Są takie książki, do których się wraca nie dlatego, że się zapomniało fabułę, tylko dlatego, że chce się jeszcze raz poczuć ten specyficzny rodzaj niepokoju, który zostaje gdzieś pod skórą. Dla mnie Opowieści o pilocie Pirxie to właśnie taki przypadek. Niby zbiór opowiadań o kosmicznym pilocie, niby trochę przygoda, trochę science fiction w klasycznym wydaniu, a jednak po kilku stronach człowiek orientuje się, że to nie jest żadna lekka wycieczka w gwiazdy, tylko raczej bardzo przyziemna – i momentami niewygodna – podróż w głąb ludzkiej natury.
Pirx nie jest żadnym bohaterem z plakatu. To chyba najbardziej „ludzki” astronauta, jakiego można sobie wyobrazić: popełnia błędy, waha się, czasem czegoś nie rozumie, czasem podejmuje decyzje bardziej intuicyjnie niż rozsądnie. I właśnie przez to działa. Lem nie robi z niego herosa, tylko faceta, który znalazł się w sytuacjach przerastających podręczniki i procedury. A w kosmosie, jak się okazuje, największym problemem wcale nie jest próżnia czy awaria sprzętu, tylko to, co siedzi w głowie człowieka.
Najbardziej uderza mnie w tych opowiadaniach to, jak bardzo są „ciche”. Nie ma tu fajerwerków, wielkich bitew, efektownych katastrof co kilka stron. Zamiast tego jest napięcie budowane powoli, trochę jakby ktoś dokręcał śrubę, ale bez hałasu. Lem – czyli Stanisław Lem – ma niesamowitą zdolność sprawiania, że zaczynasz się zastanawiać nad rzeczami, które teoretycznie są oczywiste. Czym jest decyzja? Gdzie kończy się człowiek, a zaczyna maszyna? I czy naprawdę jesteśmy tacy racjonalni, jak lubimy o sobie myśleć? Jest w tym też coś przewrotnie ironicznego. Pirx często wychodzi z opresji nie dlatego, że jest najlepszy, tylko dlatego, że… jest niedoskonały. W świecie, gdzie maszyny dążą do perfekcji, jego ludzkie „usterki” okazują się zaletą. To jest jeden z tych pomysłów Lema, które brzmią prosto, ale im dłużej o nich myślisz, tym bardziej zaczynają uwierać.
Czyta się to z przyjemnością, ale to nie jest przyjemność lekka i bez zobowiązań. Raczej taka, po której odkładasz książkę i przez chwilę patrzysz w ścianę, bo coś ci się w głowie jeszcze układa. I to chyba największa siła tej książki – ona nie kończy się razem z ostatnim zdaniem. Jeśli lubisz Lema, to wiadomo – tu nie ma zaskoczenia, to po prostu kolejny dowód, że potrafił pisać rzeczy jednocześnie przystępne i cholernie mądre. A jeśli ktoś jeszcze Pirxa nie zna, to trochę zazdroszczę, bo to jedna z tych przygód, które najlepiej przeżyć pierwszy raz bez żadnych oczekiwań.

