takiego bezsensownego. To chaos wynikający z tego, że Batman w pewnym sensie sam staje się swoim najgorszym więzieniem.

Sam scenariusz jest bardzo w stylu Zdarsky'ego — szybki, momentami mocno komiksowy, trochę przesadzony, ale z wyraźnym pomysłem. To nie jest tom, który próbuje być subtelnym dramatem psychologicznym. On raczej wali w czytelnika obrazami, napięciem i kolejnymi zwrotami, momentami niemal bez chwili oddechu. Jednym to może przeszkadzać, bo bywa tu naprawdę gęsto od wydarzeń, ale ja akurat lubię, kiedy Batman dostaje historię z odpowiednim ciężarem i poczuciem stawki. A tutaj stawka jest konkretna: nie tylko Gotham, nie tylko Damian, ale też sama tożsamość Bruce’a. To brzmi górnolotnie, ale w tym przypadku naprawdę czuć, że nie chodzi wyłącznie o kolejną naparzankę z kolejnym przeciwnikiem.


I właśnie — naparzanka jest, ale zaskakująco dobrze uzasadniona. Ten tom nie daje czytelnikowi zbyt wiele luzu. Sporo tu napięcia, sporo brutalniejszej energii, sporo momentów, w których Bruce bardziej walczy o przetrwanie niż o stylowe zwycięstwo. I to działa, bo całość ma dzięki temu taki lekko klaustrofobiczny, duszny charakter. Tytuł „Mroczne więzienia” naprawdę nie brzmi tu przypadkowo — to nie jest tylko miejsce czy fabularny chwyt, ale też stan psychiczny bohatera. Ale jeśli mam być szczery, to znowu — podobnie jak przy „Pozbawionych mocy” — największą robotę robią tu rysunki. Jorge Jiménez to dla mnie obecnie jeden z tych artystów, którzy potrafią narysować Batmana tak, że od razu czujesz, iż obcujesz z czymś dużym, nowoczesnym i cholernie efektownym. Jego Bruce jest dynamiczny, agresywny, niemal sprężynujący napięciem. To nie jest „cichy cień w zaułku” w starym stylu. To jest Batman, który wygląda jak żywa broń, a jednocześnie nie traci swojej charakterystycznej sylwetki i mroku.


Najbardziej podoba mi się u niego to, że on umie połączyć superbohaterski rozmach z bardzo dobrą czytelnością. W tym tomie dużo się dzieje. Są pościgi, konfrontacje, sceny bardziej psychodeliczne, momenty, w których rzeczywistość niemal pęka pod naporem tego, co siedzi w głowie Bruce’a. Przy gorszym rysowniku mogłoby się to zamienić w wizualny chaos. A tutaj nie. Kadry są żywe, dynamiczne, pełne ruchu, ale jednocześnie oko cały czas wie, gdzie patrzeć. To jest ogromna zaleta, bo dzięki temu nawet najbardziej odjechane fragmenty czyta się płynnie.

Bardzo dobrze wypada też praca światłem i cieniem. To może nie jest najbardziej „brudny” czy gotycki Batman, jakiego można sobie wyobrazić, ale wizualnie ten album świetnie balansuje między nowoczesną, ostrą estetyką a mrokiem, który powinien tej postaci towarzyszyć. Gotham nie zawsze musi tonąć w czerni, żeby wyglądało niepokojąco. Tutaj często niepokój buduje sam układ plansz, perspektywa, deformacja ruchu i napięcie w sylwetkach postaci. Ten twórca ma niesamowitą umiejętność rysowania scen tak, żeby czuć było pęd, ciężar i emocję, a nie tylko „ładny obrazek”.

Świetnie wypadają też twarze i emocje. I to jest coś, co bardzo lubię, bo w Batmanie łatwo przesadzić z „kamienną maską”. A tutaj naprawdę widać zmęczenie, wściekłość, determinację, narastającą frustrację. Bruce nie jest tu tylko figurą w pelerynie — momentami wręcz czuć, jak bardzo jest już na granicy. To dodaje tej historii sporo charakteru, bo dzięki temu psychiczny rozjazd bohatera nie istnieje tylko w dialogach, ale też w samym obrazie.

Do tego dochodzą kolory Tomeu Moreya, które świetnie podbijają całość. One robią dokładnie to, co powinny: nadają scenom głębi, wzmacniają napięcie i potrafią w jednej chwili przejść od klasycznego batmanowego mroku do niemal neonowego, niepokojącego szaleństwa. . Nie są tylko tłem dla kreski — one aktywnie budują klimat. Dzięki temu ten tom ma bardzo wyraźną tożsamość wizualną.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba do tego, że ten album chwilami jest aż za bardzo nakręcony. Zdarsky lubi podkręcać stawkę i czasem mam wrażenie, że nie każda scena potrzebuje aż takiego poziomu intensywności. Bywają momenty, gdzie człowiek myśli: dobra, trochę mniej turbo też by wystarczyło. Przez to nie wszystko wybrzmiewa równie mocno, bo kiedy niemal cały czas jedziesz na wysokich obrotach, to trudniej zbudować naprawdę potężny finał pojedynczej sceny. To nie psuje całości, ale czuć, że ten run lubi przesadę.

