piątek, 18 kwietnia 2025

Drapieżny ród Piastów, "Piastowie. Przeklęty testament Sławomir Leśniewski

 




Historia początków Polski zaprezentowana, jakby to była dobra literatura przygodowa? Ja wiem, że publikacje Leśniewskiego, speca od literatury historycznej (na koncie ma choćby „Na Moskwę. Polacy na Kremlu w XVII wieku”, „Napoleoński amok Polaków” czy „Potop. Czas hańby i sławy 1655-1660”), to nic innego, jak literatura faktu, żadne powieści, żadna beletrystyka. A jednak mają w sobie to coś. To nie sucha, podręcznikowa wiedza, a wiedza pełna, krwista, bogata i pozwalająca nie tylko zapoznać się z faktami, ale i – a raczej przede wszystkim – wczuć w nie i całej tej historii doświadczyć. I takie właśnie są te dwie części sagi o Piastach – „Drapieżny ród Piastów” oraz „Piastowie. Przeklęty testament” – które urzekaną każdego miłośnika historii rodzimej.

 

No to już wiemy o czym to i z czym się, a jak to wszystko wypada? Poza tym, że znakomicie, o czym już przecież pisałem na wstępie. A zatem tak, z jednej strony Leśniewski podchodzi do tematu z chłodnym profesjonalizmem, stara się być jak najdokładniejszy, więc opisuje nie tylko to, co główne, najważniejsze i najistotniejsze, ale i postacie poboczne, mało albo prawie powszechnie nieznane, a także tło, dzięki czemu rzecz nabiera głębi, pełni. Z drugiej strony opowiadając o ludziach, nie tylko o tym, kim byli, ale też jacy byli. Efekt? Czytanie książek Leśniewskiego na tle czytania podręczników pokazuje nam jaka wielka przepaść dzieli książki, które powinny uczyć historii od tej, które nas faktycznie jej uczą – poprzez doświadczanie. Bo dla autora liczy się historia i jej przekazanie, to jego pasja i – mam wrażenie – misja. I nie tylko ma wiedzę pozwalającą mu to zrobić, ale i umiejętności, dzięki którym przekazuje ją tak przyjemnie i skutecznie.


 Co mi się tu podoba to fakt, że obie te pozycje to książki balansując między naukowym profesjonalizmem, a treściami i formą podania odpowiednią jednocześnie dla laików. To nie szkolny wykład, to nie podręcznik ani skondensowana wiedza podręcznikowa, z której niewiele poza datami i nazwami wynika. Po prostu jest tu ciekawie, bez przynudzania, wyczerpująco, ale bez nadmiaru suchych faktów, za to z lekkością i pasją. Każdy z tych tomów to ponad czterysta stron – łącznie niemal dziewięćset stron, głównie tekstu, choć znalazło się też miejsce dla odrobiny zdjęć, które doskonale całości dopełniają, uzupełniają i pozwalają nie tylko poczuć, wyobrazić, poznać, ale i zobaczyć.


 Ergo? Bierzcie w ciemno, jeśli lubicie historię – nawet jeśli nie trawicie książek historycznych. Leśniewski, jak już pisałem, zrobił tu robotę, która broni się na każdym polu, nieważne czy u zagorzałych miłośników tematu, czy też w przypadku nim zainteresowanych, ale nieprzepadających za tym, jak zwyczajowo wyglądają takie książki. A po lekturze tych dwóch tomów naprawdę chce się więcej, na szczęście autora stworzył niejedną podobną pozycję, jest zatem z czego wybierać.



niedziela, 6 kwietnia 2025

Kolorowe trójkąty Joanna Bednarczyk

 




Dziś omawiam dla Was grę „Kolorowe trójkąty”. Rzadko omawiam tego typu rzeczy, ale to – jak i omawiane przeze mnie „Ubongo” – to rzecz warta uwagi. Bardzo przyjemna rozrywka dla całej rodziny – już od graczy w wieku lat sześciu. 2-4 uczestników, pół godzinki na sesję, a ile daje frajdy!


 



Gra ma dwa warianty rozgrywki:


1. „Tylko kolory” – w tym wariancie gracz otrzymuje punkty za wszystkie kolorowe trójkąciki ze „spójnych” jednokolorowych obszarów (złożonych z co najmniej dwóch trójkącików), które utworzył dokładając swój kafelek.


2. „Kolory i trójkąty” – w tym wariancie gracz otrzymuje punkty jak w wariancie „Tylko kolory” oraz dodatkowo otrzymuje punkty za dostrzeżenie każdego trójkąta MAX (o boku co najmniej 2), czyli takiego, który powstał po dołożeniu większej ilości kafelków.


Potrzebna jest doskonała spostrzegawczość i umiejętność strategicznego myślenia. Wygrywa gracz, który na koniec gry zgromadzi najwięcej punktów.


Gra:


- ćwiczy spostrzegawczość i umiejętności strategii


- uczy cierpliwości


- poprawia koncentrację


 



No i to wszystko co można powiedzieć o rozgrywce. Gra wymagająca skupienia i myślenia, uwagi, ale i uważności, jednocześnie uczy tych rzeczy, pozwala je rozwijać i bawi. Bawi naprawdę znakomicie, a że wymaga niewiele od graczy, bo i łatwo opanować zasady, i jej zawartość jest dość skromna (ale więcej nie trzeba: 6 większych trójkątów kafli startowych, 2 komplety mniejszych trójkątów kafelków i 4 ściągawki z punktacją to naprawdę dostateczny zestaw). A gra dzięki elementowi losowości nadaje się do wielokrotnego grania przez naprawdę długi czas. A grać się chce. I jest w co.

Przy okazji rzecz jest znakomicie wykonana. Wymiar rozrywkowy i naukowy gwarantuje osoba autorki, bo Joanna Bednarczuk to, jak mówi wydawca, doświadczona nauczycielka matematyki i współautorka podręczników. Od lat popularyzuje metodę nauki poprzez zabawę, wykorzystując łamigłówki, układanki i inne pomoce manualne.  I to się w grze widzi i czuje. rzecz jest dobra i profesjonalnie wykonana, a przy okazji bardzo, bardzo ładna – młodszym wpadnie w oko, starszym nie wyda się zbyt barwna i infantylna, więc naprawdę dla każdego coś miłego. Macie ochotę? Grajcie, warto.


Ubongo. Travel Grzegorz Rejchtman




 „Ubongo” –  uwielbiam. Fajna sprawa te gierki, sporo jest ich różnych ma rynku, a tu mamy wersję podróżą, do plecaka, kieszonkową, jak wolicie. Kolejną taką, ale nieważne, czy znacie poprzednie, czy nie, zabawa jest przednia i da dużo przyjemności graczom w różnym wieku.



Gra typu bawiąc uczy, ucząc bawi. Czym bawi, wiadomo, czego uczy? A no umiejętności logicznego myślenia, spostrzegawczości i motoryki małej. Uczy tego na różnych poziomach, bo możemy sami dostosować poziom trudności. A na dodatek dla odmiany tym razem gracze dostają też tryb solo, więc mogą bawić się w grupie (do czterech osób) albo samemu. A przy okazji jej kolejnym dużym plusem jest tempo rozgrywki – potrzeba na nią ledwie kwadransa, więc można szybko i miło, w krótkiej wolnej chwili. Ładne jest tu wykonanie, wszystko wygląda przyjemnie, wpada w oko i po prostu jest, jak zawsze, dobre. Na zestaw składają się 32 planszetki z 64 różnymi zadaniami oraz 4 komplety po 8 kafelków, rzecz zajmuje niewiele miejsca, ale daje masę frajdy każdemu, kto się zaangażuje w rozgrywkę. Do tego w odbiorcach starych, jak ja, takich sentymentalnych dziadersach, jak to mówią, obudzi wiele nostalgii, bo chyba każdy z nas pamięta, jak grało się w takie podróżne gry do plecaka załączone do „Kaczora Donalda”.


Lasy Opalu. Tom 1 Arleston Christophe Philippe Pellet

 



Twórca „Lanfeusta z Troy” wraca z nową serią. Fajnie. Tym razem rzecz jest bardziej klasyczna, bardziej typowa, ale nadal bardzo, bardzo dobra. Komu odpowiada heroic fantasy o ratowaniu wszystkiego, ale takie lekkie, a zarazem brutalne, gdzie bohater wybraniec, mocni wrogowie i ładne kobiety, może śmiało poznać.


 


Co tu dużo mówić, twórcy tej serii nie bawią się w odkrywanie nowych fantastycznych lądów, chcą się po prostu dobrze bawić odtwarzając motywy, które doskonale znają i ta zabawa udziela się nam. Tak to wygląda. czy to źle? Nie, bo nawet jeśli nie znajdujemy tutaj nic nowego, całość czyta się lekko i przyjemnie. Sprawnie napisana rzecz, z dobrą akcją i sporą dozą uroku. Bardziej to takie męskie fantasy – czego innego spodziewać się po tym scenarzyście, prawda? – ale tak naprawdę nie ma to znaczenia, bo kto gatunek lubi, znajdzie coś dla siebie.



Tylko trochę szkoda, że szata graficzna to jednak nie drugi „Lanfeust”, bo niezła jest, ale… No trochę niewprawna mam wrażenie, trochę czasem coś tu zgrzyta, nie do końca wpada mi w oko, ale i nie jest zła. Po prostu liczyłem na coś lepszego, acz chociaż i tu co prawda nie ma żadnego novum, takie ilustracje zawsze nieźle się sprawdzają i pasują, nawet jeśli nie zawsze są jakieś super. Super za to jest wydanie, a całość warto polecić. Oczywiście „Lasy Opalu” to zaledwie pierwszy tom. 


niedziela, 30 marca 2025

Sekrety nigdy nie umierają Ralph Vincent

 


Lekka, prosta książka, całkiem przyjemne czytadło dla nastolatków. Poprawnie napisana z całkiem niezłym klimatem. Wchodzi szybko i przyjemnie. Nie jest to jakieś wybitne dzieło, za bardzo przypomina Koszmar minionego lata, chociaż jednocześnie ma swój charakter. Postacie proste bardziej archetypiczne niż złożone psychologicznie. Do młodego czytelnika przemówią na pewno. Dzieje się na pewno dużo, w szybkim tempie i niezłym stylu. Tyle.

Goscinny&Uderzo Asteriks i Normanowie

 


Asteriks” to taka seria, że za każdym razem, gdy czytam kolejne komiksy z niej – nawet jeśli czytam je po raz n-ty - chcę tylko więcej. bo bawi, uczy, przekazuje sporo fajnej wiedzy historycznej dzieciakom – choć pewnie i niejednemu dorosłemu – a tym najstarszym odbiorcom pozwala bawić się odniesieniami, puszczaniem oka i całą gamą żartów mniej lub bardziej zrozumiałych dla dzieci. Jest tu satyra, jest dobra zabawa, jest magia.

 Ot bez dwóch zdań jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) komiksowych komedii familijnych, które tak samo doskonale każdego.  Do tego wszystko jest znakomicie ilustrowane – prawdziwe mistrzostwo cartoonowych ilustracji, dopracowane, urzekające i uzupełnione o genialny w swej prostocie kolor. I pięknie wydane, jak zresztą zauważa sam wydawca: Nowa edycja w twardej oprawie oprócz komiksu zawiera także ponad czterdzieści stron dodatków, w których czytelnik pozna okoliczności powstawania albumu, zobaczy archiwalne materiały i dowie się wielu ciekawostek o bohaterach, autorach i historii.

 I to doskonale dopełnia i tak już wybitnej całości.

Powrót Metallo. Superman Action Comics. Tom 1 Phillip Kennedy Johnson Sandoval Rafa


 

Metallo wraca. Bywa. Dawno go nie było w serii – przynajmniej na polskim rynku, nie wiem, jak w USA – a że to całkiem fajny jest wróg, można się było cieszyć. Czy słusznie? A no niezbyt, bo historia choć niezła, jest dość zachowawcza i typowa. Pomysł na opowieść jest spoko, ale – jak to u tego scenarzysty bywa – gorzej jest z wykonaniem.



W Metropolis wieje wiatr przemian, a rosnąca agresja ruchu Błękitna Ziemia powoduje niepokój w całej superrodzinie. Otwarcie Steelworks Tower – przyszłego bastionu innowacyjności – przyciąga uwagę potężniejszego niż zwykle Metallo. Gdzie zdobył swoją supersiłę i dlaczego zaślepia go zemsta?


 


Super, że Metallo. Fajnie, że jakiś pomysł na to był. Dobrze, że ma to czasem taki vibe w stylu lat 90. Niefajnie, że napisał to Johnson. Dzięki temu komiks staje się typowy, sztampowy, z drętwymi dialogami. Tam gdzie akcja i mało gadania jest przyjemnie, tam, gdzie wkracza więcej tekstu widać od razu, że scenarzyście nie idzie, to nie jego bajka i lepiej byłoby, żeby wymyślał fabuły – choć też nie wszystkie, bo zrobił już masę kiepścizn – i zostawił pisanie, choćby samych dialogów, komuś innemu.


 



Za to ładnie to wygląda, akcja wypada dobrze, postacie i klimat tak samo. Udaje się komiksowi zrobić dobre wrażenie od tej strony, choć już to wszystko, co się tu dzieje widzieliśmy już tyle razy. Wizualnie zabawa jest bardzo dobra, szkoda, że treść nie dorasta jej do pięt. Z drugiej strony to i tak jeden z lepszych komiksów z Supermanem od Johnsona, więc jeśli poprzednie Wam podeszły, ten będzie Wam smakował jeszcze lepiej.


Nocne koszmary. Batman Williamson Joshua Porter Howard Giuseppe Camuncoli



Ten album przypomina mi nieco „JLA: Dark” – bardziej film, animację, a nie fajny komiks, którego po polsku chyba już się nie doczekamy. Bo Batman, bo Zatana, bo horror. Williamson jakim pisarzem jest każdy wie, ale tym razem o dziwo mu się udało.


 



Batman, Superman i Wonder Woman wraz z wplątanym w całą historię Deadmanem walczą z Insomnią i jego Bezsennymi Rycerzami! Kto przetrwa, gdy nasi bohaterowie trafią do krainy koszmarów?


 


„JLA: Dark” to była tak seria, taka ekipa, gdzie ci mroczniejsi bohaterowie wydawcy – Constantine, Deadman, Zatana itp. – zebrali się i ze złem walczyli. Tak w skrócie i uproszczeniu. Jeśli porównać to do czegoś wydanego po polsku, byłby to zapomniany już nieco, ale wracający niedługo w nowym, pełny, wydaniu „Świt synów nocy”. Jakościowo „Nocnym koszmarom” bliżej jest jednak do „Ghost Rider: Wojna u wrót piekła”, ale i tak daje radę. Bo lubię mrok, lubię horror i Batmana też lubię i fajnie grają te elementy. A że Zatana to postać, która zjednała sobie mają sympatię… Sami wiecie. Reszta to pretekstowa, znajoma fabuła, bo ileż to było historii, w których Wayne w przebraniu stawiał czoła horrorowym rzeczom, to właściwie standard, ale daje radę.


 


Najlepsze są ilustracje. Bo te to już w ogóle moja bajka. Lubię tych artystów, a tu dobrze im idzie, fajnie to wszystko wygląda i jest klimat, a to najważniejsze. Czyli śmiało, czytajcie, sięgajcie, bo jeśli to są wasze klimaty, znajdziecie tu coś dla siebie. Lepsze to od większości komiksów DC z tej linii wydawniczej. No i na pewno jeden z lepszych komiksów tego scenarzysty.

czwartek, 6 marca 2025

Batman/Superman: World's Finest: Dziwny przybysz Tamra Bonvillain, Dan Mora i inni

 


Wydawanie serii „Batman/Superman World’s Finest” trwa. Całkiem fajnie, bo choć to nic szczególnego i Waida stać na zdecydowanie lepsze historie, przygody obu herosów w jego wykonaniu są całkiem do rzeczy. Lekko, prosto i sympatycznie.


Kiedyś połączenie Batmana i Supermana w jednej przygodzie to było coś. W DC bohaterowie, poza Ligą Sprawiedliwości prawie się nie spotykali. Jeśli jednak już działali razem, to było to konkretne wydarzenie, które rozpalało wyobraźnię nie tylko dzieciaków. Do tej pory zresztą wydawca zachował dla swoich postaci wiele autonomii, niemniej ich losy przenikają się o wiele mocniej niż kiedyś. I więcej jest serii, gdzie spotykają się ci bohaterowie. Ta ro kolejna z nich, kolejna nawet na polskim rynku. Czy najlepsza? Raczej w tym samym stylu i na podobnym poziomie, co poprzednie. Więc jeśli podobało się Wam, to, co robił Loeb z kolegami parę lat temu, to też się Wam spodoba.



Wszystko jest lekko, szybko i na luzie. Dużo się tu dzieje, tempo pędzi na złamanie karku, nie brak humoru i takiej swobody. Nieźle to wygląda, czyta się tak jak ogląda – bez nudy i całkiem przyjemnie, w konkretnym tempie pochłaniając strony. Ciężko tu pisać coś konkretnego, to nie jakaś przełomowa, czy wielka seria, ale rozrywka w stylu superbohaterskich filmów. Choć lepsza od większości tego co trafia w ostatnich latach do kin w tym konkretnym temacie.

środa, 5 marca 2025

Hulk Cates Donny Ottley Ryan




Nowy run Hulka to rzecz nieco słabsza od poprzedniego, też nie jakoś wybitnego – to nie czasy, gdy serię pisał David – acz wyróżniającego się horrorowym podejściem cyklu. Teraz jest więcej akcji, więcej szaleństwa. Ale zabawa wciąż jest sympatyczna.



Cates  odcina się od tego, co było i fajnie wykorzystuje to, co zostawili po sobie poprzednicy i jeszcze chce zarówno dać zielonemu nowy start, jak i spójność fabularną z tym, co było. Przede wszystkim jednak stawia na dużo wydarzeń, dużo akcji, lekkość i sporo takich epickich rzeczy, żeby było co poczytać i na co popatrzeć. Nie zawsze wychodzi mu tak, jak powinno, nie ma tu pomysłowości i siły, a całość raczej gra na sentymentach, niż szuka świeżości, ale jest całkiem przyjemna.


 


Także graficznie. Znów to nie poziom „Nieśmiertelnego Hulka”, do którego rzecz będzie porównywana, skoro stanowi jego bezpośrednią kontynuację, ale nieźle wygląda. Do tego to solidny, opasły tom, więc macie solidną dawkę Hulka na raz. Ciepło się robi na serduchu, jak czyta się rozrywkę na tak przyzwoitym poziomie.


Supercorp. Superman. Tom 1 Williamson Joshua Jamal Campbell

 


Superman trafia w nowe ręce. Z jednej strony jest się z czego cieszyć, bo run Johnsona był wyjątkowo słaby, a im dalej tym gorzej. Z drugiej tym razem serię pisze Williamson, czyli gość, który tak strasznie skiepścił wszystkie te ostatnie eventy, jak „Mroczny Kryzys” czy „Nieskończona granica”. No i? No i przeciętnie jest. Ot jeszcze jedno superhero jakich wiele.



 Williamson to taki przeciętny wyrobnik, który za co się nie weźmie, zmienia w jeszcze jedną taką samą opowieść. Pamiętacie „Bez sprawiedliwości”, gdzie ciągnął na dno lepszych od siebie scenarzystów? Albo „Flasha”, którego ciągnął przez 15 tomów nie za bardzo wiadomo po co? Albo jak udzielał się w „Death Metalu”? Wszystko było podobne: akcja, papierowe postacie bez charakteru i wyrazu i wtórne historie. Podobnie jest teraz. Nie porwało mnie tu nic, choć trzeba oddać, że jednak Superman w jego wykonaniu nie jest taki najgorszy. Po prostu to postać, którą można ukazać prosto, bez zaangażowania się w psychologię czy rys charakterologiczny, oprzeć na frazesach i jakoś to zadziała. Tak działa i tutaj.




 Reszta to po prostu akcja, akcja i jeszcze trochę akcji. Wątki, jak to Lex może pomóc Supermanowi były już tyle razy i zawsze lepiej, że to już nie kręci. Nieźle jednak wygląda, bo graficznie jest przyzwoicie, a szybkie tempo pozwala się nie znudzić. Bardziej to jednak rzecz dla tych, którzy nie znają za bardzo komiksów, więc i nie poznali lepszych historii a mają ochotę na Supermana. Tyle.


niedziela, 9 lutego 2025

Asteriks. Walka wodzów Goscinny, Uderzo




Kolejny tom „Asteriksa” to absolutny klasyk tej serii. Wiadomo, można nie lubić komedii, można nie lubić komiksów europejskich, ale znać wypada, a ten to jeden z tych momentów, które znać wypada i to szczególnie. A jednocześnie to zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów całego cyklu, który zachwyca na każdym polu.


 



Rzymianie, używając podstępu i starego galijskiego obyczaju, próbują podbić wioskę nieugiętych Galów. Walka wodzów – bo o tej tradycji mowa – zobowiązuje wodza wyzwanego na pojedynek do przyjęcia wyzwania. Ten, który przegra, jest zobowiązany oddać się wraz z całym swoim ludem pod rządy zwycięzcy... Historia galijskiej osady, która dzielnie stawia opór rzymskim najeźdźcom, to obowiązkowa pozycja na półce każdego fana komiksów.


Asteriks” to taka seria, że za każdym razem, gdy czytam kolejne komiksy z niej – nawet jeśli czytam je po raz n-ty - chcę tylko więcej. bo bawi, uczy, przekazuje sporo fajnej wiedzy historycznej dzieciakom – choć pewnie i niejednemu dorosłemu – a tym najstarszym odbiorcom pozwala bawić się odniesieniami, puszczaniem oka i całą gamą żartów mniej lub bardziej zrozumiałych dla dzieci. Jest tu satyra, jest dobra zabawa, jest magia.


 



Ot bez dwóch zdań jedna z najlepszych (jeśli nie najlepsza) komiksowych komedii familijnych, które tak samo bawią doskonale każdego.  Do tego wszystko jest znakomicie ilustrowane – prawdziwe mistrzostwo cartoonowych ilustracji, dopracowane, urzekające i uzupełnione o genialny w swej prostocie kolor. I pięknie wydane, jak zresztą zauważa sam wydawca Nowa edycja w twardej oprawie oprócz komiksu zawiera także ponad czterdzieści stron dodatków, w których czytelnik pozna okoliczności powstawania albumu, zobaczy archiwalne materiały i dowie się wielu ciekawostek o bohaterach, autorach i historii. I to doskonale dopełnia i tak już wybitnej całości.

Przygody Supermana: Jon Kent Jordie Bellaire, Clayton Henry, Tom Taylor i inni


Tom Taylor… Nie sądziłem, że zdarzy mu się zrobić komiks tak wtórny, tak nijaki, tak… No cóż, jeśli ktoś dotąd siedział w głową w piasku, żyjąc gdzieś w Bieszczadach bez dostępu do mediów i kontaktu z ludźmi i nie ma pojęcia, co się w kulturze popularnej działo  przez ostatnie cztery dekady, sięgnąć może. Reszta, sami wiecie.



Ktoś morduje superbohaterów z różnych rzeczywistości, więc jeden z takich skazanych na śmierć herosów musi stawić czoła zagrożeniu. Odkąd Dan Slott zrobił swoje „Spiderversum”, gdzie Spidermani z różnych wymiarów łączą siły, by pokonać wroga mordującego Pająki, temat ten jest w komiksach katowany do upadłego. Sam Slott wracał już do niego kilka razy, jeszcze więcej wracano w seriach o Spider-Manie w ogóle (choćby „Spidergeddon” czy „Electroverse”), a to i tak w chwili powstania było jedynie wariacją na temat „Kryzysu na nieskończonych Ziemiach”, który w zasadzie był wariacją na temat alternatywnych rzeczywistości obecnych w superbohaterszczyźnie od roku 1961, kiedy to wyszedł zeszyt „Flash #123”).


Ta sztampa zawitała też i do Supermana, ba, była nawet po polsku w całkiem znośnym albumie „Wielokrotność”. Taylor wziął to wszystko, pomieszał jeszcze z masą komiksów (widać tu pełnymi garściami czerpanie choćby z „JLA: Ziemia 2”), dorzucił coś ze swojego „Injustice” i zaserwował tak, że wyszło nijako. Jeszcze jeden taki sam komiks, kalka kalki, kopia z kopii. Do tego rzecz jest narysowana w bardzo przeciętny, typowy, kolorowy i efekciarski, ale nie efektowny sposób. Efekt, jak na wielki start nowej serii rozczarowuje.

Kaczogród. Atak robotów. Carl Barks

 


Zbliża się koniec wydawania „Kaczogrodu”. Pojawił się właśnie 27 tom serii, czyli do końca pozostały już tylko trzy takie tomiki. Przez siedem lat udało się zapewnić nam tyle część, tyle dobrej zabawy. I to się nie zmienia w nowym tomie.




Niniejszy album zawiera komiksy Carla Barksa z lat 1964–1966. Czytelnik znajdzie tu między innymi siedem długich opowieści liczących dwadzieścia lub więcej stron. Tytułowy „Atak robotów” to rozgrywająca się w Kaczogrodzie historia, w której spokojne życie mieszkańców po raz kolejny przerywają Bracia Be. 

Ten tom to tom pełen przygód, akcji, humoru, dydaktyzmu i świetnych pomysłów. Fajnie wraca do przeszłości Sknerusa, fajnie też serwuje nam masę doskonałej zabawy dla całej rodziny. Nie zapomina przy tym być pomysłowy i po prostu bardzo dobrze zrobiony, także graficznie – bo wszystko może jest i proste, ale jakże pięknie przy tym skuteczne.

Carl Barks genialne robił komiksy, ale i jednocześnie czytelników traktował z szacunkiem dla ich inteligencji. Dzięki temu i dzieci, i dorośli, znajdują tu coś dla siebie i nie dość, że się nie nudzą, to jeszcze autentycznie mogą zachwycić się tym wszystkim. Każda historia jest inna, choć wszystkie łączą postacie bohaterów, czytać można je niezależnie od siebie i przy okazji niezależnie od wszystkich innych tomów. A dla fanatyków jest tu wiele ważnych momentów, jak debiuty niektórych istotnych dla Kaczek postaci. Jest też wreszcie to świetne wydanie w twardej oprawie. Jest magia klasyki dla całej rodziny. I piękno disnejowskich bajek doprowadzone niemal do perfekcji, jakiej brakuje w filmach z tym logo na plakatach. Bierzcie w ciemno, bo warto, a kolejny tom już za trzy miesiące.









piątek, 24 stycznia 2025

Billy Bat. Tom 1 Naoki Urasawa Naoki Urasawa

 


I kolejna manga wielkiego Urasawy trafiła na polski rynek. Wybitny to twórca, dla mnie osobiście nawet jeśli nie w piątce najlepszych mangaków (bo konkurencja duża, acz i tak ma wielkie szanse się w niej znaleźć) to już w dziesiątce najlepszych na pewno. A ta manga… co tu dużo mówić, jest dokładnie tak samo rewelacyjna, jak pozostałe tytuły autora wydane po polsku.


 Mangi Urasawy to takie mangi, o których złego słowa nie da się powiedzieć. Ręka by mi uschła, jakbym spróbował. Ten gość robi takie historie, że czyta się je z wypiekami na twarzy, strony przewraca drżacymi z emocjami rękami i po skończeniu narzeka się jedynie na to, że chciałoby się już więcej, bo za każdym razem dawka jest za mała, a przecież dostajemy ją w podwójnej grubości tomach (cała seria „Billy Bat” wyjdzie po polsku w dziesięciu takich zbiorczych częściach, zamiast oryginalnych dwudziestu).

Dlaczego? Bo Urasawa mistrzowsko operuje tu wszystkim. Świetnie kreśli postacie, doskonale wnika w ich umysły i charaktery, perfekcyjnie wywołuje i wyzwala emocje i uczucia, wyśmienicie prowadzi akcję i buduje wspaniały klimat. A to już samymi tylko słowami, rozmowami, opisami. Rysunki jeszcze to podkreślają, a rysuje też po mistrzowsku, z wielkim wyczuciem, własnym stylem i doskonałym operowaniem możliwościami, jakie posiada, z perfekcyjnym wyważeniem czerni i bieli, wiedząc kiedy zaatakować czymś mrocznym, a kiedy dać wybrzmieć choćby minie postaci. Rewelacja, po prostu rewelacja. Piękna rzecz, pięknie wydana. Bierzcie w ciemno, jak wszystko z nazwiskiem tego mangaki na okładce.

Old Boy Garon Tsuchiya, Nobuaki Minegishi

 


„Oldboy”. Na pewno każdy z nas zna już ten tytuł – może nie miał okazji go poznać osobiście, ale trudno było nie słyszeć zarówno o azjatyckim filmie, jak i jego amerykańskim remaku z gwiazdorską obsadą w reżyserii legendarnego Spike’a Lee – ale dopiero teraz doczekaliśmy się jego mangowego pierwowzoru. I, co tu dużo mówić, rzecz wymiata, bijąc jakościowo na głowę filmowe wersje, bo oferując więcej miejsca na snucie całej opowieści i robiąca to w jeszcze lepszy sposób.


 Świetny pomysł, świetna zagadka, znakomita akcja i dobrej poprowadzenie wszystkiego. Taka jest ta manga. Mroczny thriller oparty na tajemnicy, podany w sposób z jednej strony typowo dla mangi lekki, z drugiej dosadny, mocny i realistyczny. Rzecz prowadzona jest konsekwentnie, bez zbędnego plątania i kręcenia. Fajnie skupia się na postaciach, na rozwijaniu ich psychiki i na samej tajemnicy. I, oczywiście, ujmuje klimatem.


