wtorek, 30 grudnia 2025

Koszmarne komando David Dastmalchian, Jesús Hervás

 

Patrząc na ten komiks, trudno nie odnieść wrażenia, że DC trochę nie ma pomysłu na nowe, więc sięga do tego, co już kiedyś było, ale zbytnio nie wybiło się do mainstreamu. Ekipa horrorowych postaci znana jako Koszmarne Komando to twór lat 80. (wymyślił go DeMatteis) i bywała to tu, to tam, a jej ostatnie wcielenie, to widoczne tu, powstało w 2011 roku i od tamtej pory wystąpiło łącznie w 35 zeszytach, co pokazuje, że zbyt wiele miejsca dla niej w uniwersum się nie znalazło. Ale to nie znaczy, że rzecz jest przez to mniej wartościowa. Nie, to naprawdę fajny, nastrojowy komiks. coś dla fanów takich ekip, jak Synowie Nocy (ci są akurat z Marvela), Night Force czy Justice League Dark (obie z DC) i tych, którzy lubią komiks i horror.

 

Potwory DC powracają! Koszmarne Komando zapuszcza się w najstraszniejsze zakątki uniwersum DC, gdzie odkrywa makabryczne tajemnice i szokujące prawdy. W tej mrożącej krew w żyłach opowieści powietrze jest gęste od strachu, pazury są gotowe do ataku, kły błyszczą, a krew leje się strumieniami. Czy potwory z Koszmarnego Komanda to tylko ohydne maszyny do zabijania, czy może ostatnia nadzieja ludzkości? Odpowiedź kryje się w cieniu. Scenariusz komiksu napisał David Dastmalchian („Count Crowley”, „The Suicide Squad”, „Late Night with the Devil”).

 

Drużynowa akcja, horrorowy klimat i superhero. Takie rzeczy czekają na Was w tym albumie. Ogólnie nie jest to jakiś mocny i mroczny komiks, więc nie spodziewajcie się tego po nim. To horror, jak to horror w okolicach głównego nurtu Marvela i DC, czyli za ostro być nie może. Ale jest dynamicznie, lekko, szybko i dość widowiskowo. Fabuła to takie bardziej fantasty, jedynie z mroczniejszymi nieco tonami, które dodają całości uroku. Jeśli miałbym to porównać z jakimiś horrorami to nie takimi, które mają straszyć. To coś, jak kino z przełomu XX i XXI wieku, kiedy kino grozy niby z założenia miało ten element straszny (wilkołaki, wampiry etc.), jednak tylko pozornie, bo skupiało się na akcji i efektach.


No i ten komiks taki jest. Czyta się go, jak oglądało np. „Underworld” czy „Van Hellsinga” – lekko, bezrefleksyjnie, bez lęku i napięcia, ale całkiem przyzwoicie wizualnie. Tu jednak fabuła jest ciekawsza, mniej kiczowata, wszystko mknie i oferuje sporo fajnych postaci, które odwołują się do klasyki horroru, ale jednocześnie mają swój komiksowy vibe. Jest tu co poczytać, ale dialogi nie przytłaczają i nie nudzą. Treść zresztą, jak to w takich przypadkach bywa, jest sprawą drugorzędną, liczy się rozrywka i dobre wykonanie. I to mamy.

 

A to wykonanie najbardziej doceniam od strony graficznej, bo naprawdę fajnie wygląda ten album. Kreska czysta, i realistyczna, i komiksowo przerysowana, wyrazista, dynamiczna. Kolor czasem barwny, intensywny, nie tylko nie ogranicza się do mroku, ale i nie skupia na nim, a jednak wypada to całkiem do rzeczy. No jak cały ten, ładnie zresztą wydany komiks. Kto te klimaty lubi, niech śmiało bierze i czyta.


John Constantine. Hellblazer, Tom 3: Trup w Ameryce. Simon Spurrier, Aaron Campbell


 „John Constantine. Hellblazer” Spuriera tom 3. Czyli solidna cegła (prawie 370 stron). Czy warto? A to zależy, jak podobały się Wam dwa poprzednie tomy. Wiadomo, Spurrier nie czuje tak Johna, jak inni scenarzyści – poziomem do pięt nie dorasta Delano, Ennisowi czy Ellisowi – ale z drugiej strony nie kiepści sprawy tak, jak to zrobił swego czasu Taylor, pokazujący, że jednak ze swoimi komiksami powinien nie wychodzić do mainstreamu. Jest więc całkiem przyzwoicie, klimatycznie dzięki fajnym rysunkom i całkiem przyjemnie.