Druga rzecz jest taka, że to jednak mocny prolog pod większe wydarzenia. Da się to czytać i dobrze się bawić, ale wyraźnie widać, że ten tom nie zamyka się w sobie tak dobrze, jak najlepsze samodzielne historie z Batmanem. On ma rozpędzić machinę, ustawić Bruce’a w fatalnym położeniu i doprowadzić do tego, co potem eksploduje we „Władzy absolutnej”. Jeśli ktoś lubi takie łączenie tomów i poczucie większej układanki — super. Jeśli ktoś szuka zamkniętej, kompletnej historii, może czuć lekki niedosyt.

Mimo tego bawiłem się przy tym naprawdę dobrze. To nie jest Batman, którego poleciłbym komuś na start, bo tu już trzeba wejść w ten bardziej współczesny, eventowy, mocno napędzony styl opowiadania. Ale jeśli ktoś lubi, kiedy Batman jest przyciśnięty do ściany, kiedy jego własny umysł staje się problemem, a do tego wszystko jest podane w bardzo efektownej, nowoczesnej oprawie, to „Mroczne więzienia” są tego przykładem.

Dla mnie to tom, który może nie jest najmocniejszą „bat-opowieścią ever”, ale ma w sobie coś bardzo wciągającego. Czuć tu napięcie, czuć obsesję, czuć rozpad kontroli — a wizualnie momentami to po prostu czysta frajda z oglądania plansz. I chyba właśnie to zapamiętam najmocniej: nie tyle pojedyncze zwroty akcji, ile to, jak Jiménez i Morey potrafią zamienić psychiczny rozjazd Batmana w bardzo konkretne, mocne i widowiskowe obrazy. Solidny, intensywny i świetnie narysowany tom, który najmocniej działa klimatem narastającego chaosu i stroną wizualną. Scenariusz momentami trochę za bardzo ciśnie gaz do dechy, ale rysunki wynagradzają naprawdę sporo.

Władza absolutna. Pozbawieni mocy Mark Waid Dan Mora




 „Władza absolutna. Pozbawieni mocy” to dla mnie bardzo udany początek dużego eventu DC, a przy takich komiksach wcale nie jest to takie oczywiste. Z jednej strony mamy tu wszystko, czego można się spodziewać po historii tego typu: wielką skalę, sporo bohaterów, wysoki poziom zagrożenia i świat, który znowu stoi na krawędzi. Z drugiej jednak ten album nie sprawia wrażenia typowego, zmęczonego crossovera, którego czyta się tylko po to, żeby „być na bieżąco”. Wręcz przeciwnie — od początku czuć, że ta historia ma energię, pomysł i naprawdę potrafi wciągnąć.

Sam punkt wyjścia jest bardzo mocny. Amanda Waller przejmuje kontrolę nad sytuacją i doprowadza do tego, że ogromna część bohaterów oraz złoczyńców zostaje pozbawiona mocy. To od razu ustawia całą opowieść w ciekawszy sposób niż standardowe „kolejny kosmiczny złol chce rozwalić rzeczywistość”. Tutaj stawka jest nie tylko globalna, ale też bardzo konkretna: co zostaje z herosów, kiedy zabierze się im ich największą przewagę? I właśnie to kupiło mnie chyba najbardziej. Ten komiks nie opiera się wyłącznie na widowiskowych starciach, tylko daje też poczucie, że bohaterowie naprawdę zostali zepchnięci do narożnika.




Bardzo dobrze wypada tempo. Ten album praktycznie od pierwszych stron rusza z miejsca i nie ma większych przestojów. Dużo się dzieje, ale całość nie zamienia się w chaotyczny bałagan, co przy eventach jest przecież dość częstą przypadłością. Tutaj widać, że scenariusz został poprowadzony tak, żeby czytelnik miał poczucie skali, ale jednocześnie nie gubił się co kilka stron. To duży plus, bo często przy takich historiach można odnieść wrażenie, że twórcy wrzucają wszystko naraz, a potem człowiek czyta bardziej z obowiązku niż z przyjemności. W tej historii tego nie czułem. Wręcz przeciwnie — miałem wrażenie, że ten komiks naprawdę chce mnie wciągnąć i utrzymać uwagę, a nie tylko zaliczyć kolejne obowiązkowe punkty eventowej rozpiski.

Ale jeśli mam być szczery, to dla mnie prawdziwą gwiazdą tego tomu są rysunki Dana Mory. I to nie jest ten przypadek, że ilustracje są po prostu „ładne”. One tutaj robią ogromną część roboty. Mora ma niesamowitą umiejętność łączenia widowiskowości z czytelnością. Przy tak dużej liczbie postaci, takiej skali wydarzeń i tak intensywnej akcji bardzo łatwo byłoby popaść w przesadę albo wizualny chaos. A tutaj praktycznie każda plansza wygląda dynamicznie, efektownie i jednocześnie wszystko da się śledzić bez problemu. To jest naprawdę sztuka. 




