„Chibineko. Niezwykła restauracja wspomnień” totalnie mnie rozbroiła. Sięgnąłem po nią z ciekawości, może z lekkim dystansem, a skończyłem z tym ciepłym uciskiem w klatce piersiowej, który pojawia się, kiedy coś trafia dokładnie tam, gdzie trzeba. To jedna z tych historii, które czyta się niby spokojnie, ale w środku dzieje się dużo.
Yuta Takahashi buduje świat prosty, kameralny, prawie ascetyczny – a jednak pełen emocji. Sama koncepcja restauracji, w której można na chwilę spotkać się ze wspomnieniem bliskiej osoby poprzez smak i zapach, jest piękna, ale to nie pomysł mnie zachwycił najbardziej. Zachwyciła mnie czułość. Ta delikatność wobec ludzkiego żalu, tęsknoty, niedopowiedzeń. Nie ma tu taniego wzruszania ani wymuszonych łez. Jest za to zgoda na to, że nie wszystko da się domknąć, że czasem jedyne, co możemy zrobić, to usiąść z tym, co było, i pozwolić sobie poczuć.
Czytając, miałem wrażenie, że tempo tej książki działa jak świadomy zabieg – zwalnia, uspokaja, zmusza do uważności. To nie jest opowieść, którą się połyka. To raczej taka, przy której przestajesz scrollować świat i na chwilę po prostu jesteś. W kilku momentach złapałem się na tym, że myślę o własnych wspomnieniach, o ludziach, których już nie ma, o rzeczach, których nie powiedziałem. I to chyba największa siła tej historii – ona otwiera coś w czytelniku.
Jest w niej też subtelny, charakterystyczny dla japońskiej prozy minimalizm emocji, który paradoksalnie sprawia, że wszystko wybrzmiewa mocniej. Bez wielkich gestów, bez dramatycznych scen. A jednak zamykasz książkę i czujesz wdzięczność. Za pamięć. Za możliwość pożegnania, choćby symbolicznego. Za to, że nawet ból może mieć w sobie coś pięknego.
Jestem zachwycony, bo to książka, która niczego nie udaje. Nie próbuje być mądrzejsza od czytelnika. Ona po prostu zaprasza do stołu. A ja usiadłem – i nie żałuję ani chwili.