 

Hellblazer powraca w znakomitej formie!
Sen, jeden z Nieskończonych, potrzebuje pomocy Johna Constantine’a. Coś przerażającego zapuściło korzenie w Ameryce i wykorzystuje piasek z sakwy Sandmana, by narzucić swoją wolę całemu krajowi. Nawet w sprzyjających okolicznościach rozwiązanie tego problemu byłoby niemal niemożliwe ─ a tymczasem Constantine jest niemal martwy: jego serce nie bije, a ciało się rozkłada.
Jakby tego było mało, wraz z przyjaciółką Nat i synem Noahem jest ścigany za zabójstwo. Jeśli ma spełnić prośbę Sandmana, będzie potrzebował pomocy Aleca Hollanda, znanego jako Potwór z Bagien. Tylko razem mogą wykorzenić zło, które od dziesięcioleci zatruwa amerykański sen.

 

Jeśli Constantine w Ameryce, to chyba tylko w wykonaniu Azzarello. Poważnie. Tam było odkrywczo, było pomysłowo i mrocznie. Spurirer zaś sprawia wrażenie, jakby bardziej dostosowywał Johna do realiów uniwersum Sandmana, w efekcie wszystko wydaje się złagodzone, mniej kontrowersyjne, ale i mniej poruszające. Pomysłowe? No też mniej. Acz nadal całkiem przyjemnie wykonane, dość mroczne i dojrzałe. Lżejsze, niż klasyczne serie, miejcie to na uwadze, ale wiadomo, to rzecz bardziej dla fanów „Sandmana” niż „Hellblazera” i jako taką należy rozpatrywać.

 

Konkretna ilość stron przekłada się tu na konkretną ilość wydarzeń. Jest tu coś z horroru, dużo fantastyki, zwłaszcza dark fantasy, fajnie wypada wątek z rozkładem Johna, bo takie dokładnie problemów bohaterowi w sytuacji, w której i tak ma ciężko zawsze jest in plus, a przy okazji całość dostarcza sporo treści. Jest niekiedy przegadana, to fakt, czasem można by to było stonować, bo jednak Spurrier nie potrafi tak w kwiecistość, jak Delano, a nawet u niego czasem to męczyło, ale jednocześnie to nie komiks, który łyknięcie w godzinę czy dwie, więc poczytać jest co.

 

A czy jest na co popatrzeć? Tak. Tu nie mam nic do zarzucenia, bo ilustracje są znakomite, klimatyczne, nastrojowe, realistyczne… No jest mrok, jest dobre wykonanie, są wizualne fajerwerki, ale w naprawdę dobrym stylu, a i jest świetne wydanie, niby to tylko strona techniczna, drobiazg, ale jednak pozwalający się lepiej cieszyć ilustracjami.

 

W skrócie: doskonale narysowany, nieźle napisany komiks. Wart uwagi, zwłaszcza jeśli jesteście miłośnikami uniwersum Sandmana. Chociaż i fani Johna też znajdą tu coś dla siebie.

Superman. Ostatnie dni Lexa Luthora Bryan Hitch, Mark Waid

 

Waid pisze i już wiadomo, że będzie warto. Jednak to wszystko ilustruje Hitch, a Hitcha trudno nie lubić – za jego realizm, za klimat, za przywiązanie do detali i rzeczywistości i macie kolejny powód, by sięgnąć po ten album. Poza tym to po prostu dobra opowieść o Supermanie, mało oryginalna, nie powiem, bo oparta na znanym i sprawdzonym schemacie, ale nadal bardzo fajna, dzięki dobrej ekipie, która wiedziała, co robi.

 

Lex Luthor umiera i chce, żeby Człowiek ze Stali znalazł lekarstwo na jego szybko postępującą chorobę. Choć nikt nie zatęskniłby za Luthorem, Superman wyruszy na krańce wszechświata, do innych wymiarów i w inne epoki, żeby ocalić swojego wroga. Dlaczego ratuje kogoś, kto zawsze usiłował go zniszczyć? Czy zdoła znaleźć lek?

Mark Waid („Justice League Unlimited”, „Batman i Robin: Rok Pierwszy”) i Bryan Hitch („Authority”, „Hawkman”) ponownie łączą siły, aby opowiedzieć o swoim ulubionym superbohaterze!
Album zawiera materiały opublikowane pierwotnie w amerykańskich zeszytach „Superman: The Last Days of Lex Luthor” #1–3, galerię alternatywnych okładek oraz szkice Bryana Hitcha i Kevina Nowlana.

 

Pewnie to wiecie, jednak uśmiercanie i ożywianie superbohaterów zaczęło się tak naprawdę w latach 90. XX wieku od „Śmierci Supermana”. Podwaliny pod to podłożył komiks „Śmierć Stacych” już w latach 70., ale dopiero od  śmierci i zmartwychwstania Supermana wszystko zaczęło się na dobre. Przez dekady w zasadzie każdy główny bohater komiksowy umarł i wrócił, niektórzy po kilka razy. Podobnie rzecz miała się z łotrami, bo ci też konali, zajmowali miejsce herosów, powracali zza grobu… A ten komiks to połączenie w zasadzie wszystkiego, co już znamy. Chorujący i umierający Luthor? To działo się mniej więcej w tym samym czasie, co „Śmierć Supermana” – wkrótce po powrocie Superka doszło do opowieści znanej jako „Bitwa o Metropolis / Upadek Metropolis”, gdzie w drugim akcie mamy umierającego Luthora, który wciela w życie swój plan. Ten pomysł pożeniony jest tu z szukaniem lekarstwa dla wroga (a la to, jak Dock Okck w „Sadze klonów”, też wówczas wydanej, szukał leku dla konającego Petera) i paroma innymi rzeczami.

 

Kotlet odgrzewany po raz kolejny? Niby tak, ale jednak naprawdę fajnie się to czyta. Album to podróż Supermana, który ma ratować swojego największego wroga. Podróż ciekawa, pomysłowa, czasem sentymentalna, czasem zaskakująca. Dobrze napisana, pięknie zilustrowana (udział Nowlana, który kiedyś tak znakomicie zilustrował starcie Superka z Alienami tylko podkręca całość) i równie pięknie wydana – twarda oprawa, większy format, pozwalający cieszyć się całością. Dla mnie bomba. I chyba najlepszy Superman, jaki wyszedł w tym roku.

niedziela, 14 grudnia 2025

Superman kontra Lobo Andolfo Mirka Beattie Sarah Seeley Tim





Oj było już starć między nimi sporo. Po polsku też się coś trafiło, chociaż zdecydowanie więcej działo się na rynku amerykańskim. Ale nie o to chodzi. To, co tu mamy, to jeszcze jedno mordobicie pomiędzy oboma postaciami. Komiksowy przeciętniak, w którym nie chodzi o sens i logikę, ani żadną ambicję, a o rozrywkę. Ta, jak na współczesnego „Supermana” jest typowa, ale niezła, jak na „Lobo”… no sami się domyślcie. Ale to starcie, w odróżnieniu od poprzednich, jest dłuższe i bardziej rozbudowane.


Czasy kiedy Lobo był gwiazdą, minęły dawno temu. W sumie nie ma się co dziwić, bo w czasach, kiedy komiksy nie tylko są najczęściej nijakie i pozbawione jaj, postać taka, jak Ważniak, która łamała nie tylko czwartą ścianę zanim Deadpool w ogóle błądził po zwojach mózgowych twórcy, ale i konwencje, z równą łatwością, co kości, karki i żywoty ludzi, jest zbyt odważna, zbyt postmodernistyczna i zbyt dobra, by kontynuować jej losy. Dlatego DC nawet jeśli do niego wraca, łagodzi go, zmienia, upraszcza.



I złagodzony jest też tutaj. To Lobo taki, jak współczesne komiksy, niby podobny, a jednak jakby bez jaj, jak to się mówi. Ułagodzony rozrabiaka, zabijaka może, ale nie ten Ważniak, którego pokochaliśmy w latach 90. Komiks z nim jest jednak niezły, bardziej Supermanowy niż Lobowy i to na uwadze mieć trzeba, jednak czyta się go całkiem przyzwoicie. Szybka, lekka rozrywka, gdzie dzieje się dużo, nawet jeśli bez większego znaczenia. Za to z humorem i szaleństwem rodem z growych nawalanek, gdzie liczy się wymiana ciosów, a nie treść.





Rysunki są podobne. Specjalistka od romansideł i erotyków nie była najlepszym wyborem. Stara się jednak, coś tam jej wychodzi, a całość, choć to nie Bisley, nie Dwyer ani Kennedy, którzy po mistrzowsku ilustrowali „Lobo”, nie wypada źle. Po prostu dość łagodnie, prosto, z mangowym zacięciem, a liczyłem na mocną, mroczną i krwawą, a jednocześnie dynamiczną szatę graficzną. Całość jednak jest po prostu przyzwoitym przeciętniakiem, komiksem, jakich na rynku wiele, ale ładnie wydanym i nie rozczarowującym. Mam jednak nadzieję, że ta publikacja w temacie „Lobo” coś ruszy i doczekamy się wznowień nie tylko „Portretu bękarta”, który niedawni trafił na rynek ponownie, tym razem w edycji kieszonkowej w zasadzie, ale i całej masy legendarnych historii, które od dekad krążą z drugiej ręki w astronomicznych cenach.

poniedziałek, 1 grudnia 2025

Łuk Karpat zimą Weronika Łukaszewska, Sławomir Sanocki





 Są takie książki, które nie przyciągają sensacją, nie epatują dramatem, nie próbują udowadniać, że ich bohaterowie są niezniszczalni. Zamiast tego – po prostu opowiadają o drodze. O drodze prawdziwej, w której każdy krok kosztuje wysiłek, ale też przynosi spokój. Taka właśnie jest książka „Łuk Karpat zimą” Weroniki Łukaszewskiej i Sławomira Sanockiego.


To historia o wędrówce przez Karpaty – góry dzikie, rozległe i wymagające. Ale też opowieść o dwojgu ludziach, którzy postanowili stawić czoła nie tylko śniegowi i mrozowi, ale również własnym słabościom, wątpliwościom i milczeniu, które towarzyszy długim dniom marszu. Zimowy Łuk Karpat to nie tylko przestrzeń geograficzna. To także wewnętrzny pejzaż człowieka.


Od pierwszych stron czuć, że to książka pisana z doświadczenia, nie z marzenia. Autorzy nie idealizują gór ani siebie. Piszą o zmęczeniu, o przemoczonej odzieży, o chwilach zwątpienia, kiedy wiatr ścina oddech, a kolejne kilometry wydają się nie mieć końca. Ale jednocześnie między wierszami czuć coś, co trudno nazwać – jakąś niezwykłą wolność, prostotę, zachwyt. To właśnie w tych momentach, gdy wszystko boli, a świat ogranicza się do paru kroków w śniegu, pojawia się coś prawdziwego.


Narracja prowadzona jest dwugłosem – Weroniki i Sławomira. To ogromny atut książki. Ich perspektywy różnią się, ale razem tworzą pełen obraz tej wyprawy. Ona patrzy sercem – wrażliwa na detale, światło, ludzi spotkanych po drodze. On – spokojny, rzeczowy, uważny na rytm dnia, na pogodę, na logistykę. Razem tworzą coś w rodzaju rozmowy z górami, w której każde zdanie jest echem drugiego. Widać w tym partnerstwo, zaufanie, a czasem – drobne pęknięcia, które tylko dodają całości autentyczności.


Ogromne wrażenie robią fotografie. Nie są tylko dokumentacją wyprawy. To osobne opowieści – o ciszy, o świetle, o bieli, która potrafi być zarówno przyjazna, jak i bezlitosna. Zatrzymują uwagę tak samo jak słowa. Widać, że to książka robiona z pasją, z dbałością o każdy szczegół, z potrzebą zatrzymania ulotnych chwil.


Ale „Łuk Karpat zimą” to nie tylko książka o górach. To również medytacja o czasie, o bliskości i o tym, jak niewiele człowiek potrzebuje, by poczuć, że żyje naprawdę. W świecie, który coraz głośniej i szybciej biegnie do przodu, ta opowieść jest jak głęboki oddech. Przypomina, że prawdziwe podróże zaczynają się wtedy, gdy milknie telefon, a zostaje tylko krok, śnieg i oddech drugiego człowieka obok.


Nie znajdziemy tu fajerwerków, dramatycznych zwrotów akcji ani przesadnych emocji. Jest za to coś o wiele cenniejszego – spokój i prawda. Po zamknięciu książki długo jeszcze zostaje w głowie obraz dwójki ludzi idących przez białe góry, z małymi plecakami i ogromnym zaufaniem do drogi.


Dla mnie „Łuk Karpat zimą” to książka o odwadze – ale nie tej, którą mierzy się w kilometrach. To odwaga bycia w ciszy. Odwaga, by słuchać siebie i drugiego człowieka. I wreszcie – odwaga, by zwolnić i zobaczyć, że to, co najważniejsze, często dzieje się między jednym krokiem a drugim.

Koszmarne komando David Dastmalchian, Jesús Hervás

  Patrząc na ten komiks, trudno nie odnieść wrażenia, że DC trochę nie ma pomysłu na nowe, więc sięga do tego, co już kiedyś było, ale zbytn...