„Władza absolutna” dobiega końca. I zanim przejdę do omawiania tego tomu, już za tempo wydania tej opowieści muszę pochwalić Egmont. Wydawca nie czekał bowiem, nie odwlekał – miesiąc po miesiącu rzucił nam trzy, całkiem grubaśne tomy (a tu kolejna pochwała, bo mógł wypuścić tylko samą miniserię i po sprawie, ale nie, Egmont poszedł w kompleksowe i wydał wszystkie tie-iny, wprowadzenia etc.). nie musieliśmy wiec czekać, nie zdążyliśmy zapomnieć, co było poprzednio, a wreszcie w nasze ręce trafiła po prostu kompletnie wydana rzecz. Czy dobra? Tak, chociaż mało oryginalna, ale zapewniająca fajną rozrywkę i mająca swoje dla uniwersum znaczenie.
Trzeci tom to po prostu już jazda bez trzymanki i na całego. Nie ma tu miejsca na wprowadzanie, czy rozwijanie albo budowanie pewnych elementów. W zasadzie do tej pory wszystko zostało już powiedziane i pokazane, każdy element niemal wskoczył na swoje miejsce. Co zostało? Szybka, szalona, widowiskowa akcja, gdzie dzieje się tak dużo i tak konkretnie, jak to możliwe. O tym, że cały pomysł oparty jest na znanym już motywie wspominałem poprzednio, więc nie będę już w temat wnikał, ale po finale mocno widać jedną rzecz: ta historia jest kanonem i ma naprawdę znaczący wpływ na uniwersum. Po „Władzy absolutnej” pozostają konsekwencje, które będą w seriach odbijać się echem co najmniej jeszcze przez jakiś czas. Dochodzi tu do pewnych… hm… przetasowań i te są mniej lub bardziej znaczące. I chociaż nie jest to rewolucyjna opowieść, warto ją znać.
Bo poza tym wszystkim, to po prostu dobre superhero z całą masą postaci. Jest na co popatrzeć, chociaż rysownicy, jak i scenarzyści, to spora ekipa i nie każdy robi na takim samym, fajnym poziomie, ale to, co najważniejsze, jest autentycznie dobre i świetnie zilustrowane. Co trzeba docenić, rzecz wypada o wiele, wiele lepiej, niż wcześniejsze eventy – właściwie wszystko, co DC na polu wielkich wydarzeń wydało pomiędzy „Batmanem: Death Metal”, a „Władzą absolutną” było o niebo słabsze, więc powrót do nieco lepszej (ale nadal to nie poziom „Zegara zgłady”) cieszy.
W skrócie: kawał fajnej zabawy. Nadal to taki komiksowy odpowiednik wielkich kinowych hitów z olbrzymim budżetem i gwiazdorską obsadą, nadal opiera się przede wszystkim na efekcie, niż zaangażowanej, ambitnej treści, ale swoją rolę spełnia bardzo dobrze. Bo przecież tym właśnie miał być, a cała ta historia zamiast przypominać odgrzewanego kotleta, daje masę frajdy.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz