wtorek, 9 czerwca 2026

Brzdące z Troy Arleston Christophe Tarquin Didier

 No i kolejny dodatek do „Lanfeusta” trafił na polski rynek. Sam „Lenfesut” (a wiele było serii o tym bohaterze, także całe mnóstwo pobocznych, często lepszych nawet niż główny cykl) to już kawał kultowego komiksu, o którym słyszał chyba każdy miłośnik europejskich opowieści rozrywkowych. Teraz dostajemy zbiór opowieści o dzieciństwie naszego herosa. Utrzymany w klimacie krótkich, jednoplanszowych historyjek dla dzieci i młodzieży, jakich na rynku pełno (to taki sam typ opowieści, jak „Kid Paddle”, „Titeuf”, „Sisters” czy „Cedryk”, jeśli chcecie porównania), wyróżnia się jednak osadzeniem go w tych uwielbianych realiach, jak i naprawdę dobrym wykonaniem.





Brzdące z Troy” to taki sympatyczny, nieco prostszy i trochę niepoważny, ale mający cały zadziorny urok pierwowzoru dodatek, który śmiało można postawić obok takich podserii, jak „Trolle z Troy”. I nie odczytujcie tu słowa „zinfantylizowany” w sposób pejoratywny, bo nie o to mi chodzi. Ja wiem, rozumiem sens i znaczenie, ale tu nie pasują hasła pokroju „ułagodzone” czy coś w ten deseń. To po prostu stare dobre przygody, ale w wersji, gdzie widać pewną niedojrzałość etc., ale o to właśnie chodzi. Tak ma być. I tak jest znakomicie.




Więcej tu komedii, niż akcji i to do serii pasuje. Główny cykl stał akcją, erotyką i niewybrednymi żartami. Tu wiek docelowego odbiorcy został obniżony, podobnie jak i wiek samych postaci, więc niektóre rzeczy musiały wypaść, a całość zmienić charakter. A jednak wciąż to ten sam stary, dobry „Lanfeust”, którego kochamy od równo ćwierć wieku. Tak, tak, pierwszy album z jego przygodami po polsku wyszedł w roku 2001, a choć seria swoimi korzeniami sięga wczesnych lat 90. XX wieku, nic nie straciła na swojej atrakcyjności. I widać, że te postacie i schematy fajnie odnajdują się w różnych formach i w nowych czasach.


Przeuroczo to zilustrowane, świetnie wydane, wypada, jak zawsze znakomicie. Ten zbiorczy tom pięknie wygląda na półce, ale i równie pięknie dopełnia kolekcji. Czy by po niego sięgnąć trzeba znać główny cykl? Absolutnie nie, bo to taka rzecz, jak „Falnfeusta”, jak „Navis” dla „Armady” – samodzielne, zamknięte i idealne dla nowych odbiorców. Ale i znakomite dopełnienie kultowego cyklu. Czego chcieć więcej? 

Z niewielką pomocą przyjaciół. Dr Who Houser Jody Jones Christopher Smith Matthew Dow Slott Dan Collins Mike





 „Doktor Who. Z niewielką pomocą przyjaciół” to jeden z tych komiksów, które przypominają, dlaczego ta seria od tylu lat ma tak wiernych fanów. Oczywiście można go przeczytać bez znajomości całego uniwersum, ale mam wrażenie, że najwięcej radości daje właśnie osobom, które spędziły już trochę czasu w TARDIS i dobrze wiedzą, że w świecie Doktora wszystko jest możliwe. Nawet rzeczy, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się kompletnie absurdalne.

Historia od początku stawia na przygodę, tempo i charakterystyczny dla serii humor. Nie brakuje tajemnic, zwrotów akcji i tego specyficznego poczucia zachwytu, które zawsze pojawia się wtedy, gdy Doktor wpada na kolejny szalony pomysł. Jednocześnie nie jest to opowieść oparta wyłącznie na efektownych wydarzeniach. Jak sugeruje sam tytuł, bardzo ważną rolę odgrywają tutaj przyjaciele i sojusznicy Doktora. To właśnie relacje między bohaterami sprawiają, że całość ma serce i nie zamienia się w zwykłą galaktyczną gonitwę od jednej katastrofy do drugiej.

Bardzo spodobało mi się również to, jak udało się oddać atmosferę serialu. Podczas lektury miałem wrażenie, że oglądam jeden z odcinków, tylko zapisany w formie komiksu. Dialogi brzmią naturalnie, bohaterowie zachowują się tak, jak można by się po nich spodziewać, a całość zachowuje ten niezwykły balans pomiędzy humorem, przygodą i odrobiną wzruszenia. To cecha, której wielu komiksom opartym na znanych markach brakuje, tutaj natomiast wszystko działa zaskakująco dobrze.