Ten klimat to też w dużej mierze zasługa rysunków, prostych, z klasycznym dość zacięciem, ale trafionych, wyrazistych i bardzo fajnie budujących nastrój dzięki odpowiedniemu operowaniu czernią i rastrami. Efekt finalny wpada w oko, świetnie podkreśla wydarzenia i samą treść i po prostu stanowi kawał dobrej, mangowej – a w zasadzie po prostu dobrej komiksowej, bo nie ma się tu co ograniczać tylko do japońskich opowieści obrazkowych – roboty. Słowem podsumowania, warto. Dobra rzecz, ładnie wydana w podwójnej grubości tomach (cała seria wyjdzie w czterech częściach). I prezentująca naprawdę dobrą jakość.

Saga winlandzka tom 3

 


I trzeci tom „Sagi Winlandzkiej” zaliczony. Właściwie to należałoby powiedzieć, że szósty, bo seria po polsku wychodzi w podwójnej grubości tomach. Za mną więc już sporo, przede mną jeszcze jedenaście takich opasłych tomiszczy i to cieszy, bo seria jest doskonała i chce się jej więcej i więcej.


No dzieje się w tym tomie. Dużo, szybko, ale też bez przesadnego pędzenia na złamanie karku. Wszystko jest wyważone, dobrze podane, fajnie poprowadzone. Bywa krwawo i brutalnie, bywa spokojnie, choć z napięciem, wreszcie bywa a dynamiką typową dla mang shounenowych, chociaż „Saga Winlandzka” shounenem nie jest. a za każdym razem jest rewelacyjnie, bo twórca po mistrzowsku odnajduje się w tym wszystkim.

Doskonale więc żongluje historią i przygodą, faktami i fikcją. Bawi się tym wszystkim, ale tak, żeby zrobić na nas wrażenie. I robi. A zwłaszcza graficznie. Bo fabularnie jest doskonale, ale wiem, że takich klimatów można nie lubić, nie da się jednak nie zachwycać ilustracjami, które mają taki klimat, tyle detali i taką siłą wyrazu, że wpadają z miejsca w oko i zachwycają. Już okładka jest świetna, ale to, co w środku, okazuje się być o niebo lepsze.

Więc polecam. Jedna z najlepszych mang na polskim rynku. tyle w temacie.


Saga winlandzka tom 2

 Wiem, że „Saga Winlandzka” ukazuje się na naszym rynku już dłuższy czas i sporo tomów wyszło, ale ja w końcu sięgnąłem po drugi. Lepiej późno, niż wcale, jak to mówią. I fakt, bo to świetna, dojrzała i ambitna rzecz dla tych, którzy lubią po prostu dobre komiksy. A raczej dobre opowieści, niezależnie od gatunku, podgatunku i typu.


 



“Saga Winlandzka” to epopeja, w której nie brak intryg, pokazanych z rozmachem scen walk, berserków czy Jomswikingów - elitarnych wojowników (niektórzy badacze twierdzą, że stacjonowali oni na Wolinie!). To też barwne, nierzadko historyczne, postacie - Thorfinn, Askeladd, Floki czy Leif. Zapraszamy na niesamowitą sagę, która zdobyła szereg nagród i jest uznawana za jedną z najlepszych serii o wikingach, jaka kiedykolwiek powstała!


 


I te słowa, że to jedna z najlepszych rzeczy w temacie, są jak najbardziej słuszne. Akcja, klimat, wierność historyczna z jednoczesnym postawieniem na przygody i dynamikę, połączone z ciekawą fabułą. Czyta się to wyśmienicie, rzecz wypełniona jest emocjami i wyładowana po brzegi napięciem. Nudzić się nie można, nawet jeśli nie trawi się historycznych opowieści, do tego mamy intrygująco nakreślone postacie i świetne wydanie.

I nie można zapomnieć, że rzecz jest rewelacyjnie zilustrowana. Realistycznie, z dbałością o detale i mangową dynamiką. Genialny klimat, genialne uchwycenie właściwie wszystkiego, zderzają się tu z uproszczonym, ale skutecznie zaprezentowanym designem postaci. No po prostu rewelacja, tak fabularnie, jak i graficznie.

Drapieżny ród Piastów, "Piastowie. Przeklęty testament Sławomir Leśniewski

  Historia początków Polski zaprezentowana, jakby to była dobra literatura przygodowa? Ja wiem, że publikacje Leśniewskiego, speca od litera...