Najbardziej podobało mi się to, że jego rysunki mają energię, ale nie są przeładowane. Kadry są mocne, pełne ruchu i emocji, ale nie ma wrażenia, że artysta za wszelką cenę chce popisać się detalem kosztem płynności czytania. Wręcz przeciwnie — te plansze po prostu się pochłania. Sceny akcji mają odpowiedni ciężar, postacie wyglądają świetnie, a każda większa konfrontacja ma to „coś”, co sprawia, że człowiek zatrzymuje wzrok na dłużej. I właśnie dlatego ten komiks tak dobrze działa jako widowisko. Mora nie rysuje tylko poprawnie. On rysuje tak, że naprawdę czuć skalę zagrożenia, tempo wydarzeń i napięcie.


Świetnie wypadają też same projekty postaci. Każdy bohater wygląda dokładnie tak, jak powinien — charakterystycznie, wyraziście, z odpowiednią dawką „komiksowej epickości”, ale bez przesady. Nie ma tu efektu, że wszyscy zlewają się w jedną masę kolorowych kostiumów. Nawet w scenach zbiorowych zachowana jest czytelność i indywidualność postaci, a to przy takiej obsadzie naprawdę robi wrażenie. Widać też, że Mora doskonale czuje superbohaterską estetykę DC: potrafi narysować coś wielkiego, bombastycznego i bardzo komiksowego, ale bez popadania w kicz.

Bardzo dobrze gra tu też mimika i praca twarzami. To może nie jest rzecz, na którą każdy od razu zwróci uwagę, ale właśnie takie detale sprawiają, że historia nabiera charakteru. Kiedy sytuacja się sypie, to widać to nie tylko po eksplozjach i efektach specjalnych, ale też po emocjach bohaterów. Strach, frustracja, wściekłość, determinacja — to wszystko jest dobrze pokazane. Dzięki temu nawet sceny bardziej „przegadane” nie tracą tempa, bo wizualnie nadal dużo się w nich dzieje.




Nie można też pominąć kolorów, bo one tutaj naprawdę świetnie współgrają z kreską. Całość jest bardzo żywa, soczysta, momentami wręcz błyszcząca, ale nie w męczący sposób. To nie jest mroczne, przygaszone DC, które tonie w szarościach. To raczej nowoczesny blockbuster w najlepszym sensie tego słowa — jasny, efektowny, dynamiczny, z mocnymi kontrastami i dużą dawką wizualnej atrakcyjności. I szczerze mówiąc, bardzo mi to pasuje do takiej historii. Dzięki temu komiks wygląda jak duże wydarzenie, a nie jak kolejna ponura opowieść o końcu świata.

Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to chyba głównie do tego, że mimo wszystko widać, iż to dopiero pierwszy tom większej całości. Niektóre wątki są tu bardziej rozstawianiem pionków pod dalszy ciąg niż pełnoprawnym, samodzielnym uderzeniem. To nie jest jeszcze ten etap, w którym wszystko wybrzmiewa najmocniej. Czuć, że wiele rzeczy dopiero się rozkręca. Do tego przez obecność materiałów pobocznych momentami da się zauważyć lekką nierówność rytmu — raz fabuła pędzi jak szalona, a raz trzeba na chwilę zwolnić, bo akurat wchodzimy w fragment bardziej „uzupełniający”. 


Mimo tego bawiłem się przy lekturze naprawdę bardzo dobrze. To jest dokładnie taki komiks, jaki powinien otwierać duże wydarzenie: ma zrobić wrażenie, dać poczucie stawki, wrzucić bohaterów w beznadziejną sytuację i sprawić, że od razu chce się sięgnąć po dalszy ciąg. I „Pozbawieni mocy” to robią. Nie jest to może historia, która od razu ląduje wśród moich absolutnych faworytów z DC, ale jako rozrywkowy, widowiskowy i świetnie narysowany event sprawdza się znakomicie.

Najmocniej zapamiętam właśnie stronę wizualną, bo rysownik momentami dosłownie niesie ten album na plecach. Nawet gdy scenariusz bardziej ustawia elementy pod kolejne odsłony, rysunki cały czas trzymają poziom i sprawiają, że czyta się to z ogromną przyjemnością. To jeden z tych komiksów, które warto mieć choćby dla samej oprawy, bo naprawdę jest na czym zawiesić oko.

Bardzo dobry początek eventu, który ma rozmach, tempo i świetny pomysł wyjściowy, ale przede wszystkim fenomenalną oprawę graficzną. Jeśli ktoś lubi DC w dużym, efektownym wydaniu, to powinien być zadowolony. A jeśli dodatkowo ceni prace Dana Mory, to tym bardziej — bo tutaj naprawdę pokazuje klasę. Według mnie - oczywiście...

Superman Action Comics: Supergwiazdy różni autorzy

  „ Superman Action Comics: Supergwiazdy ” to dla mnie taki tom, który z jednej strony bardzo łatwo polubić, a z drugiej trochę trudniej pok...