Warstwa graficzna również zasługuje na pochwałę. Rysunki są czytelne, dynamiczne i dobrze oddają emocje postaci. Szczególnie udanie wypadają sceny bardziej widowiskowe, kiedy akcja nabiera rozpędu i trzeba pokazać coś naprawdę niezwykłego. Kolory są żywe, ale nie przesadzone, dzięki czemu komiks czyta się bardzo przyjemnie.

„Z niewielką pomocą przyjaciół” nie próbuje być przełomowym dziełem science fiction ani opowieścią, która na nowo definiuje postać Doktora. Zamiast tego oferuje coś znacznie cenniejszego — świetną zabawę i kilka godzin spędzonych w świecie, który wielu czytelników po prostu uwielbia. Dla fana Doktora Who jest to prawdziwa gratka, pełna znajomych motywów, charakterystycznego humoru i tej wyjątkowej magii, dzięki której niebieska budka policyjna od dekad zabiera nas w miejsca, których nie da się znaleźć na żadnej mapie.

Jeśli więc lubicie Doktora, jego szalone przygody i bohaterów, którzy mimo przeciwności losu zawsze próbują uratować wszechświat, ten komiks zdecydowanie warto poznać. To po prostu bardzo dobra przygoda w starym, sprawdzonym stylu.

Finałowe starcie. Władza absolutna. Tom 3 Waid Mark Dan Mora

 




Władza absolutna” dobiega końca. I zanim przejdę do omawiania tego tomu, już za tempo wydania tej opowieści muszę pochwalić Egmont. Wydawca nie czekał bowiem, nie odwlekał – miesiąc po miesiącu rzucił nam trzy, całkiem grubaśne tomy (a tu kolejna pochwała, bo mógł wypuścić tylko samą miniserię i po sprawie, ale nie, Egmont poszedł w kompleksowe i wydał wszystkie tie-iny, wprowadzenia etc.). nie musieliśmy wiec czekać, nie zdążyliśmy zapomnieć, co było poprzednio, a wreszcie w nasze ręce trafiła po prostu kompletnie wydana rzecz. Czy dobra? Tak, chociaż mało oryginalna, ale zapewniająca fajną rozrywkę i mająca swoje dla uniwersum znaczenie.


Trzeci tom to po prostu już jazda bez trzymanki i na całego. Nie ma tu miejsca na wprowadzanie, czy rozwijanie albo budowanie pewnych elementów. W zasadzie do tej pory wszystko zostało już powiedziane i pokazane, każdy element niemal wskoczył na swoje miejsce. Co zostało? Szybka, szalona, widowiskowa akcja, gdzie dzieje się tak dużo i tak konkretnie, jak to możliwe. O tym, że cały pomysł oparty jest na znanym już motywie wspominałem poprzednio, więc nie będę już w temat wnikał, ale po finale mocno widać jedną rzecz: ta historia jest kanonem i ma naprawdę znaczący wpływ na uniwersum. Po „Władzy absolutnej” pozostają konsekwencje, które będą w seriach odbijać się echem co najmniej jeszcze przez jakiś czas. Dochodzi tu do pewnych… hm… przetasowań i te są mniej lub bardziej znaczące. I chociaż nie jest to rewolucyjna opowieść, warto ją znać.




Bo poza tym wszystkim, to po prostu dobre superhero z całą masą postaci. Jest na co popatrzeć, chociaż rysownicy, jak i scenarzyści, to spora ekipa i nie każdy robi na takim samym, fajnym poziomie, ale to, co najważniejsze, jest autentycznie dobre i świetnie zilustrowane. Co trzeba docenić, rzecz wypada o wiele, wiele lepiej, niż wcześniejsze eventy – właściwie wszystko, co DC na polu wielkich wydarzeń wydało pomiędzy „Batmanem: Death Metal”, a „Władzą absolutną” było o niebo słabsze, więc powrót do nieco lepszej (ale nadal to nie poziom „Zegara zgłady”) cieszy.




W skrócie: kawał fajnej zabawy. Nadal to taki komiksowy odpowiednik wielkich kinowych hitów z olbrzymim budżetem i gwiazdorską obsadą, nadal opiera się przede wszystkim na efekcie, niż zaangażowanej, ambitnej treści, ale swoją rolę spełnia bardzo dobrze. Bo przecież tym właśnie miał być, a cała ta historia zamiast przypominać odgrzewanego kotleta, daje masę frajdy.

Brzdące z Troy Arleston Christophe Tarquin Didier

 No i kolejny dodatek do „Lanfeusta” trafił na polski rynek. Sam „Lenfesut” (a wiele było serii o tym bohaterze, także całe mnóstwo poboczny...